Kategoria

Bez kategorii

Kategoria

W nocy z 15 na 16 lutego 1941 roku dokonano pierwszego zrzutu cichociemnych

Kim byli cichociemni?

Cichociemni Spadochroniarze Armii Krajowej to elitarna, wszechstronnie wyszkolona grupa. Stanowili ją przeszkoleni w Wielkiej Brytanii oraz we Włoszech żołnierze Polskich Sił Zbrojnych, którzy ochotniczo zgłosili się do służby specjalnej w konspiracyjnej Armii Krajowej; przerzucani byli do okupowanej przez Niemców i Sowietów Polski w latach 1941-1944. 

Nie byli zwartą formacją ani oddziałem wojskowym, nie mieli własnego sztandaru, barw, patrona, ani też własnej tradycji.  Byli natomiast wysokiej klasy specjalistami w zakresie dywersji, wywiadu i łączności, a także oficerami przygotowanymi do pracy sztabowej i w terenie.

W październiku 1940 roku rozpoczął się pierwszy polski kurs spadochronowy w brytyjskim ośrodku Central Landing School w Ringway. Podstawowe szkolenie desantowe ukończyło 12 polskich oficerów. Szkolenie spadochronowe nie było, jak by się mogło zdawać, wyjątkowo zaawansowane. Właściwie chodziło o podstawy, żeby kandydaci na cichociemnych i kurierów nie pozabijali się skacząc. Oswajano ich z lotami na dużej wysokości. Uczono budowy spadochronu, zachowania w samolocie, kolejności skakania, techniki lotu i lądowania.

fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Równocześnie cały czas problemem było pozyskanie odpowiedniego samolotu, który mógłby dokonać zrzutu skoczków spadochronowych. W końcu udało się go zdobyć od Brytyjczyków. Francuzi twierdzili, że nie mają odpowiedniej maszyny. Rzeczywiście nie mieli czy uważali, że nie warto pomagać Polakom? Trudno powiedzieć. Na szczęście mjr Jan Jaźwiński miał znajomości w powołanej decyzją Winstona Churchilla SOE (Special Operations Executive – brytyjskiej tajnej agencji rządowej, której zadaniem było m.in. prowadzenie dywersji, koordynacja działań politycznych i propagandowych, wspomaganie ruchu oporu w okupowanych państwach Europy w czasie II wojny światowej), dzięki czemu namówił Brytyjczyków do współpracy. Skusił ich możliwością wykorzystania danych wywiadowczych, jakie mogliby dla nich zdobywać Polacy, którzy skoczyliby do kraju.

Pierwszy skok – noc z 15 na 16 lutego 1941 roku

Operacja lotnicza „Adolphus” przeprowadzona została w nocy z 15 na 16 lutego 1941 r. 15 lutego o godzinie 18.20 z lotniska w Wielkiej Brytanii wystartował dwusilnikowy samolot typu Armstrong Whitworth Whitley MK I oznaczony jako Z-6473 z 419 Eskadry RAF. Załogą dowodził kpt. Francis Keast. Trzeba przyznać, że Brytyjczycy „wypożyczyli” nam świetnych, wyszkolonych ludzi. Kpt. Keast pilotował samoloty najwyższych dostojników brytyjskich. Niestety był to jego ostatni szczęśliwy lot. Dwa dni później nad Belgią jego samolot został zestrzelony przez niemiecką artylerię i Keast trafił do niewoli.

Pierwszymi skoczkami spadochronowymi, zrzuconymi na tereny okupowanej Polski, byli rotmistrz Józef „Żbik” Zabielski, major Stanisław „Kostka” Krzymowski oraz kurier Czesław „Włodek” Raczkowski. Warto wspomnieć, że ci trzej Polacy byli pierwszymi w historii spadochroniarzami zrzuconymi na tereny okupowane. Nigdy wcześniej nikt na świecie nie przeprowadził podobnej operacji.

Zrzut miał się odbyć na placówkę odbiorczą położoną w okolicach Włoszczowy. Niestety, przez błąd w nawigacji skoczkowie wylądowali w dzikiej placówce niedaleko wsi Dębowiec, już na terenie III Rzeszy. Samolot powrócił do Wielkiej Brytanii po 11 godzinach i 45 minutach lotu i po wylądowaniu miał zaledwie 50 litrów paliwa, co starczyłoby na 15 minut lotu. Pomimo błędnego miejsca zrzutu mjr Stanisław Krzymowski oraz rtm. Zabielski dotarli do Warszawy. Nieco później zameldował się także Czesław Raczkowski.

Poza skoczkami w samolocie znajdowały się także ważące 600 kilogramów zasobniki. Były w nich radiostacje, sprzęt świetlno-sygnalizacyjny, broń i materiały wybuchowe. To wszystko miało trafić do arsenału Związku Walki Zbrojnej. Niestety utracono wszystkie zasobniki. Strata wyposażenia była tym bardziej bolesna, że odnaleziony przez Niemców sprzęt uświadomił im, że na terenie okupowanej Polski prowadzone są alianckie operacje desantowe.

Podczas wojny wszystkie informacje dotyczące cichociemnych były ściśle tajne. Cichociemni mieli też zakaz kontaktu z rodziną po przylocie do Polski.

Cichociemni w liczbach

Do służby w okupowanej Polsce zgłosiło się ochotniczo 2413 kandydatów. Po intensywnym szkoleniu wybrano 579 żołnierzy, którzy złożyli przysięgę cichociemnych oraz przysięgę na rotę AK. Spośród nich do kraju wysłano jedynie 316 skoczków, później już zwanych cichociemnymi (a w kraju ptaszkami, zrzutkami).

Kolejnych 17 polskich spadochroniarzy, agentów SOE od czerwca 1942 r. do kwietnia 1945 r. zrzucono (niektórych dwukrotnie) poza Polskę, na teren okupowanej Europy: do Francji, Grecji, Płn. Włoch, Jugosławii oraz Albanii. Zgodnie z zapisami Konwencji Genewskich nie mogli nosić mundurów oraz w przypadku aresztowania nie byli traktowani przez Niemców jako jeńcy wojenni.

Z 316 cichociemnych, w czasie wojny zginęło 102, w tym 9 podczas lotu lub skoku, a 8 zażyło truciznę po aresztowaniu. W Powstaniu Warszawskim wzięło udział 95 cichociemnych, spośród nich 18 zginęło, a co najmniej 20 było rannych. Kolejnych 9 zginęło podczas śledztw lub z wyroków sowieckich oraz polskich sądów komunistycznych pod koniec wojny oraz w latach powojennych.

Orderem Virtuti Militari odznaczono 221 cichociemnych, Krzyżem Walecznych zostali odznaczeni 595 razy.

8 stycznia 2021 r. setne urodziny obchodził ostatni żyjący cichociemny mjr Aleksander „Upłaz” Tarnawski.

Cichociemni byli prekursorami polskich sił specjalnych, ich tradycje kontynuuje Jednostka Wojskowa GROM im. Cichociemnych Spadochroniarzy Armii Krajowej.

Moje (sentymentalne) związki z cichociemnymi

Cichociemni to moi bohaterowie. Od początku mojej przygody ze spadochroniarstwem fascynowali mnie i inspirowali. Często zadawałam sobie pytania:

-kim byli ci niezwykli, wszechstronni i odważni ludzie?

-czy gdybym była na ich miejscu, wystarczyłoby mi odwagi?

-czy spadochroniarze jeszcze kiedyś będą brali udział w działaniach wojennych?

Kiedy myślę o bohaterach wojennych, ludziach, dzięki którym żyję dziś w wolnej Polsce, to moje myśli biegną naturalnie ku cichociemnym. Oczywiście spadochroniarstwo jest dla mnie tym łącznikiem. Dla mnie pasja, radość i źródło satysfakcji, a dla nich – element walki o wolną ojczyznę. 

Kiedyś, podczas wernisażu wystawy o cichociemnych w Muzeum Powstania Warszawskiego, miałam okazję poznać osobiście ostatniego żyjącego cichociemnego – majora Aleksandra „Upłaza” Tarnawskiego. Spodziewałam się zobaczyć wielkiego bohatera, tymczasem poznałam niezwykle skromnego i radosnego starszego pana. Zadziwionego, skąd to zamieszanie wokół jego osoby, głęboko przekonanego, że nie zrobił niczego niezwykłego. On był szarmancki i wesoły, a ja urzeczona. 

Jeśli tylko mam okazję to odwiedzam zrzutowiska i uczestniczę w obchodach rocznicy pierwszego zrzutu cichociemnych do kraju. A Was zachęcam do czytania o nich, bo to naprawdę byli absolutnie wyjątkowi ludzie. Pamiętajmy.

Pomnik w Dębowcu
Skok w 75. rocznicę pierwszego zrzutu cichociemnych w Dębowcu
“Cichociemni” – prace dzieci ze szkoły podstawowej w Dębowcu – miejscu pierwszego zrzutu cichociemnych
“Cichociemni” – prace dzieci ze szkoły podstawowej w Dębowcu – miejscu pierwszego zrzutu cichociemnych

Źródła:

www.polska-zbrojna.pl

www.wikipedia.pl

www.muzeum1939.pl

Od kilkunastu lat jestem skoczkiem spadochronowym, obecnie już instruktorem i zawsze wydawało mi się, że bardzo trudno jest opowiadać o spadochroniarstwie ludziom, którzy nigdy nie skakali. O tym, co czuję i co przeżywam skacząc, o tym, co mi to daje i po co właściwie ciągle wyskakuję ze sprawnego samolotu. 

Ale potem przyszedł w moim życiu czas na jaskinie. Opowiedzieć o jaskiniach, to jest dopiero wyzwanie! Jest ciemno, zimno, mokro, do domu daleko… A jednak trudno porzucić ten podziemny świat i nie do końca jest jasne, dlaczego?

Bywają takie momenty, że czuję się niedorzecznie. Na przykład, kiedy jechałam z przyjaciółką na etap zimowy kursu speleo. Nie wiem co kupują „normalne” kobiety jadąc gdzieś razem na kilka dni, ale my kupiłyśmy kilka par rękawic roboczych, kilka par kuchennych oraz dwie pary kaloszy. Mało spałam, mało jadłam, sporo marzłam. Po powrocie do domu wyglądałam jak ofiara przemocy domowej, z błotem we włosach, niemiłosiernie posiniaczonymi kończynami oraz z szerokim uśmiechem na twarzy. 

w jaskini

Byłam całkowicie oczarowana tym podziemnym światem i wróciłam z myślą, że jaskinia to taki mały kosmos w samym środku Tatr, serce góry. Niemniej bardzo trudno było mi wytłumaczyć najbliższym, czym ja się tak zachwycam i po co włażę do tych jaskiń.

No właśnie, po co? Co odpowiadacie znajomym i rodzinie, kiedy Was pytają, dlaczego chodzicie po jaskiniach? Próbujecie tłumaczyć, czy wręcz przeciwnie? 

Oto moja osobista lista 10 ulubionych powodów, czyli dekalog przyjemności:

Odcięcie 

Uwielbiam chłód, ciemność, ograniczoną ilość bodźców, brak łączności. Lubię panujący w jaskini spokój. Jestem daleko od wszelkich trosk dnia codziennego, całkowicie od nich wolna. Czas płynie zupełnie inaczej niż na powierzchni. I cisza. Najcichsza jaką znam. W jaskini czuję, że docieram w głąb swojej duszy.

Kosmos 

Chodzenie po jaskini jest jak pobyt na innej planecie. Nieprzyjaznej, nieprzystępnej, niezamieszkałej. Niby jestem blisko dobrze znanego nam świata, a jednak znajduję się w kompletnie innej rzeczywistości. Lubię sobie wyobrażać, że jestem w środku góry, po której chodzą w tej chwili dziesiątki ludzi, nie mając pojęcia, co kryje się w jej wnętrzu. 

Wspinanie 3D

Jaskinia jest trochę jak wielki plac zabaw dla dużych dzieci. Tu nie ma ograniczeń, chwyty bywają wszędzie dookoła nas, nad nami i pod nami. Można się czołgać, pełzać, wspinać, nurkować, zjeżdżać na linie i na tyłku, możliwości jest naprawdę mnóstwo i dają dużo radości.

Błoto

Nie wiem jak Wy, ale ja zawsze starałam się być grzeczną i czystą dziewczynką. Chyba nie nabrudziłam się w życiu wystarczająco i dlatego tak bardzo lubię bezkarne czołganie się w błocie i chodzenie po wielkich podziemnych kałużach. Nie przeszkadzają mi włosy zlepione jaskiniowym błotem i brudne paznokcie. Jem kanapki bez mycia rąk. Jestem jak dziecko – brudna i szczęśliwa.

Zabawki

Liny, karabinki, rolki, crolle i małpy. Nasza córka od zawsze lubiła się bawić górskim sprzętem. Jako dwulatka kazała sobie wieszać linę na drążku w drzwiach, zakładała kask i próbowała się wspinać. Gdy miała 4 lata, zakładała w domu uprząż i wpinała karabinki w szczebelki schodów, następnie siebie w te karabinki. Obawiam się, że może z tego nie wyrosnąć. Ja wprawdzie w dzieciństwie nie bawiłam się takimi rzeczami, ale za to teraz nadrabiam i „bawię się” nimi z przyjemnością, chyba nie mniejszą niż ona.

Najciszej, najspokojniej, najciemniej

Nie znam takich miejsc na ziemi, w których byłoby ciszej, spokojniej, czy ciemniej. Słychać spadające pojedyncze krople wody i krew przepływającą w żyłach. Kiedy zgasimy światło, nie widać absolutnie nic. Choćbyśmy nie wiadomo jak długo próbowali przyzwyczaić wzrok do ciemności, nie zobaczymy nawet jednego zagubionego fotonu, niesamowite wrażenie. Jestem pewna, że po dłuższym czasie można by od tego zwariować.

Samodzielność i odpowiedzialność

Lubię być samodzielna oraz lubię działać w zespole i jaskinie mi to dają. Mam tylko to, co ze sobą wzięłam, umiem tyle, ile się nauczyłam, muszę zaufać partnerowi i swojej wiedzy. Nie mam kogo się poradzić. Jeśli coś pójdzie nie tak, mamy tylko siebie i nie należy się spodziewać pomocy przed ustaloną wcześniej godziną alarmową.

Walka z demonami

Każdy na nas ma swoje demony. Nie przepadam za zaciskami, nie lubię tkwić w ciasnym miejscu czekając w kolejce na przejście, nie lubię przepinki przy wychodzeniu ze studni. A jeśli już o studni i demonach mowa, to zwykle, kiedy jestem już na samej górze, tuż przed przepinką, nawiedza mnie natrętna myśl, że to by było strasznie nie fair, gdyby ta lina właśnie teraz się urwała.

Medytacja

To może brzmieć niedorzecznie, ale każdy kto medytuje, wie, że medytacja nie musi być równoznaczna z wielogodzinnym nieruchomym siedzeniem w pozycji kwiatu lotosu i mruczeniem pod nosem „om mani padme hum”. Medytacja to kontakt ze sobą, ze swoją duszą, ciałem i umysłem. Tu i teraz. W jaskini naprawdę dość łatwo znaleźć kontakt ze swoim tu i teraz.

Karbid

Nie ma piękniejszego światła, niż to, które daje ogień. Jest przyjemne dla oka, ciepłe i miękkie, rozchodzi się kuliście świetlistą łuną i lekko migocze. Jestem fanatyczną miłośniczką zapachu karbidu. Dla mnie jaskinie pachną błotem, metalem i karbidem. [Od pewnego czasu, ze względów ekologicznych, nie wolno używać karbidu w jaskiniach tatrzańskich].

Za co jeszcze można kochać jaskinie? Na pewno za możliwość eksploracji. Myśl, że jest się pierwszym człowiekiem, który postawił stopę w odkrytym właśnie miejscu, musi być niezwykle emocjonująca. Można zostawić po sobie wieczny ślad i nadać temu miejscu wymyśloną przez siebie nazwę.

jaskinia studnisko

Szczególnie ważny, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, w których promuje się jednostki, jest też element wspólnoty. Wspólnych marzeń, wspólnego działania, wzajemnej pomocy i zaufania. Coraz mniej widzę aktywności, które ludzi łączą i integrują, a działalność jaskiniowa jest jedną z nich. Warto, abyśmy o tę wspólnotę dbali i ją szanowali, nie pozwalając środowisku i społeczeństwu się dzielić, bo tylko jedność buduje.

To jest mój tekst, który ukazał się w “Wiercicy” – biuletynie Speleoklubu Warszawskiego rok temu – niestety tak się zbierałam, żeby Wam go tu podrzucić, że zrobił się z tego kawał czasu. Swojej aktualności jednak nie stracił. A obiecywałam go Wam TUTAJ.

Jeśli ktoś z Was myśli o zostaniu grotołazem to TUTAJ znajdzie niezbędne informacje.

wiercica - biuletyn speleoklubu warszawskiego

Czy soki spadochronowe zmieniły twoje życie? Jak to się stało, że postanowiłaś skoczyć pierwszy raz i dlaczego dalej skaczesz? Czy się boisz, czy wcale, czy chodzi ci tylko o adrenalinę? A może o coś zupełnie innego? To są najczęstsze pytania, które wcześniej czy później usłyszy każdy miłośnik spadochroniarstwa. To jest film, który zrobił Artur Ceran “Bravos” z mojego tysięcznego skoku. Pierwsze zdjęcia z powietrza, jakie mam, również są jego autorstwa i także powstały w Chrcynnie.

skoki spadochronowe a jazda konna

Kiedy ktoś mnie pyta, do czego mogłabym porównać skoki spadochronowe, to przychodzą mi do głowy dwie odpowiedzi – do jazdy konnej i do wędkarstwa. Pierwszy przykład jest bardziej oczywisty, bo wiąże się z naturą, przestrzenią, ruchem i prędkością. Potrzeba trochę umiejętności, nieco sprzętu i porozumienia ze zwierzęciem, z którym tworzymy w pewnym sensie jedność. W galopie można się zakochać i zatracić. Jest też trochę obaw, strachu, zdarzają się nieprzewidziane sytuacje, wyzwania, jest też ekscytacja. Wszystko to znajduję w skokach, no może poza zwierzęciem ;). Jest natomiast samolot, który zabiera mnie do tego magicznego świata nieograniczonej niczym przestrzeni. Ma skrzydła i ogon, więc jest trochę jak ptak, prawda?

co ma do tego wędkarstwo?

Kiedy wspominam moim rozmówcom, że spadochroniarstwo jest jak wędkarstwo, to albo reagują śmiechem albo podejrzewają, że z nich drwię. Tymczasem nic z tych rzeczy. Skoki uczą pokory i cierpliwości. Całkowitego skupienia. Bezwzględnego. Kojarzą mi się z momentami, gdy jako dziecko pływałam z tatą i dziadkiem na ryby na Śniardwy. Cała moja uwaga była skupiona na unoszącym się na wodzie spławiku lub drgającej szczytówce wędki. Nic nie było w stanie mnie rozproszyć, gdy chciałam złowić rybę. To ciągłe skupienie i przebywanie przez cały dzień na wodzie, z jednej strony mnie męczyło, a z drugiej relaksowało. To były jedyne, znane mi wtedy momenty, kiedy naprawdę nie myślałam o NICZYM innym niż ten spławik czy szczytówka. Tak samo jest ze skokami. Cel jest tylko jeden – otworzyć spadochron i uratować sobie życie. Wszystko inne przestaje mieć znaczenie, przestaje istnieć.

znikający świat

Skoczkowie lubią mawiać, że wysokość 4000 metrów, z której zwykle skaczą, to odpowiedni dystans do świata. W domyśle – do jego problemów, brudu i zła. Kiedy stoimy w otwartych drzwiach samolotu jesteśmy tylko my, nasze emocje i przestrzeń. Parafrazując poetę chciałoby się powiedzieć “przestrzeń nade mną, przestrzeń pode mną, przestrzeń we mnie”. Zawsze zadziwia mnie też fakt, że nasze ciało nie odczuwa tam zimna ani bólu. Wszystko znika. Kiedy jako kamerzystka skaczę i fotografuję pasażerów tandemowych, pytam ich czasem, czy było im zimno, bo skakali np. w krótkich spodenkach, na bosaka, a na 4000 m było 0 stopni i prędkość 200 km/h. Zwykle są bardzo zdziwieni moim pytaniem i mówią, że kompletnie nie zarejestrowali tego, że było delikatnie mówiąc chłodno.
Kilka dni temu przelecieliśmy wspólnie z parą tandemową przez mokrą chmurę. Odczucia były takie, jakby tysiące drobnych igiełek wbijały nam się w twarze. Jak myślicie, co odpowiedział nasz pasażer na pytanie, czy po tym skoku boli go twarz? Oczywiście nic go nie bolało i nawet nie poczuł, że coś go ‘muskało’ po pyszczku.

co dają mi skoki?

Skoro więc świat znika, a skoki są podobne do wędkarstwa, to po co to robić? Ha! Dla przyjemności oczywiście. Choć ta przyjemność nie jest taka oczywista, zwłaszcza na początku. Czy zatem skoki spadochronowe mają sens? Co nam dają?

zarządzanie strachem

Skoki wiążą się ze strachem i nie wierzcie nikomu, kto mówi Wam, że jest inaczej. Zapewne kłamie lub coś tam mu nie działa tak, jak powinno. Każdy zdrowy psychicznie człowiek boi się wysokości, prędkości i tego, co go czeka po przekroczeniu progu samolotu. Boi się skoczyć w przepaść, która ma 4000 metrów, boi się czy skok okaże się bezpieczny. Na szczęście strach podczas skoków ma tę cudowną właściwość, że zwykle zostaje w samolocie.
Skoro skoki wiążą się ze strachem, to siłą rzeczy uczymy się nad nim panować, oswajamy go. Kiedy rośnie doświadczenie, pojawia się też myśl, że strach jest naszym przyjacielem, chroni nas przed głupotą, brawurą i rutyną. Poddaje w wątpliwość nasze, nie zawsze najmądrzejsze, pomysły.

siła

Nie wiem czy ma to bezpośrednie przełożenie, ale kiedy zaczęłam skakać ze spadochronem, w mojej głowie pojawiła się taka myśl: jeśli jestem w stanie wyskoczyć z lecącego samolotu, to ilość rzeczy, których nie jestem w stanie zrobić jest raczej niewielka.

radość

W najczystszej postaci. Każdy skok cieszy, po każdym uśmiech ciśnie się na usta. No chyba, że coś poszło nie tak, to wtedy patrz: punkt pierwszy. Skąd ta radość? Z pokonywania własnego instynktu samozachowawczego, który gdy zbliżasz się do otwartych drzwi w samolocie, krzyczy Ci w głowie – nie rób tego! Radość z latania, jak ptak, bez żadnych ograniczeń! Ze spotykania w powietrzu przyjaciół, bo to często z nimi właśnie skaczesz i razem latacie. Osobiście lubię też machać nogami kilometr nad ziemią. Uwielbiam zapach powietrza, które tam na górze pachnie zupełnie inaczej, jest czyste i intensywne. Czasem ciepłe i miękkie, a czasem zimne i ostre. Radość lądowania i myśl, że znów się udało.

wolność

Nie znam większej wolności niż ta, którą odczuwam podczas wolnego spadania. Wokół mnie jest tylko niczym nieograniczona przestrzeń. Niebo nade mną i niebo pode mną. Myślę, że tak czują się ptaki, gdy latają. Mamy zresztą takie powiedzenie:
“Tylko spadochroniarze wiedzą, dlaczego ptaki śpiewają…”

piękno

Każdy z nas ogląda chmury od dołu, część z nas widzi je czasem z góry, np. w górach albo podczas lotu samolotem. Ale mało kto ma okazję ich dotykać. Bardzo lubię latać obok chmur. Uwielbiam widok “dywanu z chmur” pod nogami. Na ziemi jest szaro, a ponad chmurami króluje bezkresny błękit. Słońce zdaje się wtedy świecić jeszcze mocniej, kolory są ostre i wyraziste i aż dech zapiera z wrażenia. Świat widziany z góry jest jakby większy, bo skacząc w Chrcynnie widzę nie tylko okoliczne pola, lasy i gospodarstwa, ale też Wisłę, Bug, Narew i Zalew Zegrzyński. Przy odpowiedniej przejrzystości powietrza dostrzec można nawet Warszawę i jej wieżowce, z Pałacem Kultury na czele. Wiosną uwielbiam oglądać wściekle żółte pola rzepaku, jesienią lasy, które wybuchają nagle kolorami. Piękne bywają także skoki tuż przed zachodem słońca. Podczas koku widzimy nie tylko to, co znajduje się pod chmurami, ale i to, co jest ponad nimi. Feeria kolorów, gra świateł i cieni. Spektakl wystawiany przez naturę dla jednego widza.

ADRENALINA – TAK CZY NIE?

Czy skoki spadochronowe wiążą się z adrenaliną? No pewnie, że tak! Czy więc z jej powodu i dla niej skaczemy? Ja na pewno nie. Gdybym mogła ze skoków wyeliminować wszelkie ryzyko, zrobiłabym to natychmiast i bez wahania. To nie adrenalina pcha mnie w otwarte drzwi lecącego samolotu. To pewność, że tam jest wolność, piękno, latanie i moje małe szczęście.
O tym, czy każdy może skoczyć, np. w tandemie i dlaczego warto to zrobić, pisałam TUTAJ.

skok z balonu na ogrzane powietrze
Skok z balonu na ogrzane powietrze z dmuchanym krokodylem 🙂 fot. Patrik Mółka

czy warto tłumaczyć?

Nasz przyjaciel Alek Lwow powiedział nam kiedyś, że kiedy go ludzie pytali, dlaczego się wspina w Himalajach, odpowiadał im słowami Piotra Pustelnika, które pasują chyba do każdej pasji:

Ludzi można podzielić na dwa rodzaje: na tych którym nie trzeba tej pasji tłumaczyć i na tych, którym się jej nie wytłumaczy…