Kategoria

Zachwyty

Kategoria

Jak często zdarza się Wam rozpłakać na konferencji? Kilka dni temu byłam uczestniczką sympozjum spadochronowego. Pierwszy wykład tego dnia rozpoczął się filmem. Tytuł brzmiał „Skydive Pokhara*” i już wiedziałam, że nie będzie dobrze… 
Kilkanaście sekund potem miałam oczy pełne łez. Ze wzruszenia. Na międzynarodowym sympozjum spadochronowym! Wyobrażacie sobie? 

Macie wokół siebie ludzi, którzy czują podobnie jak Wy? To samo Was cieszy, wzrusza i zachwyca? Do czasu, kiedy nie zostałam skoczkiem spadochronowym, nie znałam takich osób. Miałam oczywiście przyjaciół i znajomych. Dobrze się razem bawiliśmy, ale zawsze czułam, że od nich odstaję. Że jestem jakaś inna, że nie wiadomo, o co mi właściwie chodzi i że nie potrafię się w pełni cieszyć tym, czym oni.   

POTRZEBA AKCEPTACJI

Świat się zmienił wraz z pierwszym skokiem. To było jak odkrycie innego wszechświata i powrót do domu w jednym. Nie mogłam uwierzyć, że wszyscy odczuwamy pewne rzeczy dokładnie tak samo, mamy te same przemyślenia, wnioski i reakcje. Gdybym nie odkryła tych wszystkich ludzi, którzy skaczą, byłabym prawdopodobnie okropnie samotna i zagubiona. Potrzeba akceptacji jest mocno zakorzeniona w każdym z nas. I niezależnie od tego, czy lubimy szydełkować, jeździć konno, czytać, malować, nurkować, czy skakać z samolotu, mamy potrzebę bycia zrozumianymi i akceptowanymi. 

RAZEM

Sam fakt robienia czegoś, co kochamy to jedno, ale możliwość dzielenia tego z kimś, kto rozumie, daje dopiero pełnię szczęścia. Myślę, że we wspólnych męskich wyprawach na ryby, wyjściach na mecz, czy w babskich weekendach w SPA, wcale nie chodzi o ryby, piłkę nożną i masaże. Chodzi o możliwość dzielenia się emocjami, o wspólne przeżywanie. 

WOREK WSPOMNIEŃ

Mamy z naszymi przyjaciółmi taki wielki wór wspaniałych wspólnych przeżyć i wspomnień. Takich, do których nikt poza nami nie ma dostępu. Czasem wystarczy jeden dźwięk, delikatny zapach, jedno słowo. A wtedy wymieniamy szybko tylko jedno spojrzenie i już wiemy. Odlatujemy na chwilę do miejsc i sytuacji, w których byliśmy razem. Wpadamy w sieć utkaną z kolorów, smaków i zapachów. Są w niej najwyższe góry świata o wschodzie słońca, bose uśmiechnięte dzieci, które łapią nas za ręce, są skrzypiące śniegi, tatrzańskie schroniska, alpejskie lodowce, himalajskie wodospady i ciepła herbata w termosie. Jesteśmy my, ludzie, których łączy ta sama pasja.

ZAPACH SŁOŃCA zamknięty w pokrowcu

W świecie spadochronów ekscytację potrafi wywołać zapach czaszy spadochronu uwolnionej po zimie z pokrowca. To jedyny w swoim rodzaju zapach słońca, rozgrzanego powietrza, trawy i wolności. Zapach szczęścia. I wierzcie mi, każdy z nas reaguje na niego tak samo. Przymykamy oczy i wdychamy głęboko do płuc każdą cząsteczkę tej niepowtarzalnej woni. 

Kiedy zaś przymierzamy uprząż z pokrowcem spadochronowym, ciarki przebiegają nam po plecach. Czuję się w tym lepiej niż w najlepszych, najpiękniejszych kieckach i najwyższych szpilkach.

Podobnie jest, gdy wkładam na plecy mój wysłużony górski plecak. Był ze mną w tylu miejscach, przeżył tyle przygód! Lubimy się. Potem biorę do ręki linę, czekan, karabinki. Gładkie i chłodne idealnie układają się w dłoni, palce same znajdują zamki i wtedy ten delikatny metaliczny ‘klik’ – uwielbiam! 

KOLACJA Z PŁACZEM

Kiedyś, niedługo po którejś z naszych podróży do Nepalu, Tomek ugotował na kolację jakieś azjatyckie danie, może to było curry? Nie pamiętam. Ale za to doskonale pamiętam, że włączył naszą nepalską muzykę, zapalił kadzidło i podał jedzenie. Poczułam zapach kuminu i… nie byłam w stanie przełknąć kęsa. Rozpłakałam się i wyszłam :). On zdębiał. Za dużo bodźców, musiałam ochłonąć, muzykę trzeba było wyłączyć, bo nie mogłam równocześnie jeść i tak się wzruszać :).

CO MAJĄ WSPÓLNEGO SKOKI SPADOCHRONOWE Z NEPALEM?

Wyobraźcie więc sobie, co się ze mną stało, gdy na wielkim ekranie zobaczyłam moje ukochane Himalaje, buddyjskich mnichów, ich modlitewne młynki i flagi oraz… śmigłowiec i skoczków! Takie połączenie to jak koktajl mołotowa dla moich nerwów. Za mną już półtora roku od ostatniego pobytu w Nepalu i pół roku od ostatniego skoku. Tęsknię więc bardzo. 

Cały czas, ciągle i bezustannie cieszy mnie myśl, że nie jestem z takimi odczuciami sama. Na tej sali była blisko setka osób, z którymi dzielę pasję spadochronową. To wspaniałe uczucie. Ale też było co najmniej kilkoro, które rozumieją moja fascynację Nepalem! Sprawiło mi to ogromną, niebywałą wręcz przyjemność. Tym większą, że prowadzący wykład o wyprawach spadochronowych, Amerykanin Tom Noonan, zachwycał się Nepalem i jego mieszkańcami podobnie jak ja. 

Skaczemy nad Namche Bazar Nepal
Skaczemy na lotnisku Syangboche Airport w pobliżu Namche Bazar w Nepalu, w drodze do bazy pod Everestem, na wysokości 3780 m n.p.m. fot. Paweł Staliński

WARTOŚĆ SPOTKANIA

Takie sympozjum to nie tylko doskonała okazja, żeby zaczerpnąć fachowej wiedzy prosto z eksperckiego źródła. To także możliwość spotkania ludzi, którym podobnie w duszy gra. I nie jestem pewna, co jest tu dla mnie ważniejsze. Bo przecież ta wiedza jest do zdobycia, w Internecie jest dziś prawie wszystko, ale jednak nic nie jest w stanie zastąpić nam prawdziwego spotkania z drugim człowiekiem. Takie spotkania zawsze są budujące i inspirujące. 

UWAŻNIE ROZEJRZYJ SIĘ WOKÓŁ SIEBIE

Inna prelegentka, także Amerykanka, Melanie Curtis podczas tego sympozjum mówiła nam, żebyśmy zawsze otaczali się ludźmi, którzy nas wspierają, inspirują i motywują. Nic odkrywczego – pomyślałam. Ale dodajmy do tego przytoczone przez Melanie słowa Nancy Drew:

Jesteśmy odzwierciedleniem pięciu osób, z którymi spędzamy najwięcej czasu.

 Warto się rozejrzeć wokół siebie, prawda? Czasem może nawet zrobić jakieś porządki… 

Jeśli naprawdę lubicie coś robić, szukajcie ludzi, którzy lubią to samo, którzy myślą podobnie. Spotykajcie się, szukajcie okazji by się poznać, z takich spotkań zawsze wynika coś dobrego. Może się okazać, że łączy Was znacznie więcej, niż na początku sądziliście. 

*Pokhara to wspaniałe miasto w północnej części Nepalu, malowniczo położone nad jeziorem u stóp Himalajów. 

W momencie, gdy w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej rozpoczynała się premiera sztuki, pt. „Wanda” pióra Wiesławy Sujkowskiej, my byliśmy tysiące kilometrów stąd, gdzieś na szlaku w Himalajach Nepalu. Premierę więc przegapiliśmy, ale byliśmy w świecie, który Wanda pokochała, który wybrała, i w którym została już na zawsze.   

Nigdy jeszcze nie byłam na spektaklu, do którego byłabym lepiej przygotowana. Wprawdzie zapomniałam zabrać z domu torebkę i poszłam do teatru z górskim plecakiem, ale za to doskonale znałam postać, tematykę, miejsca, konteksty i odniesienia. 

Himalaje i Karakorum na maleńkiej scenie

Zupełnie nie byłam w stanie wyobrazić sobie, jak na małej białej scenie jedna aktorka zdoła pokazać Himalaje… Bo przecież nie można mówić o Wandzie Rutkiewicz bez nich. Mówienie o górach już jest trudne, pisanie jeszcze trudniejsze, a pokazanie ich w teatrze? Wydało mi się pomysłem karkołomnym. Bardzo się pomyliłam, na szczęście. 

Wanda „ukradła” mężczyznom Mount Everest

Właściwie nie jestem pewna czy trudniejsze wydawało mi się pokazanie gór, czy Wandy. Wanda Rutkiewicz była osobą niezwykłą, budziła skrajne emocje, miała swoich wielbicieli i przeciwników. Mało kto pozostawał wobec niej obojętny. Nie pasowała do swoich czasów, zawsze się wyróżniała, była szalenie ambitna i konsekwentnie dążyła do celu. Była nie tylko najlepszą polską himalaistką. Była jednym z najlepszych polskich himalaistów… Pierwszym Polakiem na Mount Evereście! Tego właśnie część polskiego męskiego świata wspinaczkowego nie mogła jej darować. 

Wanda Teatr Polski plakat
Plakat do spektaklu “Wanda” w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej

Wandzia

Pytam czasem o nią naszego przyjaciela Alka Lwowa, który znał Wandę osobiście. Uśmiecha się wtedy szeroko i zawsze mówi o niej Wandzia. Przyznaje, że była trudna, ale dodaje, że ją lubił. A ja się wtedy zastanawiam, czy któryś z himalaistów nie był trudny? Czy tylko w przypadku kobiety to się tak bardzo rzucało w oczy?

Wspomina także, że była piękną zadbaną kobietą. Bardzo się wyróżniała, nie tylko wśród polskich himalaistek. Podobno nawet w bazie pod K2 miała ze sobą buteleczkę ulubionych perfum…

Alek ma mnóstwo dzienników, które zawsze pisał będąc w górach. Mówi, że to, co dziś pamięta, często konfrontuje z zapiskami robionymi na bieżąco. Wyniki tych porównań zaskakują nawet jego samego. Dlatego czasem się złości, gdy słyszy kolegów wypowiadających się na temat przeszłości i mijających się przy tym mocno z prawdą. Pamięć ludzka jest zawodna. I wybiórcza.

„Wanda” Anny Kamińskiej

Wspaniałą opowieścią o niebanalnym życiu Wandy jest książka Anny Kamińskiej (którą uwielbiam, a wierzcie mi, jestem naprawdę wybredna), pt.“Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz”. Są tam nie tylko wspomnienia, ale i dokumenty, listy, notatki. Doskonale napisana, wnikliwa i obiektywna. Pobudzająca wyobraźnię i pozbawiona jakichkolwiek zgrzytów językowych, które w książkach o tematyce górskiej zdarzają się ostatnio coraz częściej. 

Kobiety o kobiecie i górach

Tak samo doskonale jest napisany monodram „Wanda”. Bez jakichkolwiek wpadek językowych czy merytorycznych, niepotrzebnych zabiegów stylistycznych, bez patosu. Niezwykłą sztukę o niezwykłej kobiecie, stworzyły kobiety. Napisała Wiesława Sujkowska, w roli Wandy wystąpiła fantastyczna Anita Jancia-Prokopowicz, Maria Sadowska -reżyseria i muzyka,Ilona Binarsch – scenografia, kostiumy, wideo i światła oraz Joanna Grabowiecka – reżyseria i światła. 

Premiera spektaklu „Wanda” odbyła się półtora roku temu. Oszczędzę Wam więc spóźnionej recenzji, a napiszę tylko, że jestem zachwycona. Wanda, którą powołała do życia na scenie Anita Jancia – Prokopowicz, onieśmiela, wzrusza, wzbudza podziw i zazdrość. Jest piękną odważną kobietą, równocześnie silną i kruchą, bezwzględną i wrażliwą, kochaną i samotną. To Wanda. A góry? 

Wanda nocą spektakl Bielsko-Biała
fot. Joanna Gałuszka

Zapach gór można poczuć nawet w teatrze

Góry po prostu się czuje na tej scenie. Kiedy przymykałam na chwilę oczy, widziałam Lamę odprawiającego pudżę, buddyjską modlitwę, aby obłaskawić górę i pobłogosławić wspinaczy. Czułam zapach kadzideł i bezkresną świeżość himalajskiego powietrza. Słyszałam modlitwy śpiewane przez  buddyjskich mnichów o świcie, słyszałam dźwięki ich dzwonków. Nocne pomruki lodowców i skrzypienie śniegu pod stopami. Widziałam miliardy gwiazd nad głową i cienie flag z mantrami, które powiewały na wietrze zanosząc modlitwy tam, gdzie trzeba. Dotykałam chmur, które prześlizgiwały się przez przełęcze i przez moje palce…    

Spektakl i jego znakomita recenzja

Jeśli chcecie przeczytać bardzo dobrą, rzetelną recenzję sztuki, odsyłam Was TUTAJ, do artykułu autorstwa Beaty Słamy, której też jestem fanką.

A jeśli macie ochotę na garść wzruszeń i zachwytów, to chodźcie wprost TUTAJ, po bilety na ten wyjątkowy spektakl. 
Nie marudźcie, że daleko, bo na przykład z Warszawy to tylko 400 km i 4 godziny. Wanda do bazy pod K2 szła piechotą, o kulach! 400 kilometrów i zajęło jej to znacznie więcej niż 4 godziny…. 
Zatem, Wy też dacie radę!

O co chodzi z tym całym blogowaniem? Po co i komu są one w ogóle potrzebne? Zadawaliście sobie czasem to pytanie? Ja owszem. Ale do odpowiedzi dochodziłam dość długo i to pokrętną drogą. Do czytania blogów i zrozumienia ich wartości zaprowadziła mnie chęć pisania, a było to mniej więcej tak:

Przyczynek pierwszy

Przyszedł taki moment, że nie sposób już było mojej fascynacji Nepalem i jego małymi mieszkańcami, zawrzeć i opisać w choćby najdłuższej rozmowie. Gubiłam się w tym, co komu opowiadałam, za dużo jest wątków, anegdot i naszych działań, żeby starczyło wieczoru na opowiedzenie o cudach, których tam doświadczam.

Przyczynek drugi

Ponadto wiedza górska, którą nieustannie czerpię od mojego prywatnego ratownika górskiego 😉 zaczęła się już przelewać, a szkoda mi ją tak marnować, chciałabym, żeby inni też mogli z niej korzystać, dzięki czemu mogą być bezpieczniejsi.

Przyczynek trzeci

Do tego doszły jeszcze setki osób, których filmowałam i fotografowałam podczas skoków spadochronowych. Tej radości i szczęścia, które widziałam na ich twarzach, nie chciałam zostawić bez komentarza. Wiem, ile taki skok znaczył dla większość z nich, wiem co im dał, wiem, że wielu z nich odmienił życie. Widziałam, jak skok ze spadochronem pomaga w walce z chorobą, z uporaniem się z przeszłością, jak pozwala nabrać sił do walki o przyszłość.  

Przyczynek czwarty

W końcu przyszedł taki dzień, kiedy potrzeba pisania zaczęła mnie przytłaczać w równym stopniu, co codzienne obowiązki ‘około-rodzinno-domowe’. Pomyślałam, że blog może stać się dla mnie połączeniem przyjemnego z pożytecznym. Czy się uda? Zobaczymy! 

Szukając formy

Chciałabym Wam o tym wszystkim opowiedzieć tak na spokojnie, po swojemu. Bez stresu i bez konieczności wznoszenia się na niedostępne dla mnie wyżyny literackie. Bardzo, bardzo długo nie umiałam znaleźć dla siebie dobrej formy. Ani facebook, ani papier nie wydawały mi się odpowiednie.

I tak chyba podczas rozmyślań i poszukiwań trafiłam w świat blogów. Właściwie obcych mi wcześniej. Czytywałam naturalnie różne teksty pisane przez blogerów, znałam nazwy kilku blogów, ale zaglądałam tam tylko wtedy, gdy ktoś na fb polecił jakiś konkretny artykuł. Kiedy więc zaczęłam mocniej przyglądać się blogosferze, wpadłam po uszy. Może to niezbyt odkrywcze, ale znalazłam wreszcie źródło treści, które są naprawdę ciekawe, inspirujące, autentyczne, z pięknymi zdjęciami i, co dla mnie jest kluczowe, dobrze napisane! 

Między krytykiem a twórcą

Studiowałam polonistykę na tyle pilnie, by umieć odróżnić dobre teksty od złych. Ma to oczywiście swoje zalety, ale więcej chyba wad. Niestety, to trochę jak z krytykami filmowymi, którzy potrafią bardzo profesjonalnie ‘zjechać’ każde niemal dzieło, mimo że sami nie umieją stworzyć nic. Dokładnie tak się zawsze czułam i nadal tak się czuję.

Krytykiem literackim wprawdzie nie jestem, bywam za to krytykantką literacką. Uchodzę za niezbyt litościwą czytelniczkę, ale jak na porządnego krytyka/krytykanta przystało, tworzyć też nie potrafię 😉

Jak odkrywałam blogosferę?

No to wstęp i kurtuazję mamy już za sobą, uff. 

A teraz powiem Wam, na kogo trafiłam w tych moich blogowych poszukiwaniach, szperaniach i eksploracjach. Pragnę zaznaczyć, że był to dla mnie naprawę dziewiczy ląd, niezbadana otchłań Internetu, równie przyjazna i znajoma, jak darknet… 😉

Byłam tak podekscytowana, jakbym pierwszy raz w życiu wyszukiwała w Internecie treści dla dorosłych! Zaczęłam niezbyt oryginalnie i trochę na skróty, od haseł typu ‘najlepszy blog 2018’ albo ‘najpopularniejsze blogi’. Myślałam, że sprawa będzie prostsza, tymczasem ‘czesałam’, czytałam, wpisywałam, wyszukiwałam i szło mi tak sobie. W każdym zestawieniu, jakie czytałam były kompletnie inne tytuły! Za cholerę nie mogłam się w tym połapać. W końcu po długich i mozolnych poszukiwaniach trafiłam na pierwszą blogerkę, z którą zostałam na dłużej.

MOJE ULUBIONE BLOGI

techniczna

Kiedy już postanowiłam, że będę prowadzić swój blog, to właśnie u Oli znalazłam mnóstwo cennych i bardzo przydatnych informacji. Prowadziłam z Tomkiem długie rozmowy korzystając z argumentów, które wyczytałam na blogu Jestem Interaktywna. Któregoś dnia Tomek zapytał skąd ja mam te informacje, sam zaczął czytać, po czym… zamówił książkę, pt. „Bądź online” napisaną przez Olę.

Dodam jeszcze, że książka okazała się równie dobra, jak polecane w niej rozwiązania i pomogła mi uniknąć wielu pułapek, o których istnieniu nie miałam pojęcia, i w które niechybnie bym wpadła. 

Potem jakoś już poszło i odkrywałam kolejne wspaniałe miejsca w Internecie:

Liryczna

Przybyłam, zobaczyłam, przepadłam. I przepadam nadal, niezmiennie i nieustannie. Uwielbiam blog Miss Ferreira za:

– sposób, w jaki Sara opisuje świat

– jej wrażliwość

– niepowtarzalny klimat

– autentyczność i szczerość

– piękno, które przechadza się po tym blogu

– to, że pisze o dzieciach i rodzicielsktwie w taki sposób, że mnie nie mdli

– kobiecość i zmysłowość

– migawki, nostalgie, tęsknoty

– niebanalne poczucie humoru

– przepiękną polszczyznę.

zorganizowana

Pierwszy raz usłyszałam i zobaczyłam Olę Budzyńską u Oli Gościniak, na jakimś ‘live’ie’ – tak to się chyba nazywa. To była ‘Kawa z Budzyńską’. Zaintrygowała mnie, wyszukałam, kliknęłam, zaczęłam obserwować i na początku mnie nie zachwyciła. Krzykliwe kolory, duże produkty na zdjęciu profilowym, zbyt białe zęby 😉 

O jakże złudne było to moje pierwsze wrażenie! Jej mądre, zabawne wpisy na Instagramie sprawiły, że zaczęłam się uważniej przeglądać PSC. I w końcu zrozumiałam dziesiątki tysięcy kobiet, które są jej wyznawczyniami. Jest fantastyczna, energetyczna, charyzmatyczna, asertywna, zorganizowana, aktywna, roześmiana i szczera. Wspaniała.

A poza tym, albo przede wszystkim, inspiruje i motywuje kobiety do działania, pomaga właściwie ustawiać priorytety, uczy planowania, podrzuca przydatne przy tym narzędzia i dzieli się hojnie swoim doświadczeniem. Współpracuje z innymi kobietami. Jest naprawdę świetna, działa na mnie jak zastrzyk pozytywnej energii i trochę zastępuje skoki spadochronowe w nieskocznym zimowym sezonie.

Wątpiąca

To już trzecia Ola w tym zestawieniu! I to jest absolutna mistrzyni autoironii, bogini wątpliwości, mądra, niesłychanie dobra i wrażliwa kobieta, z cudownym poczuciem humoru i zdolnościami aktorskimi ;). Zwana po prostu Radomską lub Olinkiem. Cudowna przeciwwaga do Oli Budzyńskiej, królowa emocji, huśtawek nastrojów i chaosu. Szczerość i dystans do siebie level master. O ile się nie mylę to pod koniec lutego, kiedy Radomska rozpakowywała paczkę od Pani Swojego Czasu, a w niej planner, stała u niej w domu jeszcze choinka. Jeśli znacie, rozumiecie, jeśli nie znacie – poznajcie. Koniecznie. 

Zaczynająca

Pisze o sobie tak: 

Gdyby ktoś mnie dziś spytał, co od ćwierćwiecza robię najczęściej, odpowiedziałabym, że zaczynam od nowa. Różne rzeczy zaczynam, czasem życie, a czasem tylko książkę. Lubię początki. Dziś mogę napisać, że zawsze przynoszą coś dobrego, tylko nie wolno się ich bać. Świeży start to jedna z najbardziej stymulujących rzeczy na świecie! 


Nic nie działa bardziej inspirująco niż myśl, że można zaczynać od nowa, że może się czasem coś nie udać, wykrzaczyć, wysypać i świat się wtedy nie zawali. Przyjdzie nowe i będzie lepsze, choć na razie nie możemy tego jeszcze wiedzieć. 

Padłaś? To powstań, popraw koronę i zapi…..aj! 😀

Interaktywna jest pomocna i techniczna, Ferreira liryczna i nostalgiczna, Pani Swojego Czasu zorganizowana i energiczna, Radomska wątpiąca i autoironiczna, a Tekstualna wszystko zaczyna ciągle od nowa :). 

Świat kobiet, które wzajemnie się wspierają

Dla mnie te blogi to zestaw obowiązkowy. Kobiety, które je tworzą są tak cudownie różne. I wiecie, co? Poznawałam te i poznaję kolejne przez inne blogerki. Te babki naprawdę potrafią się wspierać i dowodów na to są setki.  

U Oli Gościniak poznałam Olę Budzyńską, czyli Panią Swojego Czasu, jej istnienie potwierdziła gdzieś u siebie Radomska, której filmik z kolei podesłała mi kiedyś bratowa. Od Pani Swojego Czasu dowiedziałam się o istnieniu Worqshop, a od Tekstualnej o Basi Szmydt, która u siebie z kolei pisała o Simplicite.

Ta wyliczanka nie ma końca, a ja ciągle z radością odkrywam kolejne wartościowe treści, będę Wam o tym jeszcze na pewno pisać. Bo to dzięki blogom znalazłam na przykład sposób na skuteczną i przyjemną! naukę oraz zdałam dzięki nim pierdyliard egzaminów na instruktora spadochronowowego.
Mama nadzieję, że i Wy pozwolicie się im zainspirować! 

Zamiłowanie do lekkiej atletyki pozostało mi jeszcze z czasów szkoły podstawowej. Pamiętam ogromną ekscytację, gdy w wieku 13 lat dostałam swoje pierwsze ‘kolce’, czyli buty do biegania po tartanowej bieżni. Czułam się wtedy jak mistrzyni świata i okolic, rozpierała mnie duma, a motywacja do trenowania natychmiast wzrosła o 300 %. Pamiętam atmosferę swoich pierwszych zawodów lekkoatletycznych, rozgrywanych na stadionie Skry w ramach Warszawskiej Olimpiady Młodzieży. Pamiętam smak izotoniku Isostar, który oszczędzałyśmy specjalnie na zawody i zapach maści rozgrzewającej Bengay, od którego w naszej szatni aż oczy szczypały. Najbardziej ze wszystkiego pamiętam jednak uczucie ekscytacji i jedności. Byliśmy jednym organizmem, jedną drużyną. I to taką, w której jeden za wszystkich i wszyscy za jednego. My kontra reszta świata.

To jest uczucie, o którym nigdy nie zapomniałam i, świadomie lub nie, zawsze za nim tęskniłam. W tamtym czasie z wypiekami na twarzach kibicowaliśmy polskim sportowcom, oglądając w telewizji Igrzyska Olimpijskie w Atlancie w 1996 roku. Podziwialiśmy naszych medalistów: Artura Partykę, Renatę Mauer, Mateusza Kusznierewicza, Pawła Nastulę i Roberta Korzeniowskiego. To byli nasi idole i bohaterowie.

Klasa sportowa.

Miałam szczęście chodzić do klasy sportowej w warszawskiej SP nr 321. Nasz fantastyczny wychowawca i trener, pan Marek Horbaczewski, często nam powtarzał, że jego celem nie jest wychowanie olimpijczyków, tylko wyrobienie w nas nawyku uprawiania sportu. Trochę byliśmy oburzeni, bo mieliśmy jednak spore ambicje, ale prawda jest taka, że nikt z nas wielkiej kariery sportowej nie zrobił, natomiast w wielu uczniach mojej klasy nawyk uprawiania sportu udało się wyrobić.

Przez cały szkolny tydzień mieliśmy chyba codziennie treningi, do tego w soboty jeszcze trening i basen na terenie zaprzyjaźnionego WATu i dwa razy w roku obozy sportowe, zimą narciarski, latem lekkoatletyczny. Kiedy skończyłam podstawówkę w pierwszej chwili poczułam ulgę, nareszcie tyle wolnego czasu! Nie muszę biegać, pocić się i męczyć. W liceum jednak szybko okazało się, że moje koleżanki przez 45 min wuefu właściwie tylko odbijają piłkę do siatkówki lub są wiecznie ‘niedysponowane’ i wtedy zrobiło mi się żal. Zrozumiałam, że pewien rozdział już się skończył.

plotki
Bieg przez płotki kobiet podczas halowego mityngu lekkoatletycznego

I co dalej?

Natomiast potrzeba ruchu i uprawiania sportu pozostała. Biegać wtedy jeszcze nie lubiłam, zresztą, choć trudno dziś w to uwierzyć, bieganie było w tych czasach raczej obciachem :D. Próbowałam fitnessu, ale szybko doszłam do wniosku, że to nie dla mnie, siłownia też mnie nudziła. Przez długi czas nie umiałam znaleźć nic dla siebie. Wciągnął mnie wir młodości, ze swoimi szaleństwami, imprezami, przyjaźniami i miłościami. Sport musiał poczekać. Tak naprawdę upomniał się o mnie, kiedy już skończyłam studia i zaczęłam tzw. normalną pracę, 8 h przy biurku, ewentualnie w okolicy biurka. Bardzo szybko poczułam, że potrzebuję ruchu, świeżego powietrza i porządnego fizycznego zmęczenia, po którym przychodzi spokój, satysfakcja i radość. Organizm upomniał się o należne mu dawki serotoniny i endorfin. Byłam już od jakiegoś czasu dorosła, miałam znacznie więcej czasu niż na studiach, zarabiałam na siebie, więc mogłam zacząć nową przygodę.

Spadochrony!

Dróg, które zaprowadziły mnie do sekcji spadochronowej Aeroklubu Warszawskiego było wiele. Trochę tak, jak w przysłowiu, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. W przypadki nie wierzę. Mnie wszystkie drogi prowadziły na wielką łąkę w miejscowości Chrcynno. Skoki spadochronowe przypomniały mi o tym, jak dobrze się czuję, gdy spędzę cały dzień na świeżym powietrzu, gdy się męczę, gdy walczę sama ze sobą, gdy wszyscy razem mamy jeden wspólny cel. To skoki pozwoliły mi poczuć satysfakcję z ustanawiania rekordów, ale nie to jest najważniejsze. Okazało się, że skoro mogę wyskoczyć z lecącego samolotu, to pewnie dam radę zrobić też kilka innych fascynujących rzeczy. Dwa lata po kursie spadochronowym zapisałam się na kurs wspinaczkowy, potem zaczęłam nurkować, a później to już samo poszło i różne sporty wpisały się na stałe w rytm mojego życia. W żadnym nie osiągnęłam mistrzostwa, ale każdy daje mi ogromną radość, satysfakcję i utrzymuje moje ciało w jako takiej formie i sprawności.

copernicus cup
Kibicujemy podczas Copernicus Cup Toruń 2019

Powrót do przeszłości.

Dlaczego Wam o tym piszę? Właśnie wróciłam z fantastycznego wyjazdu organizowanego przez klub lekkoatletyczny RK Athletics. Wspólnie z dzieciakami z klubu kibicowaliśmy  sportowcom podczas Halowego Mityngu Lekkoatletycznego „Orlen Copernicus Cup Toruń 2019”. Mieliśmy też okazję wspólnie z dziećmi odbyć trening na obiekcie, który dzień wcześniej oglądaliśmy jedynie z trybun. Nie tylko dzieci były tym zachwycone. Kiedy ustawiłam się w bloku startowym, przeszły mnie dreszcze. Nie robiłam tego od… końca szkoły podstawowej, czyli od 23 lat! :O

Dłonie pamiętały, jak należy się ustawić na bieżni, nogi same trafiły na miejsce w bloku startowym, a serce wypełniły radość i nostalgia na wspomnienie tych młodzieżowych treningów i startów. Cudownie było móc znów to poczuć.

trening
Arena Toruń, trening RK Athletics

Spełnione marzenie.

W 1996 roku miałam 15 lat, skończyłam szkołę podstawową i swoją przygodę z lekką atletyką. W tym samym roku Robert Korzeniowski zdobył swój pierwszy złoty medal olimpijski w chodzie na dystansie 50 km. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że 23 lata później, w lutowy poranek 2019 roku, na nadwiślańskim bulwarze w Toruniu, będę miała okazję uczestniczyć w treningu prowadzonym przez Roberta Korzeniowskiego, to uśmiałabym się równie serdecznie jak teraz, gdy to sobie uświadomiłam i piszę te słowa.

Pamiętajcie, że niemożliwe nie istnieje, ograniczenia są głównie w naszych głowach, a na sport i spełnianie marzeń nigdy nie jest za późno.

Od zawsze fascynowały mnie wszelkie starocia, przedmioty z przeszłości, z historią i duszą. Takie, w których zaklęty jest czas. Minęli już dawno ci, którzy te przedmioty wykonali oraz ci, którzy ich używali. Im więcej czasu upłynęło, tym bardziej rozpalają moją wyobraźnię i ciekawość. Dotykam gładziutkich mahoniowych blatów toaletek, atłasowych tapicerek bogato zdobionych szezlongów, porcelanowych dzbanów na wodę i ciężkich aksamitnych zasłon.

Wyobrażam sobie pokolenia kobiet, które przy tych toaletkach czesały swoje długie lśniące włosy, siedząc w bladych promieniach porannego słońca, które wraz z letnim wiatrem wpadały do wnętrza przez uchylone wysokie okna, przysłonięte zwiewnymi firanami.

Wyobrażam sobie wspólne wieczory, spędzane przy trzaskającym ogniu w ogromnych otwartych kominkach, w głębokich fotelach obitych mięciutkim zielonym welurem z tomikiem poezji w ręku. Rozmowy przy popołudniowej herbacie z konfiturą, podanej na srebrnych tacach, w cieniutkich porcelanowych filiżankach z drobnym deseniem w róże i złotymi zdobieniami, pochodzących z najlepszych bawarskich manufaktur.

Wyobrażam sobie księżną Daisy Hochberg von Pless, kiedy z subtelnym uśmiechem na twarzy, w sukni balowej z lśniącej tafty i miękkich muślinów, w jedwabnych pantofelkach kroczy po ogromnych schodach. Idzie oświetlona ciepłym światłem setki świec, a majestatyczny katedralny tren sukni w kolorze wina delikatnie szeleszcząc ciągnie się za nią po marmurowych schodach. Księżna Daisy wita gości, którzy przybyli na bal i razem kierują się w stronę monumentalnej sali z kryształowymi żyrandolami, balkonami i stropem, na którym artysta namalował błękitne niebo z chmurami.

Niebo z chmurami namalowane na stropie wielkiej sali w Zamku w Pszczynie

Na bufetach królują pieczone bażanty, perliczki i pasztety z dziczyzny. W karafkach wina, miody i nalewki. Orkiestra gra polonezy i walce, wokół słychać śmiechy i gwar rozmów,  za ogromnymi oknami zapada zmrok, a śnieg skrzy się w blasku świec i księżyca. Rozpoczyna się długa balowa noc na zamku w Pszczynie, przeszło sto lat temu…

Żyrandol w wielkiej sali Zamku w Pszczynie

Podróżując zawsze rozglądamy się za zamkami. Wizyty na zamkach są nie tylko miłym urozmaiceniem długich niekiedy podróży, ale też wspaniałą lekcją historii, architektury i sztuki, podaną w sposób najbardziej przystępny z możliwych. Czasem korzystamy z audio-przewodników i potem wymieniamy się informacjami, bo nie zawsze wybieramy te same tematy, a czasem po prostu spacerujemy, czytamy opisy i podziwiamy. Lubię robić zdjęcia szczególnie tych najbardziej interesujących mnie przedmiotów, żeby móc potem już w domu, na spokojnie, dowiedzieć się o nich wszystkiego, co chciałabym wiedzieć. Zawsze po takich zamkowych wizytach rozjaśnia mi się w głowie, pewne fakty łączą się ze sobą i powstają nowe przemyślenia, wnioski i inspiracje.

Pszczyna to niewielkie miasteczko na Śląsku, mijałam je dziesiątki razy w drodze do Bielska-Białej czy Szczyrku. Ciągle obiecywałam sobie, że w końcu odwiedzę Zamek, ale zawsze byłam w drodze z albo do, wiecznie w niedoczasie. W tym roku, w związku z halnym, skróciliśmy o jeden dzień wyjazd narciarski i nareszcie nadszedł ten dzień! Wybraliśmy się na zwiedzanie Zamku!

Oniemiałam już od progu. Wnętrza zamku pełne są oryginalnych mebli, tkanin, dekoracji i przedmiotów codziennego użytku. W wielu miejscach obok opisów znajdują się zdjęcia wykonane około 1915 roku, a cała ekspozycja sprawia wrażenie, jakby właściciele zamku dosłownie wczoraj z niego wyszli na dłuższy spacer. Te same co na zdjęciach meble, tapety, obrazy, w biblioteczce książki, w oknach firany i story. Fortepian gotowy na koncert i krzesła ustawione w rzędach czekające na publiczność, która już przeminęła…

Biblioteczka w salonie gościnnym w Zamku w Pszczynie

Spośród wszystkich zamków, jakie kiedykolwiek widziałam, ten zdecydowanie wyróżnia się właśnie bogatym oryginalnym wyposażeniem. Nie ma tu przypadkowości, lustra są dopasowane rozmiarami do ścian, na których zostały zawieszone, obrazy komponują się  kolorami z wystrojem wnętrz, które zdobią. Łoża, toaletki i sekretarzyki ustawione są w idealnych miejscach, dokładnie tak, jak sama bym je ustawiła, gdyby przyszło mi tam zamieszkać. Jest wszystko co potrzebne i paradoksalnie nie ma rzeczy zbędnych. Meble są przemyślane i dopracowane, niektóre fotele mają podnóżki, a stoliki idealne rozmiary do pełnionej funkcji.

Salon gościnny na Zamku w Pszczynie

Dopiero tu uderzył mnie fakt, że w większości zwiedzanych przeze mnie zamkowych wnętrz brakowało dywanów, obrusów, pościeli, firanek, zasłon, parawanów i… roślin. Na przeszło stuletnich zdjęciach jest mnóstwo zieleni w przepięknych wazonach i donicach, autorzy ekspozycji zadbali więc o to, by i teraz ich nie brakowało. Myślę, że to właśnie tkaniny, storczyki i okazałe palmy tworzą niepowtarzalną, szalenie przytulną atmosferę tego zamku.

zamek
Zamek w Pszczynie

Wrócę tam na pewno, aby wysłuchać dokładnie całej opowieści i zajrzeć w każdy kącik. A Wy? Macie swoje ulubione zamki? Wyobrażacie sobie czasem siebie jako Panią/Pana na zamku?


Trójka budzi we mnie ostatnio ambiwalentne uczucia. Kiedyś było to moje ukochane radio, mądre, refleksyjne, wyważone, pełne niesamowitych osobowości i wspaniałych opowieści. Muzycznie to absolutnie best of the best. Żadne radio w Polsce nie gra lepszej muzyki i to nie podlega dyskusji.

Nie słucham Trójki od przeszło roku. Kiedy weszłam do budynku czułam się trochę jak w odwiedzinach w starej szkole. Z jednej strony znajomy budynek i mnóstwo wspomnień, a z drugiej wiesz, że nie należysz już do tego miejsca, do tej społeczności. Tak myślałam do momentu, kiedy redaktor Piotr Stelmach wszedł na scenę, żeby zapowiedzieć koncert Offensywa de luxe 2019. I wiecie co? Pewne rzeczy się nie zmieniły. Naprawdę i na szczęście. Mówił w taki sposób, że obecne władze radia nie mogą mu nic zarzucić, ale mówił też tak, że rozumieliśmy się na wskroś. Na innej płaszczyźnie, znacznie głębszej, wręcz podskórnej. Mówił sercem, duszą, metatekstem i…. Muzyką. Muzyką przez wielkie M. Wyraźnie zostało powiedziane, że pierwszy raz w trzynastoletniej historii koncertów Offensywy de luxe, nie było perkusji… I niech skisnę, jeśli redaktor Stelmach między wierszami nie powiedział nam, że jeszcze przyjdzie lepszy czas.

Offensywa de lux artysci 2019

Na scenie wystąpili:

Mela Koteluk

AGIM Smolik i Kev Fox

Sosnowski

Riverside.

Zabrakło tylko Organka, który się niestety rozchorował.

To był fantastyczny koncert utkany z refleksji, mądrych słów, najlepszej gitarowej muzyki, dobrej energii, różnorodności, improwizacji, ze starego i nowego, z ciszy i autentyczności. Nasunęło mi się skojarzenie z muzyką lat 80-tych. Myślę, że działała na dusze tak, jak na mnie zadziałała wczorajsza Offensywa de luxe. Dziękuję za ten koncert . Bardzo.

Smolik Kev Fox AGIM
Kev Fox i Smolik

Myślisz czasem o tym, co czują ptaki gdy latają? Chcesz wiedzieć jakie w dotyku są chmury? A może masz ochotę poczuć emocje, które zapierają dech w piersiach, dosłownie i w przenośni? Skok spadochronowy w tandemie to jedna z najbardziej dostępnych tzw. ekstremalnych atrakcji. Nie wymaga dalekich podróży, nie musisz robić badań, mieć super kondycji ani posiadać specjalistycznego sprzętu. Nie ma też ograniczenia wieku. Na skoki przyjeżdżają ludzie, którzy dostali prezent na 18, 30 lub 60 urodziny, przyjeżdżają tacy, którzy są na życiowym zakręcie, chcą przezwyciężyć swój strach albo się sprawdzić, a także ci, którzy chcą zaznać latania w jego najczystszej postaci. W swojej pracy kamerzystki spadochronowej najbardziej lubię obserwować ludzi, którzy na naszych oczach przechodzą metamorfozę. W ciągu niespełna pół godziny na ich twarzach widzimy niepewność, strach, czasem przerażenie, a potem radość i euforię. Po lądowaniu nierzadko rzucają nam się ze szczęścia na szyję albo… ocierają łzy. Czasem mówią ‘nigdy więcej’ ;), ale znacznie częściej słyszymy, że to była najbardziej niesamowita rzecz, jaką w życiu robili. Te ich pozytywne emocje udzielają się też nam i sprawiają, że uwielbiamy swoją pracę. A Ty? Co powiesz na taki skok? Jakie masz obawy? Chciałabyś spróbować?