Zacząć jest ponoć najtrudniej, a każda, nawet najdłuższa droga zaczyna się od pierwszego kroku… Kiedy pisałam w szkole wypracowania, pomijałam wstęp, dodając go na końcu. Wtedy dopiero wiedziałam, co powinno się w tym wstępie znaleźć. I tak chyba zawsze było w moim życiu. Starałam się żyć w zgodzie ze sobą. Wiem, że to wyświechtany banał, ale dobrze opisuje ten stan umysłu, który mną przez lata kierował. Starałam się – nie oznacza, że żyłam… Ale zwykle dawałam się nieść fali podejmując tylko takie decyzje, na które godziło się moje wewnętrzne ‘ja’. Przy czym rzadko wiedziałam dokąd mnie te decyzje poniosą.

wydeptane ścieżki

Jako nastolatka, podpatrywałam jak żyją dorośli i bardziej lub mniej świadomie podążałam ich śladami. Wydawało mi się oczywiście przy tym, że wyłamuję się ze schematów, zaprzeczam stereotypom i żyję inaczej niż moi rodzice, koleżanki ze szkoły oraz całe otoczenie. Zupełnie dziś już nie wiem, co pozwalało mi tak o sobie myśleć, bo moje życie wpisywało się idealnie w najbardziej popularne scenariusze. Może to ‘coś’, co siedziało mi w głowie i podpowiadało, że nie chcę tak żyć?

co jest nie tak?

Miałam fajną rodzinę, chłopaka, nieźle się uczyłam, studia polonistyczne wybrałam wbrew modzie i zdrowemu rozsądkowi, co też wydało mi się wtedy ogromnie wywrotowe, pracując dorywczo zarabiałam na swoje zachcianki. Miałam świetną grupę bliskich przyjaciół, z którymi spędzałam czas. Właśnie ‘spędzałam’… To słowo kojarzy mi się bardziej ze stratą niż zyskiem. I taki też trochę wydawał mi się tamten okres w moim życiu.

Niby wszystko było w porządku, ale jednak czegoś brakowało… Znasz to uczucie, kiedy wydaje się, że jesteś dzieckiem szczęścia, a Twoje życie to pasmo sukcesów i lepiej już być nie może? A mimo to, gdzieś z tyłu głowy, czai się przekonanie, że coś jest nie tak? To uczucie towarzyszyło mi odkąd pamiętam. Najrozsądniej było je stłumić, zgłuszyć, zdeptać, bo burzyło misternie skonstruowany świat, w którym rządziło… no właśnie – co? Przewidywalność? Poczucie bezpieczeństwa? A może przekonanie, że skoro wszyscy wokół mnie żyją w podobny sposób to jest to jedyny możliwy i godny powielenie scenariusz? Może nie ma innych wariantów życia? Przecież ‘wszyscy’ nie mogą się mylić.

etatowa świadkowa

Kończyłam studia na Uniwersytecie Warszawskim, zaczęłam pracować w świetnej warszawskiej restauracji, od lat byłam związana z tym samym chłopakiem. Moje koleżanki planowały śluby, wesela, marzyły o dzieciach. Masowo zresztą wcielały te plany w życie. A ja, raz po raz, stawałam dzielnie przy ich boku w roli świadka tej podniosłej katolickiej ceremonii. Doskonała okazja by podejrzeć ‘od zaplecza’ ten cały ślubny cyrk… Ale o tym przy innej okazji.

uciekająca panna młoda

Zupełnie nie marzyłam ani o ślubie, ani o dzieciach. Wściekła na siebie, że zabrakło mi cywilnej odwagi, by odpowiedzieć mojemu chłopakowi, że nie, nie chcę zostać jego żoną. Byłam kompletnie zaskoczona jego oświadczynami-niespodzianką i zupełnie nie wiedziałam, co odpowiedzieć… Najlepiej było powiedzieć prawdę, tak, teraz już to wiem… Wtedy jednak ugięłam się pod presją, właściwie nawet nie wiem czyją… Chyba myślałam, że tak trzeba, że skoro jesteśmy parą to naturalnym jest, że będziemy też narzeczeństwem, a potem małżeństwem. Przecież wszyscy tak robili.

Nigdy, przenigdy nie chciałabym znów mieć tych dwudziestu kilku lat. Nie chciałabym znów być 15 lat młodsza. Dziś samej aż trudno mi uwierzyć, że wpakowałam się w bycie narzeczoną. Robiłam dobrą minę do złej gry jeszcze przez ponad rok…

Uratowała mnie pasja.

Po prostu.

fot. Bartek Syta

Zapisz komentarz