Autor

Kasia Witkowska

Przeglądanie

Im bardziej myślę, mówię i piszę, że w życiu nie ma przypadków, tym bardziej życie utwierdza mnie w przekonaniu, że mam rację. Opowiem Wam dziś pewną historię zaskakujących znajomości, splotu wydarzeń i niezwykłej książki.

Rok temu, ku swojemu własnemu zaskoczeniu, znalazłam się na konferencji dla blogerów „Influencer Live” w Poznaniu. Konferencja wzbudziła we mnie mnóstwo ambiwalentnych uczuć. Czułam się tam samotna i totalnie nie na miejscu, niczym przybysz z kosmosu, pisałam o tym zresztą TUTAJ. Niemniej jednak udało mi się poznać kilka bardzo ciekawych osób. To zadziwiające, bo z większością z nich nadal mam kontakt. I to miły. 

Angela o “Ekspedycji”

Jedną z tych osób jest Angela Kubrick, która prowadzi bardzo ciekawy profil na Instagramie, o książkach. Czyta jak wściekła i bardzo fajnie te książki recenzuje. Kto mnie zna, ten wie, że książki kocham miłością wielką, ale wybredna jestem piekielnie. No więc przeglądając jej zdjęcia na Instagramie trafiłam na książkową okładkę z balonem! W dodatku zdjęcie przewróconego kosza balonu i stojących przy nim ludzi wglądało na bardzo stare. Uwielbiam balony, podobnie jak stare zdjęcia i książki. Szwedzka autorka Bea Uusma, tytuł „Ekspedycja. Historia mojej miłości”, przełożyła Justyna Czechowska.

Wyprawa polarna balonem w 1897 roku

Na stronie wydawnictwa Marginesy czytamy: 

“Jest 11 lipca 1897 roku. Trzej członkowie wyprawy polarnej ze Sztokholmu: Salomon August Andrée, Knut Frænkel i najmłodszy – dwudziestoczteroletni, Nils Strindberg, odlatują wypełnionym wodorem balonem o nazwie „Orzeł” w stronę bieguna północnego. Trzydzieści trzy lata później zupełnym przypadkiem inna wyprawa natrafia na resztki ich ostatniego obozowiska na lodowcowej wyspie. W dziennikach można przeczytać, że po kilku dniach w balonie musieli awaryjnie lądować pośrodku wielkiej kry i przez kolejne miesiące próbowali wrócić na stały ląd.

Trzech mężczyzn o minimalnej wiedzy na temat Arktyki znalazło się w środku koszmaru. Nie przebyli nawet jednej trzeciej odległości do bieguna, nie udało im się nawet dotrzeć najdalej na północ – oni wylądowali na 82° 56’, przed nimi norwescy polarnicy dotarli już dalej. Członkowie wyprawy byli tego świadomi. Wobec innych wypraw, które kończyły się sukcesem, ta w ogóle nie powinna była się odbyć.

Na początku każdy z nich miał ciągnąć sanie o wadze 200 kilogramów, ale ostatecznie przepakowali je i zostawili dużą część wyposażenia. Ale po co ciągnęli ze sobą do końca kilka tomów encyklopedii, spinacze, krawaty, szalik z różowego jedwabiu, obrus? Zapisują: „Tu każdy dzień mija jak inny. Ciągniemy sanie, jemy i śpimy”. Żaden z członków wyprawy nie wiedział, jak utrzymać się przy życiu w warunkach arktycznych.

Przez niemal sto lat badacze Arktyki, dziennikarze i lekarze próbowali rozwiązać zagadkę: co tak naprawdę wydarzyło się na wyspie? Co spowodowało śmierć trzech członków ekspedycji? Mieli przecież dużo pożywienia, ciepłe ubrania, skrzynie z amunicją i broń. Wszystko to znaleziono obok ich ciał w obozowisku. A także inne pamiątki, które mogły powiedzieć coś więcej o uczestnikach: medalik ze zdjęciem i puklem włosów narzeczonej Strindberga, Anny Charlier, rolki filmowe ze zdjęciami wykonanymi podczas wyprawy.”

fascynacja

Zatapiałam się stopniowo w tę opowieść. Im tam było zimniej i sytuacja stawał się bardziej beznadziejna, tym ja szczelniej owijałam się kocem, parzyłam sobie kolejny duży kubek pachnącej herbaty i wraz z autorką śledziłam losy tych niezwykłych podróżników. Ludzie uwielbiają tajemnice. Fascynuje nas to, co nieznane, nieodkryte, schowane przed naszymi wścibskimi oczami. Fascynują nas też tragedie. Zapewne gdyby ta wyprawa skończyła się szczęśliwie, nigdy byśmy o niej nie usłyszeli.

Lotnictwo i Literatura

Niczym psychofanka polecałam „Ekspedycję” każdemu, o kim tylko pomyślałam, że ma duszę odkrywcy. Na tej liście znaleźli się więc: doskonała dziennikarka, pilot balonu wraz z małżonką oraz nowopoznana polarniczka. I teraz uwaga. Kilka dni temu Tomek wpadł do domu z nowiną. Od progu już mówi: „posłuchaj, nie uwierzysz, wyobraź sobie, że R. (branża lotnicza) jest współorganizatorem festiwalu literackiego!”. Przyznam, że zrobiła na mnie wrażenie ta informacja. Choć faktycznie trudno mi było w pierwszym momencie powiązać R., którego postrzegam jako super specjalistę, ale totalnie technicznego, z czymś tak nietechnicznym, ulotnym i delikatnym jak literatura. 

Delikatna materia

Kilka dni później nadarzyła się okazja, aby osobiście zapytać R. o ten festiwal, bo temat przyznaję bardzo mnie zaintrygował. Oboje trochę skrępowani, bo znaliśmy się właściwie tylko z widzenia, zaczęliśmy rozmawiać. Literatura to grząski grunt, można nieopatrznie wdepnąć w coś, co pozostawi po sobie smrodek. Łatwo kogoś niechcący urazić, można nie znaleźć żadnego wspólnego gatunku albo tytułu, w końcu istnieje też ryzyko totalnego rozminięcia się w gustach. Wtedy, po takiej rozmowie, człowiek czuje się jak po wyjątkowo nieudanej randce. Wspominałam wszakże, że słowo pięknie pisane to materia delikatna, jak misternej roboty najsubtelniejsza koronka. 

co ja czytam?

Zastanawiasz się co ma wspólnego książka, o balonowej ekspedycji na biegun północny sprzed ponad 120 lat, z lotnictwem i festiwalem literackim? Odpowiedź, jak w dobrym kryminale, już się skrada. Nasza z R. rozmowa o książkach była takim obwąchiwaniem się, sprawdzaniem, czy aby na pewno mamy jakiś wspólny literacki mianownik i czy w ogóle rozumiemy się choćby trochę. R. pytał co czytam, ja starałam się ogólnikami opowiedzieć, nakreślić, wytłumaczyć się, dlaczego to a nie tamto. Mój Tomek się śmiał, że w ogóle nie powiedziałam R. co czytam, ale ja już tyle razy trafiałam tytułami jak przysłowiową kulą w płot, że starałam się tytułów unikać. Ostatecznie książki, które czytam nie bywają bestsellerami, ich autorzy nie są milionerami, a z okładek kolorowych czasopism nie spoglądają na nas ich twarze, z psem, kotem lub partnerem. 

Nie padły zatem żadne nazwiska, poza tymi, o których wcześniej w kontekście festiwalu wspomniał mi już Tomek. I teraz nadchodzi część najlepsza.

niezwykłe spotkanie

Trzy dni później, niedziela popołudniu, lotnisko Chrcynno, gdzie skaczę ze spadochronem. Właśnie skończyłam słuchać wykładu na temat nawigacji lotniczej i widzę znajomą twarz.
R. z rodziną był w pobliżu przejazdem, więc postanowił do nas zajrzeć. Przedstawia mi swoją partnerkę J. Zaczynamy rozmawiać, o polonistycznych studiach na UW, o książkach, wydawnictwach, o błędach w książkach, które mnie bardzo rażą. Od słowa do słowa J. mówi, że… tłumaczy książki. Ze szwedzkiego. 

Pierwsza myśl jaka mi przyszła do głowy, po tym jak mój mózg skleił słowa tłumaczyć + książki + szwedzki to była „Ekspedycja”! Powiedziałam to na głos. Moi rozmówcy uśmiechnęli się szeroko, po czym J. powiedziała „tak, to ja tłumaczyłam tę książkę”. I teraz niech mi ktoś powie – jakie jest prawdopodobieństwo, że w miejscu, które skoczkowie spadochronowi nazywają żartobliwie pastwiskiem pod Nasielskiem, poznasz tłumaczkę jednej z najlepszych książek, jakie w życiu czytałaś?!  

przypadek? nie sądzę…

I jak tu wierzyć w przypadki? Dodam jeszcze, że książka była wydana w 2017 roku, a w moje ręce trafiła raptem 3 miesiące temu. Mogłyśmy się więc bezgłośnie minąć, nigdy nie poznać. Wiele bym straciła. 

Spotykamy w życiu mnóstwo ludzi, często nie mając pojęcia o tym, że mogą nieść ze sobą fascynujące historie, że mogą być dla nas inspiracją i motywacją. Warto przyglądać się drugiemu człowiekowi, bo prawie każdy ma w sobie coś, co warto dostrzec. Trzeba tylko być otwartym, rozmawiać i przede wszystkim słuchać. 

Najważniejsi są ludzie

Sporo mam wniosków po tym zamknięciu covidowym, wielu stałych elementów życia mi brakowało, za wieloma bardzo tęskniłam. Jednak najbardziej brakowało mi ludzi. 
R. i J. obiecali nam wspólne spotkanie w długi letni wieczór, już się na nie cieszę, mam do obojga sporo pytań! 

Wierzysz w przypadki? Czy w przeznaczenie? Mamy wpływ na swoje życie, czy jesteśmy tylko pionkami na szachownicy życia, które Bóg, los lub fatum przestawia według sobie tylko znanego zamysłu albo algorytmu?

Konsekwencje

Nie wierzę w przypadki, ale nie uważam też, że za wszystko, co nas spotyka odpowiedzialny jest los. Czym zresztą ów los jest? Moja teoria zakłada, że prawie wszystko, co dzieje się w naszym życiu, jest konsekwencją naszych wcześniejszych decyzji i wyborów.

Bywają oczywiście tzw. zdarzenia losowe, na które nie mogliśmy mieć bezpośredniego wpływu. Bywają wypadki i choroby. Jednak większość z nich także ma swoje początki znacznie wcześniej niż pojawia się efekt. Składowe tych zdarzeń też są zwykle skomplikowane. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkiego, co może nas spotkać. Ale… część z tych zdarzeń moglibyśmy…

Wypadki zaczynają się o wiele wcześniej niż wskazywałaby na to ich data

Pierwszy przykład jaki przychodzi mi do głowy to wypadki lotnicze. Z wypadkami i lotnictwem jestem blisko związana. Mój partner jest ratownikiem TOPRu i oboje pracujemy w Aeroklubie Warszawskim, dlatego może oba tematy są stałym elementem naszych analiz i rozmów. Pierwszy wniosek jest taki, że wypadek zaczyna się o wiele wcześniej. Jeśli w lawinie giną ludzie, to na 90% przyczyn należy szukać co najmniej kilka dni wcześniej. Jeśli rozbija się samolot, może się okazać, że niebezpieczeństwo tliło się od miesięcy, a nawet lat.

Czynnik ludzki

Znasz program „Katastrofy w przestworzach”? Myślę, że większość zna. Samoloty nie spadają, ot tak sobie, nagle, bo stanął silnik. Podobnie skoczkowie spadochronowi nie giną, bo „nie otworzył mu się spadochron”. To największy i najczęstszy farmazon jaki słyszymy z mediów, kiedy zdarzy się wypadek spadochronowy. Przyczyna zawsze jest o wiele bardziej skomplikowana. I najczęściej zawodzi tzw. czynnik ludzki. To nie samolot jest winny, że się rozbił, nie spadochron, że się „nie otworzył” i nie lawina, że zeszła. Winni zwykle są ludzie.

Do katastrofy wystarczy gumowa uszczelka

Pewien dobry człowiek, Leszek K., podarował mi kiedyś książkę pt. „Listy niezapomniane. Tom I”, zebrał i opracował Shaun Usher. Książka fenomenalna, ale o tym, kiedy indziej. Znalazłam w niej m.in. list napisany przez inżyniera pracującego w firmie produkującej rakiety dodatkowe na paliwo stałe. Informuje on w nim swoich przełożonych, że gumowe uszczelki, których użyto w rakietach przy promie kosmicznym „Challenger”, mogą doprowadzić do katastrofy. List datowany jest na 31 lipca 1985 roku. Start promu „Challenger” odbył się 28 stycznia 1986 roku. Pół roku później.  Na oczach milionów ludzi, 73 sekundy po starcie, prom rozpadł się nad wybrzeżem Florydy. Zginęło siedmioro członków załogi. Nie wszyscy jednak byli zaskoczeni… na pewno nie wspomniany autor listu. 

To tylko jeden z wielu przykładów na to, że wszystko ma swoje przyczyny i swoje konsekwencje. Czasem do katastrofy wystarczy gumowa uszczelka. 

Szczęście to konsekwencja wyborów

W życiu znajdziecie setki takich przykładów. I nie mam tu na myśli samych nieszczęść i katastrof. Chciałabym się raczej skupić na tych dobrych rzeczach, które nam „się trafiają” lub nie… Znasz poniższe powiedzenie?

 Jeśli czegoś nie chcesz – znajdziesz powód. Jeśli chcesz – znajdziesz sposób

Życiowa poczekalnia

Mam, podobnie pewnie jak i Ty, kilka takich spraw, które są dla mnie ważne, a mimo to ciągle zalegają w takiej życiowej poczekalni. Jedną z takich spraw jest mój rozpoczęty (a niedokończony) kurs speleo, czyli kurs taternictwa jaskiniowego. O jaskiniach pisałam też TUTAJ.

Powodów mam tysiące, oczywiście wszystkie szalenie ważne. Wybrałam więc cztery najważniejsze:

  1. Czas. Nie mam czasu. Przecież nikt nie ma czasu. Zwłaszcza na takie głupoty, jak babranie się w błocie. 2 tygodnie, 200 metrów pod ziemią, 500 km od domu.
  2. Dzieci. Są najważniejsze. No przecież są, więc jak masz wątpliwość to patrz jeszcze punkt pierwszy.
  3. Pieniądze. Tyle jest ważniejszych wydatków. Nie mamy nawet listew przypodłogowych, a ja chcę tak bezsensownie marnotrawić pieniądze.
  4. Nie można ciągnąć kilku srok za ogon. Powinny mi wystarczyć góry i spadochrony.

Jak mawia mój kolega Fixxxer (skoczek spadochronowy) – jeśli czegoś nie można, ale bardzo się chce – to wtedy można. 😀

Jaskinie mnie wołają i muszę iść.

I teraz przechodzę do sedna sprawy, do serca tego wpisu. Jeśli dotrwałaś do tego momentu – gratuluję. Otóż, dziś rano facebook podrzucił mi wspomnienie. Zdjęcie naszej mokotowskiej łazienki, w której obok ręcznika i myjki suszyła się lina, karabinki, crolle, płanie, shunty i uprzęże jaskiniowe. Zobaczyłam to zdjęcie – sprzed 8 lat :O i pomyślałam – no kurcze, to jest znak, sygnał.
Jaskinie mnie wołają i muszę iść. I teraz uwaga.

speleo sprzęt

Mija godzina, przybywa kurier. Otwieram paczkę, za którą serdecznie dziękuję Beacie Słamie i Górskiemu Domowi Kultury. W środku znajduje się nowiutka, pachnąca jeszcze drukiem książka. Robert Macflarlane – „Podziemia. W głąb czasu.” Przypadek? Nie sądzę…

podziemia

Dzień dobry, z tej strony Speleoklub Warszawski

To by nie było może jeszcze takie niezwykłe, ale… Postanowiłam usiąść i napisać ten tekst, o marzeniach, które odkładamy na później, o planach, których nie realizujemy. Czas mija a my zamiast zbliżać się do naszych celów, oddalamy się od nich, pojawiają się nowe okoliczności, trudności i przeszkody. No więc siadam, zaczynam pisać, dzwoni telefon. Zaciskam zęby, bo oto wena nadeszła, a jej nadejścia nie wolno nigdy lekceważyć, bo kapryśna jest i nie wiadomo, kiedy znów nas zaszczyci swą obecnością. No, ale dzwoni, obcy numer, odbieram. „Dzień dobry, z tej strony Michał S., Speleoklub Warszawski”. 

To jest pierwszy raz w historii, kiedy speleoklub do mnie zadzwonił. Jestem więc w szoku, a Michał mówi, że przeglądał papiery i zobaczył moje nazwisko na etapie wstępnym kursu speleo w 2016 roku, potem na zimowym w 2017, a potem pustka i cisza. 

zacisk w jaskini

Inspiracje są wokół nas

Trzy speleo inspiracje w ciągu jednego przedpołudnia. Można się uśmiechnąć i pomyśleć – co za przypadek a można też zebrać się sobie i wbrew wszystkim powodom i wymówkom znaleźć sposób, aby dokończyć ten kurs. Zrobić etap letni i zacząć legalnie chodzić po jaskiniach. A po co? Mam już gotowy tekst na ten temat – premiera niebawem.

cien w jaskini

Street wisdom

Wszechświat sprzyja, wysyła sygnały – odbieraj je! Moja mieszkająca w Londynie przyjaciółka Iza uczyła mnie kiedyś, jak rozpoznawać i odbierać te sygnały. Współorganizowała nawet specjalne spotkania i spacery pod hasłem „street wisdom”, co można chyba tłumaczyć jako „mądrość ulicy”. Dobrze jest móc teraz korzystać z tej wiedzy i doświadczeń. Fantastycznie jest dochodzić różnymi drogami do tego samego celu – bycia szczęśliwym, spełnionym człowiekiem.

Odkurz marzenia

Życzę Wam cudownego dnia i życia. Pędzę ogarnąć co trzeba, a potem przystąpię do organizowania siebie i ekipy na ten zaległy letni etap kursu taternictwa jaskiniowego. Zostanę w końcu oficjalnie grotołazem. 
Pomyśl o swoich odłożonych marzeniach, poszukaj wskazówek, bo one są gdzieś wokół, znajdź sposób i – do dzieła! 

Święta Wielkanocne 2020, dla zdecydowanej większości z nas, będą zupełnie inne niż wszystkie poprzednie. Niektórzy spędzali Wielkanoc w gronie najbliższej często wielopokoleniowej rodziny, inni zwykle wyjeżdżali w góry, na Mazury lub w dalekie zagraniczne podróże. W tym roku będzie inaczej, prawdopodobnie u wszystkich, raczej bez wyjątków. Co byśmy nie robili, sprzątając, gotując i dekorując domy, odczujemy samotność. Bojkotowanie Świąt też specjalnie na to nie pomoże.

samotne święta

Ci z nas, którzy spędzali Święta z dziećmi, z małżonkami, partnerami, rodzicami a niekiedy i z dziadkami, prawdopodobnie spędzą je tym razem w dużo węższym gronie. W trosce o życie i zdrowie seniorów, zdecydują się na rozłąkę. I prawdopodobnie okaże się, że to szykowanie, gotowanie, pieczenie, sprzątanie, mycie okien i robienie pisanek straci nieco ze swego uroku i sensu, gdy nie ma przy nas tych, z którymi zwykliśmy spędzać te i każde inne Święta. 

Jeśli, mimo wewnętrznego oporu, myłam co roku przed Świętami okna, to niezupełnie tylko dla siebie i satysfakcji z czystego (przez krótką chwilę) domu. Robiłam to także po to, żeby sprawić przyjemność mojej Mamie, która lubi czyste okna i chce wierzyć, że wychowała mnie na jako taką panią domu. Robiłam to też z myślą o Teściowej, w oczach której chciałam zawsze uchodzić za nieco lepszą gospodynię, niż wskazuje na to nasza codzienność. 

święta z przedwojenną porcelaną

Bardzo lubiłam spędzać Święta z moją rodziną. Uśmiechniętą Mamą, głośnym Bratem, serdeczną Bratową i ich małym synkiem, z pomocną Teściową i z eleganckim Teściem w śnieżnobiałej koszuli z pięknymi spinkami przy mankietach. Polerowałam podarowane mi przez niego srebrne dzbanki, dzbanuszki i cukiernicę. Prasowałam stuletni ręcznie haftowany w liliowe kwiatki obrus. Wyciągałam ukochaną ćmielowską porcelanę (fason “bolero” ze zdobieniem w różyczki), pochodzącą z okresu międzywojennego. Pamiątkę po przyszywanej Prababci, której nie miałam szansy poznać, ale po której mam wrażenie, że dostałam w spadku nie tylko porcelanę, ale także umiłowanie pięknych starych przedmiotów.

Ubierałam odświętnie dzieciaki, córce plotłam warkocze, wiązałam kokardę z tyłu kwiecistej sukienki. Sama też zakładałam sukienkę, szpilki i malowałam się w pośpiechu, bo zazwyczaj byłam w niedoczasie. Mama zwykle bardzo chciała pomóc, a ja bardzo chciałam być samodzielna, więc nie przeczę – czasem iskrzyło, ale zawsze było dobrze, rodzinnie, głośno i wesoło. 

stol wielkanocny
fot. Remigiusz Witkowski

wielakanoc tysiące kilometrów od domu

Tylko jedne Święta Wielkanocne spędziliśmy inaczej. Kiedy rok po katastrofalnym trzęsieniu ziemi w Nepalu wybraliśmy się tam z pomocą. Trzęsienie ziemi, które w ciągu jednej minuty zabrało życie prawie 10 000 ludzi. Wyobraźcie to sobie teraz. Kraj mniejszy o połowę od Polski i liczba zmarłych jednego dnia osób trzy razy większa niż w całych Chinach zabrał koronawirus COVID-19 (do tej pory). Jak dodamy do tego PKB, które w Nepalu wynosi ok. 2 dolary dziennie na osobę (dla porównania w Polsce wynosi 92 dolary), to mamy mniej więcej obraz ich tragicznej sytuacji. 

doceniajmy

Ale wracając do tematu Wielkanocy, chciałam Wam właściwie powiedzieć, że inne Święta nie muszą być złe. Samotność, taka która nie jest wieczna, też nie jest zła. Każdy, z kim miałam okazję rozmawiać o Nepalu, na pewno nieraz usłyszał ode mnie, że trekkingi w Himalajach bardzo zmieniły zarówno mnie, jak i moje podejście do świata, życia, wiary i przedmiotów. Nauczyły mnie doceniać nie tylko wszystko to, co posiadamy, ale przede wszystkim to, z czego posiadania już dawno przestaliśmy sobie zdawać sprawę.

Doceniam swój dom, samochód i kanapę. Ale przed pierwszą podrożą po Himalajach nie doceniałam luksusu jakim jest ciepła woda, ogrzewanie, prąd w gniazdku, światło czy umywalka z bieżącą wodą. Przyszłoby Wam do głowy, że umywalka to luksus? I nie chodzi tu o posiadanie takiego przedmiotu, tylko o fakt, że możesz umyć swój kubek lub uprać rzeczy stojąc wygodnie wyprostowanym… A podłoga, kuchenka, meble – jak często cieszysz się i doceniasz, że to masz?

z okazji świąt – latające t-rexy

Jak wyglądała nasza Wielkanoc w Manang na szlaku wokół Annapurny? W Wielką Sobotę wieczorem padał śnieg. Staliśmy przed naszym „hotelikiem” próbując zadzwonić do domu z telefonu satelitarnego. Okienko czasowe na połączenie było krótkie. Byliśmy w głębokiej dolinie i czas, kiedy przelatujący satelita nas „widział”, pomiędzy jedną a drugą górą, wynosił kilka minut. Kiedy rodzice odebrali telefon, nasza trzyletnia córeczka stwierdziłą, że nie ma teraz czasu, bo jest zajęta. Wpadłam w rozpacz, bardzo chciałam ją usłyszeć, ale ona akurat nie chciała przerywać zabawy. W końcu babci udało się namówić ją na rozmowę – życzyła nam ładnego słoneczka i fruwających T-rexów. Nie pytajcie, dlaczego T-rexów i dlaczego fruwających, nigdy się tego nie dowiedzieliśmy. Ale do dziś się uśmiechamy na to wspomnienie.

6 szklanek wrzątku i masło od naka – samicy jaka

Wieczorem poprosiliśmy kucharza o ugotowanie nam na rano 20 jajek na twardo i podanie równocześnie z nimi 6 szklanek z wrzątkiem. Oraz masła. Nie było łatwo im wytłumaczyć, po co nam to wszystko. Zresztą i tak nie uwierzyli. Następnego ranka też nie mogli uwierzyć, kiedy zobaczyli, że farbujemy jajka i piszemy po nich długopisami. No cóż, „westmeni”, jak często określa się turystów, miewają przecież różne dziwne pomysły i zwyczaje (kiedyś Wam opowiem o ty, co myślą na temat naszego papieru toaletowego :D).

pisanki nepal
Pisanki wielkanocne w Manang w Himalajach Nepalu, marzec 2016

najlepsza konserwa na świecie

Farbki do jajek przywiozłam specjalnie na tę okazję z Polski, podobnie jak dżem truskawkowy naszej roboty i bakalie. Nasza przyjaciółka Tamara podczas śniadania Wielkanocnego wyjęła dwie puszki mięsnej konserwy! Były okrzyki i wiwaty! Nie macie pojęcia jak ta konserwa smakowała! Traktowaliśmy ją niemal jak relikwię, podając sobie z rąk do rąk, z namaszczeniem, każdemu po plasterku, rozkoszując się smakiem. Prawdopodobnie nie była to jakaś nadzwyczaj pyszna konserwa, ale chleb smakuje inaczej, gdy jest się bardzo, bardzo głodnym, prawda? To był smak z Polski. Z domu, który znajdował się wiele tysięcy kilometrów stąd.

czekoladki belgijskie na śniadanie

Belgowie, którzy w tym czasie również przebywali w tym „hoteliku” i których zaprosiliśmy do wspólnego wielkanocnego śniadania, poczęstowali nas wyśmienitymi belgijskimi pralinkami. Jednak ich smak, który normalnie by może zachwycał, nie umywał się do smaku mielonki z puszki! Udało nam się zdobyć kilka gałązek bazi, mieliśmy przywiezionego z domu wielkanocnego kurczaczka, dżem, mielonkę, kilka czekoladek i te kolorowe jajka. Byliśmy w gronie przyjaciół, ale bez rodziny, w ukochanych Himalajach, ale daleko od domu. Było i bardzo dobrze i trochę przykro. 

jedyna dziwna wielkanoc

Święta wielkanocne w 2020 roku będą inne, dla nas wszystkich, chyba bez wyjątku. Niestety decyzja o tym nie należała do nas. Wiecie, co zrobię? Będę się cieszyć smakiem sałatki jarzynowej, choć wolałabym śledzie pod pierzynką mojej Mamy. Wypoleruję srebra, choć Teść ich nie zobaczy i wyjmę tę porcelanę, choć Rodzice nie wypiją w tym roku z niej herbaty. Mam zamiar cieszyć takimi Świętami, jakie są nam dane. I z całą pewnością będę się cieszyć na kolejne! Wyobraźcie sobie, jak to całe szaleństwo się już skończy, jakie to będą te kolejne Święta. Najbliższe i każde następne, podczas których będziemy wszyscy razem, całą rodziną, wspominać tę jedną jedyną dziwną Wielkanoc, ona już wtedy będzie daleko w tyle za nami, odległa jak zły sen.

Tego też nauczyły mnie Himalaje. Każdy najtrudniejszy nawet dzień i każda, choćby najdłuższa droga, kiedyś się kończą. A my z każdym takim doświadczeniem stajemy się bardziej pokorni, ale także silniejsi i odporniejsi. I tego Wam serdecznie życzę, nie tylko z okazji Świąt.

z koszyczkiem nad rzeka
Z koszyczkiem nad Narwią

Pierwszą lekcję biologii o wirusach pamiętam doskonale do dziś. Ogromne wrażenie zrobiło na mnie zdanie, którym nauczycielka zaczęła zajęcia: „Jest na świecie taka grupa organizmów, które zagrażają naszemu życiu, organizmy te są niewidzialne i jesteśmy wobec nich praktycznie bezbronni.” Na początku nie mogłam w to uwierzyć. Najbardziej fascynowało mnie, że z punktu widzenia biologii nie są właściwie organizmami, a zawierają RNA lub DNA, mogą mutować, uodporniać się na leczenie i tak naprawdę nie mamy możliwości ich okiełznać. Mogą wywoływać epidemie. Wtedy zdecydowałam, że będę zdawać maturę z biologii. Dziś tamta lekcja jest moją codziennością a ja, wraz z tysiącami ludzi na świcie, zastanawiam się, jak zmieni się nasze życie po zarazie?

Zamknięcie

Dziś, kiedy to piszę jesteśmy już w trakcie globalnej zarazy spowodowanej koronawirusem wywołującym chorobę nazwaną COVID 19. 
Od czwartku 12 marca 2020, kiedy zamknięto szkoły, wszystko zaczęło zwalniać. Na początku powoli i z niedowierzaniem przyjmowaliśmy informacje o odwoływanych imprezach masowych, potem kameralnych spotkaniach, w końcu – wszystkich. Zamknięto granice, lotniska, kina, centra handlowe. Na koniec zamknięto nas. W domach, ale jednak, zamknięto. 

Co musieliśmy poświęcić?

Ile planów nie wypaliło? Z ilu rzeczy musieliście zrezygnować? U mnie na razie nie najgorzej. Choć… nie minął jeszcze miesiąc, a przepadł mi:

– koncert Lao Che, pierwszy na który mieliśmy iść razem z dziećmi, bilety kupiłam chyba jeszcze w listopadzie;

– kilkudniowy babski wypad do Szkocji. Zamki, tajemnice, miejsca związane z Harrym Potterem i Outlanderem. Miałyśmy popijać szkocką whisky w edynburskich pubach;

– zaplanowany na początek maja lot do Londynu na komunię mojej uroczej Chrześnicy Lily;

– kurs PPL(A) na pilota samolotowego.

Nic takiego niby, a przykro mi z każdego tego powodu jak sto diabłów.

Podobno introwertycy miło spędzają czas podczas tej izolacji a ekstrawertycy dostają szajby. Jestem ekstrawertyczką… Nasz dom zawsze był pełen ludzi, mamy wspaniałych przyjaciół, z którymi często się spotykaliśmy. Wszystko to musi zaczekać. Ile? No tego niestety nie wiadomo. Na początku te dwa tygodnie wydawały się dłużyzną, choć szukałam w tym pozytywów. Teraz wiadomo już, że może będą to jeszcze dwa miesiące? A może dłużej?

życie zahamowało z piskiem opon

Nikt z nas nie lubi ograniczeń, jedni łatwiej akceptują ingerowanie w ich wolność, inni trudniej, ale z całą pewnością nikt tego nie lubi. Nastał bardzo ciekawy socjologicznie czas. Narzekaliśmy na życie w pędzie, czuliśmy się czasem jak chomiki w kołowrotkach, pędzący nie wiadomo po co, nie wiadomo za czym. Niektórzy zdążyli trochę wyhamować swoje tempo życia jeszcze przed epidemią, inni zostali do tego zmuszeni teraz. Życie milionów ludzi na całym świecie wyhamowało z piskiem opon, z dnia na dzień.

konsekwencje zarazy

Jedno jest pewne. Nic już nie będzie takie samo jak przedtem. Co konkretnie to dla nas oznacza i jakie będą konsekwencje tej globalnej zarazy? Oto moje typy:

Priorytety

Mamy szansę ustalić na nowo nasze priorytety. Macie czasem wrażenie, że jako społeczeństwo pogubiliśmy się w biegu ku posiadaniu? Że nasze priorytety przypominają rozsypane klocki? Relacje z bliskimi tuż obok nowej pary butów, zdrowe jedzenie przykryte nadgodzinami, pasje przesłonięte przez wakacje all inclusive.

No to trzeba będzie teraz z tych klocków ponownie ustawić wieżę. Czy fundamentem będzie zdrowie i bezpieczeństwo naszych bliskich? Czy przypomnimy sobie, że w ogromnej większości przypadków nasza praca nie ratuje niczyjego życia? I czy okaże się, że możemy przeżyć weekend, dwa lub osiem bez galerii handlowych? 

butter lamp nepal ogien
Lampki w Swayambhunath, tzw. Świątyni Małp w Dolinie Kathmandu, Nepal

Docenienie

Staram się doceniać swoje życie każdego dnia. Wszystko, co mam. Rodzinę, przyjaciół, dom, drzewa za oknem. W obliczu zagrożenia śmiercią, utratą bliskich i zdrowia, wszystkie problemy, które miałam jeszcze miesiąc temu wydają mi się śmieszne. Czujecie podobnie? Naprawdę muszą nas spotykać kataklizmy i nieszczęścia, abyśmy odkryli, że mamy dobre życie? My, Polacy, żyjemy relatywnie w bezpiecznym miejscu i dobrych czasach. Nie dotykają nas wojny, trzęsienia ziemi. Mamy pracę, domy, jedzenie i poczucie bezpieczeństwa, które za tym idzie. Że inni mają lepiej? Niektórzy na pewno. A zastanawiacie się czasem, ilu ludzi ma znacznie gorzej niż my? Nie? To zapraszam na wycieczkę, np. do bliskiego memu sercu Nepalu. Pisałam o tym TUTAJ.

Kilka tygodni w domu. Radość, spokój czy strach?

Szczerze? Trochę się ucieszyłam na wieść o pierwszych dwóch tygodniach w domu. Miałam czas zacząć pisać dla Was (i dla siebie) ten tekst, czytałam książki, oglądałam z dzieciakami filmy, chodziliśmy na spacery, rozmawialiśmy o tym, co w życiu ważne. Tak było przez pierwszy tydzień. Potem humor zaczął mi siadać. Próbowałam pracować, ale każde kolejne zadanie, w zaistniałej sytuacji, wydawało mi się coraz bardziej bezsensowne. Mam taki problem, że nie umiem robić czegoś, w czym nie widzę sensu. W życiu zawodowym czasem bardzo mi to przeszkadzało, bo zwykle nie potrafiłam w porę zamknąć dzioba i nie kłapnąć ozorem, że nowy pomysł szefa jest beznadziejny. No więc w czasie zarazy zaczęłam mieć wrażenie, że moja praca jest kompletnie nie na miejscu i nie ma wykazuje żadnego sensu. Nie jestem lekarzem, nie jestem policjantem, nie jestem ekspedientką. Ich praca ma teraz ogromny sens. Moja – niekoniecznie.

w domu nie zawsze jest bezpiecznie

Jednak mimo wszystko część mnie cieszyła się, że jestem w swoim domu, z rodziną którą kocham, z kotami, które zdążyliśmy kilka tygodni temu adoptować. Jestem jednak pewna, że dla niektórych te tygodnie to jest i będzie tortura. Nie wszyscy czujemy się w domu dobrze, nie wszyscy jesteśmy w nim bezpieczni. Myślę o rodzinach, w których jest alkohol i przemoc, myślę o maltretowanych kobietach i dzieciach, które teraz jeszcze bardziej nie mają dokąd uciec. Boję się o nich, ale równocześnie mam nadzieję, że może ten czas będzie dla takich kobiet impulsem do zmiany, do ucieczki, do walki o siebie i dzieci. Może zaraza stanie się dla nich szansą na lepsze życie? Bardzo im tego życzę. 

pozory mylą, czyli nadchodzi czas próby

Są jeszcze domy, w których tylko z pozoru jest wszystko dobrze, ale domownicy tak naprawdę od dawna żyją osobno, w innych światach. Co się z nimi stanie, gdy te inne światy się zamknęły i teraz są w czterech ścianach skazani na swoją ciągłą obecność? To z pewnością będzie czas próby. Nie wszystkie związki i rodziny wyjdą z niego zwycięsko.

czy samotni mają lepiej?

Są też ludzie, którzy mieszkają sami. Czasem z wyboru, czasem z konieczności. Przez te kilka tygodni będą znacznie bardziej samotni niż zwykle? Czy wręcz przeciwnie? Może zniosą izolację dużo lepiej niż ich bardziej stadni znajomi? A potem? Może zechcą coś zmienić w swoim życiu? Może nieco bardziej otworzą się na świat i innych ludzi? Kto wie?

Praca

Może się okazać, że wysiadywanie dupogodzin w wielkich korporacjach nie jest tak naprawdę konieczne. Może się okazać, że bywamy bardziej efektywni, gdy pracujemy wtedy, kiedy chcemy i niekoniecznie jest to poniedziałek – piątek od 9.00 do 17.00. Miałam szczęście mieć w życiu takich szefów, którzy wierzyli, że będąc w domu mogę pracować równie skutecznie, jak będąc pod ich czujnym okiem. Mi dało to nieco wolności wyboru, a im niczego nie odebrało. Nie dotyczy to oczywiście każdej pracy, ale wierzcie mi, że mnóstwo rzeczy można robić właśnie zdalnie. Być może ten czas izolacji pozwoli nam to odkryć? Tego akurat jestem pewna.

balkon zamiast mordoru

Może się okazać, że całe zastępy ludzi, które zwykle przed 9.00 rano zmierzały szarą wezbraną falą ku bramom Mordoru na Domaniewskiej (jak pieszczotliwie nazywamy zagłębie korporacyjne na warszawskim Mokotowie) mogą spokojnie zostać w domach. Przy swoich kuchennych stołach, na kanapach, na balkonach mogą wykonywać te same zadania z równie wysoką skutecznością, co w betonowo-szklanych molochach. 

Relacje

I tu dochodzę do tego, co w czasie izolacji boli mnie najbardziej. Tęsknię. Za ludźmi. Najbardziej ze wszystkiego denerwuje mnie to, że tęsknię za ludźmi. 
Za rodzicami, nawet za bratem ;), za przyjaciółmi, znajomymi, sąsiadami, współpracownikami. Jestem zwierzęciem stadnym, prowadziliśmy zawsze dom otwarty. Nie było do tej pory takich tygodni, żebyśmy się z nikim nie spotykali. Dzieciaki stale dopytywały, kto dziś do nas przyjedzie?
Od kilku tygodni odpowiedź brzmi – nikt… 
A kiedy ktoś przyjedzie? – nie wiadomo…

czorteny flagi buddyjskie nepal mustang
Czorteny, dolina Kali Gandaki, Nepal

serce się kraja

Serce mi się kraja, gdy Lila mówi, że chce do „baby Halyny” albo do babci Basi. Że chce zobaczyć się z Nikosiem, Marysią, że chce wrócić do swojej szkoły… Wiem co czuje, bo ja czuję to samo. W akcie desperacji zorganizowałam wirtualne spotkanie z bliskimi skoczkami spadochronowymi. Czułam się trochę jak kretynka szczerząc zęby do ekranu i unosząc kufelek z piwem do kamery, ale wiecie co? Dobrze mi to zrobiło, fajnie było zobaczyć te mordki, choćby tylko tak.

jak sobie radzić?

Jakie mam wnioski? Jak sobie radzę? Różne i różnie. 

Dom wysprzątany, ogród ogarnięty, ja nieco smutna, troszkę sfrustrowana i ociupinkę wkurwiona… 

Tęsknię za swoim życiem, podobnie pewnie jak i Wy, ale równocześnie staram się doceniać każdą jego chwilę, każdą sekundę. Cieszę się tym co mam, co przeżywam. Swój kalendarz, który prowadzę w formie bullet journal (opowiem Wam o nim następnym razem), zmieniłam w pamiętnik dobrych momentów, w skarbnicę pozytywnych myśli i inspirujących treści. Z tym wszystkim łatwiej będzie mi przetrwać trudny czas, a potem będzie też do czego wracać, gdy życie znów zacznie się kiedyś niebezpiecznie rozpędzać…

platki roz ziarna ryzu nepal
Ofiary z kwiatów i ryżu w hinduskiej świątyni, Kathmandu, Nepal.

I jeszcze krótka dygresja na koniec. Niedługo przed zarazą, kiedy wydawało mi się, że mam trudny zawodowo czas, mnóstwo rzeczy na głowie i sporo stresu, pewien bliski mi człowiek na pocieszenie przytoczył słowa amerykańskich żołnierzy z Navy Seals:

Jedyny łatwy dzień był wczoraj.

Zatem jak padłam, to powstaję. Poprawiam koronę i idę dalej. Choćby tylko z kanapy do kuchni i z powrotem.

Moim wizytom w schronisku w Dolinie Pięciu Stawów Polskich w Tatrach, zwłaszcza tym zimowym, zwykle towarzyszą jakieś przygody. Pierwszy raz byłam tu w styczniu 2009 roku, na pierwszym kursie lawinowym dla turystów, prowadzonym przez ratowników TOPR. Wyszliśmy w góry za późno, nie sprawdziliśmy dokładnie prognozy, na podejściu zastał nas mrok i halny. Nie zapowiadało się dobrze. Zamiast kursantami, mieliśmy spore szanse stać się klientami TOPRu. Witajcie Tatry zimą!

Mrok i halny na podejściu do piątki

Śniegu było na tyle dużo, że nogi wpadały co chwilę w „skarbonki”, czyli głębokie dziury zamaskowane śniegiem, po kolana, po uda, po pachy. Nie mieliśmy nart ani rakiet. Po wyjściu z lasu, na progu dolinki wiało tak bardzo, że strach było zdjąć plecak, żeby go nie zwiało. Momentami kładłam się brzuchem na śniegu, żeby nie stracić równowagi i nie grzmotnąć w dół. Było kompletnie ciemno, wiało niemiłosiernie, śniegiem smagało po pysku. Czołówka oczywiście w plecaku. To było moje pierwsze wyjście w Tatry zimą. Na tym podejściu tak dostałam w dupę, że odechciało mi się tych całych gór. Kurs lawinowy prowadzony przez ratowników tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że zimą w górach czekają na mnie jedynie lawiny i śmierć. O kursie lawinowym pisałam Wam TUTAJ. Sporo czasu zajęło Tomkowi przekonanie mnie, że Tatry zimą są najpiękniejsze, a pozostanie w domu nie jest jedynym sposobem na unikanie zagrożenia lawinowego.

schronisko piątka nocą zima
Wejście do “piątki” zimą

nocą w śniegu po pachy

Kolejna wycieczka była nie mniej ekscytująca. Ja i Ewa wybrałyśmy się do Zakopanego w piątek po pracy. Z Wodogrzmotów Mickiewicza ruszyłyśmy ok. 23.00 w stronę czekającego na nas w schronisku Tomka. Ponieważ w dolinie nie ma zasięgu, umówiliśmy się, że Tomek wyjdzie nam naprzeciw, jak tylko zobaczy światełka czołówek. Ruszyłyśmy. Śniegu nie było, wczesna wiosna, z początku nic nie zwiastowało trudności. Po pół godzinie okazało się, że ścieżka jest oblodzona. Próbowałyśmy podpierać się czekanami, wyglądając jak dwie staruszki paralityczki, zgarbione z rozjeżdżającymi się co chwilę nogami. Walczyłyśmy tak dość długo, aż w końcu, pokonane, postanowiłyśmy założyć raki. Dlaczego dopiero wtedy? A bo zwykle ich prawidłowe założenie wymagało pomocy bardziej doświadczonych od nas… a tu nikogo, absolutnie nikogo nie było.

lesniczowka tatry
Leśniczówka w Tatrach

Nie możesz iść? czołgaj się

Nasze zimowe doświadczenie było wtedy jeszcze bardzo skromne. Niewystarczająco skromne, jak się potem okazało… Im wyżej tym więcej było śniegu, w końcu zrobiło się go tyle, że zapadałyśmy się „po jaja”. Z takich „skarbonek” bardzo trudno było się wydostawać, śnieg był wiosenny – ciężki i mokry. Tempo naszego marszu spadło dramatycznie, wyglądałam Tomka tęsknym wzrokiem, jednak nigdzie nie było widać żadnego światełka. Plecaki ciążyły, nogi zapadały się głęboko przy każdym niemal kroku. Próbowałyśmy iść na kolanach, to trochę pomagało, ale także było męczące i niezbyt efektywne. Na skraju rozpaczy i progu dolinki próbowałyśmy się nawet czołgać, aby jak najmniej obciążać pokrywę śnieżną. Tak wyglądają uroki Tatr zimą… Dla nich jesteśmy gotowi się nawet czołgać! 🙂

światła czołówek

Gdzieś pomiędzy godziną 3 a 4 nad ranem, wykończone, zobaczyłyśmy w końcu światła schroniska. Całe moje zmęczenie przeobraziło się w złość na Tomka, który zamiast przyjść nam z pomocą, spał sobie smacznie – jak sądziłam. Spotkałyśmy go przed schroniskiem, bladego z przerażenia. Zaatakowałam od razu – dlaczego po nas nie wyszedł, że przecież się umawialiśmy, że wcale się o nas nie martwił i w ogóle. Wysłuchał cierpliwie całej serii zarzutów, którą w niego wystrzeliłam i zapytał: – Słoneczko, a jak my się umawialiśmy? Że kiedy ja po Was wyjdę? – No jak to kiedy?! Kiedy tylko zobaczysz światła naszych czołówek! – I wtedy się zamknęłam. Zrobiła się cisza. – No właśnie… – odpowiedział Tomek. 

okno schronisko pięć stawów
Okno schroniska w Dolinie Pięciu Stawów

bez czołówek chodzi się lepiej? nie zawsze…

Nie włączyłyśmy czołówek. Moje doświadczenie nie było zbyt wielkie, ale Tomek zdążył nauczyć mnie chodzenia nocą bez światła. Zwłaszcza kiedy noc była jasna, księżycowa, paradoksalnie wtedy więcej widać. Kompletnie o tym zapomniałam, że jak nie włączymy światła, to on nie będzie miał żadnych szans, żeby nas zauważyć. Kiedy minął czas, po którym powinnyśmy już się pojawić w zasięgu jego wzroku, wychodził co 15 minut wypatrując nas. No ale nie dałyśmy mu szansy. Byłyśmy tam, ale on nie mógł nas przecież widzieć z takiej odległości. 

stary niedźwiedź mocno śpi?

Usiadłyśmy w końcu w ciepłej schroniskowej kuchni z panem Mieciem, otworzyłyśmy przyniesioną z dołu wiśniówkę i zapytałyśmy, czy przynajmniej niedźwiedzie jeszcze śpią. Pan Miecio odpowiedział, że już się budzą, ale jeśli nie mamy w plecakach kiełbasy to byłyśmy raczej bezpieczne. Spojrzenia moje i Ewy skrzyżowały się natychmiast. Nie odezwałyśmy się ani słowem. Kiełbasa myśliwska, nieświadoma zagrożenia, spoczywała sobie spokojnie w naszych plecakach…

kozica w tatrach
Kozica w Tatrach

rozsypany na śniegu księżycowy pył

Teraz jestem tu znowu, tym razem poza siarczystym mrozem, obyło się bez przygód. Nieoceniona Matka Biega pożyczyła mi swoje narty turowe i detektor lawinowy (jej autorstwa jest także moja piękna czapka, wszak Aga to zdolna i wszechstronna bestia). Na nartach takie podejście to czysta przyjemność, męcząca, ale przyjemność. W świetle czołówki świeży puszysty śnieg mienił się jak diamenty. Zupełnie jakby księżyc spadł w tatrzańską dolinę i wszędzie wokół rozsypał księżycowy pył. Na śniegu leżały najpiękniejsze klejnoty światy. Takie właśnie są Tatry zimą.

schroniskowa kuchnia

W schroniskowej kuchni uśmiechnięta Krysia nalała nam żurku chochlą tak wielką, że pełna jej zawartość nie mieściła się w talerzu. Nie wiem jak to możliwe, że nigdzie na świecie jedzenie nie smakuje mi tak dobrze jak w tatrzańskich schroniskach. A może to nie do końca zasługa jedynie zdolnych kucharek? Może mróz, wiatr, wysiłek i głód doprawiają te żurki, kwaśnice i racuchy? Talerz zupy, wielki kubek herbaty, jedno piwo na nas dwoje i przed 22.00 padliśmy jak muchy. Przespaliśmy 11 godzin.

skitury tatry dolina 5 stawów
Skitury w kierunku Szpiglasowej Przełęczy

rocznica wypadku ratowników pod szpiglasową przełęczą

Dziś wyszliśmy tylko na spacer o zmroku. Patrząc na Szpiglasową Przełęcz rozmawialiśmy o wypadku, który miał tu miejsce równo 18 lat temu, 30 grudnia 2001 roku. W lawinie, podczas wyprawy ratunkowej, zginęło wtedy dwóch młodych Ratowników – Bartek Olszański i Marek Łabunowicz – Maja. Tomek opowiadał mi szczegółowo o tej akcji ratunkowej, bo brał w niej udział. O tej tragedii możecie przeczytać w znakomitej książce Beaty Sabały – Zielińskiej, pt. “TOPR. Żeby inni mogli przeżyć.” Krótka wzmianka znajduje się także na stronie Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego TUTAJ.
Patrzyliśmy na sierp księżyca oświetlający grań i jedną jedyną gwiazdę, która świeciła jakby Im, na pamiątkę.

dolina pięciu stawów tatry
Księżyc nad granią Tatr

Myślę, że autorzy tekstów, takich jak: „jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie”, czy „mówisz o pokoju, czy Ty nie widzisz, że są tacy, którzy chcą, żebyśmy pozabijali się”, w najczarniejszych snach nie przypuszczali nawet, że przyjdzie im te same teksty, zaangażowane politycznie, śpiewać 20, 30 lat później. Smutne to, głupie i przerażające. My jesteśmy głupi, że do tego dopuściliśmy.

Kobranocka, Róże Europy, Sztywny Pal Azji i Tomek Lipiński – wspólny koncert

Skoki spadochronowe pochłaniają niemal wszystkie nasze weekendy od kwietnia do października. Dlatego gdy przychodzi późna jesień i zima, mamy dopiero czas na kino, teatr i koncerty. W ramach czasu tylko we dwoje, wybraliśmy się na koncert rockowy zespołów, które oboje lubiliśmy we wczesnej młodości:
Kobranocka
Róże Europy
Sztywny Pal Azji
Tomek Lipiński.
Zestaw ten wyglądał na tyle obiecująco, że się skusiłam i kupiłam bilety.
Od czasu upadku PRLu chyba nie widziałam tak długiej kolejki. Omijam szerokim łukiem wszelkie huczne otwarcia sklepów nie dla idiotów, super niebywałe promocje na bardzo markowe torebki w lidlu, czarne piątki, cyber poniedziałki i inne tego typu bzdury, więc kolejki są mi obce. Ale skoro muzyka z czasów PRL to i kolejka w klimacie.

SZEść godzin zaangażowanej politycznie muzyki

Liczyłam na najlepszą, bo dobrze mi znaną, muzykę. Na dwie godziny bezrefleksyjnego słuchania i relaksującego podrygiwania. Po prostu na miły, odprężający wieczór we dwoje. Czy się przeliczyłam? Oczywiście, że tak!
Po pierwsze, nie doczytałam, że to właściwie nie jest jeden koncert, tylko cztery i w związku z tym całość potrwa nie dwie, a sześć godzin. Na to nie zamierzam jednak narzekać, a że kręgosłup pod koniec bolał już niemiłosiernie, to nie wina koncertu przecież… 😉

LIDER RÓŻ EUROPY NIE MA JUŻ 28 LAT

Pierwsza gorzka refleksja przyszła, kiedy zobaczyłam na scenie wokalistę Róż Europy. Nie wiem jak Wy, ale ja, kiedy słuchałam piosenki pt. ’Jedwab’ w latach 90-tych, wyobrażałam sobie przystojnego młodego mężczyznę i bardzo żałowałam, że nie mam ani piegów, ani loków, ani policzków bladych. Jakież więc było moje zdumienie, gdy na scenę wkroczył dziarskim krokiem 55-latek. Czar jakby trochę prysł, bo po przystojnym 28-latku ani śladu ;).
Teraz lider zespołu Róże Europy jest przystojnym panem w, powiedzmy, średnim wieku. Na szczęście głos mu się nie zestarzał i nadal dobrze się go słucha.

jesteśmy wkurwieni

Wiecie co jeszcze mnie uderzyło? Ze sceny zaczęły odważnie padać zdania odwołujące się w bezpośredni sposób do obecnej sytuacji politycznej. Nie były to subtelne okrągłe słówka nieśmiało skłaniające nas do refleksji. To były takie słowa, które nieczęsto słyszę wypowiadane publicznie, do szerszej grupy odbiorów o niewiadomych poglądach politycznych. 
Andrzej „Kobra” Kraiński, wokalista i gitarzysta Kobranocki podczas koncertu powiedział:  

„Kiedyś byliśmy młodzi i gniewni. Teraz jesteśmy starzy i wkurwieni.”

I nie było to tylko hasło rzucone ot tak między piosenkami, bo „Jesteśmy wkurwieni” to także tytuł jednej z piosenek z najnowszej płyty Kobranocki „My i Oni”.

walka o wolność znów trwa

Przykro było usłyszeć z ust Tomka Lipińskiego, że jego piosenki pisane dwadzieścia, trzydzieści lat temu znów są aktualne. Każdy utwór, który wtedy wybrzmiewał politycznym manifestem, teraz, podczas tego koncertu, także nim był. I co do tego nikt z nas obecnych nie miał nawet cienia wątpliwości… 
Mój Tomek pamięta jeszcze te same kawałki grane w poprzednim ustroju, ja poznałam je już w tzw. wolnej Polsce. I nigdy nie miały dla mnie aż tak silnego wydźwięku, jak dla niego. Aż do teraz. 
Zdumiewające było dla mnie to, że na scenie pojawiły się cztery różne zespoły, które mówiły wspólnym językiem. Nie tylko językiem rockowej i punkowej muzyki, ale też językiem ludzi, którzy w młodości walczyli o wolność i teraz znów to robią. Szczerze mówiąc wstyd mi się zrobiło. 

pokolenie post prl-u

Jestem tym pokoleniem, które prawie nie pamięta PRLu, w 1989 roku miałam 8 lat. To dla nas wywalczono wtedy wolność i niepodległość, dla mojego pokolenia. I co myśmy z tą wolnością zrobili? Coś poszło mocno nie tak, skoro oni, dziś pięćdziesięcio- i sześćdziesięcioletni znów piszą takie teksty, jak we wspomnianym utworze „Jesteśmy wkurwieni”.
Teraz dygresja. Jakiś czas temu, podczas marszu w obronie sądów, spotkałam kolegę Darka, który powiedział coś, co mnie wtedy bardzo poruszyło: 

„Nie przypuszczałem, że po 89 roku jeszcze kiedykolwiek będę musiał wychodzić na ulicę protestować…” 

Myślę, że autorzy tekstów, takich jak: „jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie”, czy „mówisz o pokoju, czy Ty nie widzisz, że są tacy, którzy chcą, żebyśmy pozabijali się”, w najczarniejszych snach nie przypuszczali nawet, że przyjdzie im te same teksty śpiewać 20, 30 lat później. Smutne to, głupie i przerażające. My jesteśmy głupi, że do tego dopuściliśmy.

lubimy to, co znamy

Wraz z tym koncertem pojawiła się także taka refleksja: Znamy tylko to, co lubimy i lubimy to, co znamy, czyli melodie, które łatwo wpadają w ucho, teksty łatwe, lekkie i przyjemne…
Przeboje takie jak „Jedwab” i „Kocham Cię jak Irlandię” muszą być pułapką i przekleństwem dla rock’n’rollowców. W oczach, a raczej uszach, masowej publiczności są oni prawdopodobnie wykonawcami głównie tej jednej piosenki. 

A przecież ich dorobek ani się na tych utworach nie zaczął, ani nie skończył. Szczerze mówiąc dopiero ten koncert przypomniał mi ich bardziej rockowe kawałki, takie jak „Kontestatorzy”, czy „Młode koty noszą wykrochmalone kołnierzyki” ze słynnym refrenem: „bo my jesteśmy rock’n’rollowcami, pijemy tanie wino, pijemy je litrami”. W oryginale jest to oczywiście stare, a nie tanie wino, ale publiczność festiwali w Jarocinie wiedziała swoje. 😀

pamiętajmy o tym, o co muzyką walczyliśmy

Nucąc polskie przeboje lat 80-tych podczas imprez pamiętajmy także o innych, mocno zaangażowanych utworach i tekstach tych artystów, pamiętajmy, że oni za nas i dla nas walczyli o wolność. Przychodzą mi tu do głowy słowa innego rockowego zespołu Lao Che:

„Jestem człowiekiem zaniepokojony.
By rzec – rozczarowany.
Bo miałem ambicję stworzyć taką rezolutną rasę. 
A wyście to tak, po ludzku,
Po ludzku spartolili.”

Trasa koncertowa 2019/2020 wciąż trwa, gorąco polecam, bilety można zamówić, np. TUTAJ.

tomek lipiński koncert

Muszę się wam przyznać, że cierpię ostatnio na kryzys, któremu na imię rosnąca niechęć do życia online. Zastanawiam się nawet, czy pisanie bloga nie jest w moim przypadku objawem lekkiej schizofrenii. 
Nie ulega wątpliwości, że generalnie spędzamy w sieci za dużo czasu. Oczywiście Internet jest skarbnicą wiedzy, może być źródłem inspiracji i przyjemności, ale czy na pewno nasz cenny czas pochłaniają treści mądre, wartościowe i dla nas dobre? Jak mawia Radomska – mam wątpliwość…

wybieraj starannie, co obserwujesz

A tak naprawdę to nie mam wątpliwości. Mimo iż bardzo się staram ograniczać, to i tak przeglądanie głupot zajmuje mi codziennie sporo czasu. Jako użytkowniczka facebooka, bardzo długo broniłam się przed zainstalowaniem Instagrama. Wiedziałam, że to złodziej czasu, bo jednego już miałam. Odkryciem było więc dla mnie, kiedy przyjaciółka wytłumaczyła mi, że na Instagramie właściwie nie obserwuje znajomych, tylko profile wybranych artystów, satyryków, fotografów, wspinaczy i… agencji kosmicznej. Tych obserwowanych profili ma niewiele, wybrała je bardzo starannie. Dzięki temu ogląda niewiele i tylko te treści, które ją czegoś uczą, inspirują lub po prostu cieszą oko.

instagram a rzeczywistość

Podobne podejście do Instagrama ma chyba Ola Budzyńska (Pani Swojego Czasu). Czytałam kiedyś jej świetny post o tym, jak kobiety ją krytykują – że nie ma super figury, że niby taka fit a tu wisi, tu się marszczy i nijak jej ciało się ma do popularnych instagramowych trenerek. Na co Budzyńska, z rozbrajającą szczerością, że ma to w dupie. Namawia nas do ruchu dla zdrowia i dobrego samopoczucia, a nie po to, żebyśmy miały figury modelek. Wysnuła też wniosek, że jeśli my całymi dniami oglądamy piękne zdjęcia, pięknych kobiet, w pięknych sceneriach, do tego pięknie obrobione przez photoshopa, to sorry, nic dziwnego, że rzeczywistość nam się nie podoba.

Jest tylko jedno „ale” – przecież to my decydujemy, co oglądamy i kogo obserwujemy! 

to ty decydujesz – Nikt inny

I to jest sedno sprawy. Pisałam Wam TUTAJ, że jesteśmy wypadkową pięciu osób, z którymi spędzamy najwięcej czasu. Warto, żeby to były osoby, które nas wspierają, motywują lub inspirują. Tak samo jest z Instagramem i Internetem w ogóle. Tak jest właściwie ze wszystkim. To Ty decydujesz, co oglądasz, czego słuchasz. Nie daj sobie odebrać możliwości decydowania i samodzielnego myślenia, nie dawaj sobą manipulować. 

INDIAŃSKA PRZYPOWIEŚĆ O DOKONYWANIU WYBORÓW

Jest pewna piękna indiańska przypowieść, o dokonywaniu wyborów:

Pewien stary Indianin Cherokee nauczał swoje wnuki. Powiedział im tak:
– Wewnątrz mnie odbywa się walka. To straszna walka.
Walczą dwa wilki. Jeden reprezentuje strach, złość, zazdrość, smutek, żal, chciwość, arogancję, użalanie się nad sobą, poczucie winy, urazę, kłamstwa, fałszywą dumę i poczucie wyższości.
Drugi to radość, zadowolenie, zgoda, pokój, miłość, nadzieja, akceptacja, chęć zrozumienia, hojność, prawda, życzliwość, współczucie i wiara.
Taka sama walka odbywa się w każdym z ludzi.
Dzieci myślały o tym przez chwilę, po czym jedno z nich zapytało:
– Dziadku, a który wilk wygra?
– Ten, którego nakarmisz – odpowiedział stary Indianin.

mgla_snieznik_dotykam_chmur
w drodze na Śnieżnik

nie daj sobą manipulować

Żyjemy w trudnych czasach, kiedy z każdej strony ktoś mówi nam, co mamy myśleć, robić, co nosić, kogo lubić, o czym marzyć. Staliśmy się szarą sterowalną masą, przestajemy samodzielnie myśleć, pogubiliśmy się. Nasz konsumpcjonizm osiągnął szczyt, z którego, mam nadzieję, będzie się już tylko staczał. Mam wrażenie, że coraz trudniej jest mi trafiać w sieci na treści, które niczego nie sprzedają, a niosą ze sobą coś wartościowego. Chyba stąd ten mój internetowy kryzys.

co można robić offline?

Przez ten czas, kiedy niczego prawie nie publikowałam i skrycie cieszyłam się niechęcią do życia online, skupiłam się bardziej na życiu offline i w ramach tego:

1. Góry

Wyrwałam się na dwa dni w góry, w okolice Śnieżnika, żeby pobyć trochę z przyjaciółmi i podtrzymać tradycję corocznych spotkań fanów, nieistniejącego już dziś, czasopisma himalaisty Alka Lwowa, pt. Góry i Alpinizm. Nazwa z biegiem lat przekształciła się w Grubi i Aktywni i pod tym szyldem oni spotykają się od dwudziestu pięciu lat, a ja z nimi już od dziewięciu. Raz do roku, zawsze w ostatni weekend września, za każdym razem w innym schronisku i na innym szczycie, robimy sobie grupowe zdjęcie w pamiątkowych koszulkach. Kiedy oglądamy slajdy z poprzednich zlotów, widzimy coraz więcej osób, których już z nami nie ma… Dlatego jeszcze bardziej cieszymy się życiem, tym realnym, prawdziwym i wyciskamy je jak cytrynę. 
Zdecydowanie zaniżamy tam średnią wieku, dlatego czujemy się niejako w obowiązku trochę narozrabiać i zgodnie z nową tradycją zarządzamy tańce. Ze wzruszeniem dyskretnie przyglądam się paniom, które, nieco zawstydzone i poważne, dają się poprosić Tomkowi do tańca. My z dziewczynami, w tym czasie, wywijamy na parkiecie z panami w wieku naszych ojców i dziadków. I jest super.

krople_na_dzrewie_dotykam_chmur
krople deszczu w lesie w masywie Śnieżnika

2. zapasy na zimę

Pożyczyłam od pewnej dobrej duszyczki Thermomix i między innymi z jego pomocą produkuję zdrowsze alternatywy sklepowych produktów oraz zapasy na zimę – buliony, likiery, przyprawy, dżemy, kompoty, skoki i nalewki. Zrobiłam też pierwsze w swoim życiu ciasto drożdżowe! Najlepsze ciasto zawsze robiła moja Babcia Pola, ale Jej już nie a ciasto samo się nie zrobi. Gotować nigdy nie lubiłam i to już się pewnie nie zmieni, ale karmienie rodziny sprawia mi pewną przyjemność. Zwłaszcza jesienią, kiedy za oknem ziąb i deszcz, wierzę, że domowy rosół z kolendrą rozgrzewa nie tylko żołądki.

grzyb_mech_dotykam_chmur
na zboczach Śnieżnika

3. porządki i wyrzucanie

Robię porządki, wyrzucam i oddaję różne rzeczy. W szafach robi się luźniej. Kiedy udaje mi się uporządkować jakąś przestrzeń, czuję jak energia i moje myśli przepływają swobodniej. Co kilka miesięcy robię przegląd garderoby dzieci. Rzeczy zniszczone wyrzucamy, dobre oddajemy znajomym lub wrzucamy do kontenerów. Część z nich zabieram do Nepalu i rozdaję dzieciom na szlakach wysoko w górach, gdzie dostępność ubrań jest bardzo utrudniona.

4. Weekend offline bez dzieci

Zafundowaliśmy sobie weekend bez dzieci. Kocham je nad życie, ale kocham też czas, który spędzamy tylko we dwoje. Od maja do października właściwie nie mamy wolnych weekendów, więc taki wyrwany wspólny czas smakuje podwójnie. Impreza do rana (dawno tego nie robiliśmy), potem leżenie w łóżku do południa, książka, dobry obiad i kawa u teściów. Baterie naładowane.

roze_dotykam_chmur
jesienne róże w Międzyrzeczu

5. Rekord guinnessa

W ostatnim czasie był jeszcze spadochronowy rekord Guinnessa, w którego organizacji miałam zaszczyt i przyjemność uczestniczyć, ale to już materiał na kolejną opowieść.

polska_stratosfera_punya_project_dotykam_chmur
Punya Project organizowany przez Polską Stratosferę fot. Tomasz Witkowski

A Wy, organizujecie sobie czas offline? Co wtedy lubicie robić? A jeśli jeszcze nie próbowaliście, to może… spróbujemy razem? 

Pamiętasz swoje najlepsze kolonie i obozy? Koleżanki i kolegów, ogniska, dyskoteki, pierwsze miłości, śluby kolonijne, zielone noce? Listy i telefony do rodziców z prośbami o pieniądze, rozpacz, gdy przychodził czas powrotu do domu? O wielu tych wspomnieniach opowiemy naszym dzieciom, ale podejrzewam, że są rzeczy, o których nie powiesz swojemu dziecku…

Kolejne pokolenie spotyka się w podobnych okolicznościach

Wspominałam Wam, że jako małolata byłam w klasie sportowej i latem jeździłam na obozy lekkoatletyczne, pisałam o tym TUTAJ. W tym roku, w wyniku przedziwnych zbiegów okoliczności na obóz lekkoatletyczny pojechała moja córka. Jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłam, że jest w jednym pokoju z córką mojego kolegi B., z którym co roku razem jeździliśmy na obozy sportowe. Przypadek? Zbieg okoliczności? A może przedziwne zrządzenie losu i konsekwencja naszych decyzji? Trudno powiedzieć. Miałam okazję być przez kilka dni na tym obozie, Z. wiedziała, że znamy się z jej tatą i podczas którejś kolacji, z szelmowskim uśmiechem zapytała, czy jej tata był grzeczny na obozach. Zamarłam.

Skłamałam

Jestem za tym, by mówić dzieciom prawdę, brzydzę się kłamstwem, więc co teraz? 😀 Nie byliśmy zbyt grzeczni… Bystra jest, musiała zauważyć zakłopotanie na mojej twarzy i gonitwę myśli, gdy szukałam zgrabnej wymijającej odpowiedzi na jej pytanie. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej i odpowiedziała – spokojnie, wiem, że był rozrabiaką. Uff – pomyślałam.

To jednak nie był koniec. Za chwilę padło drugie pytanie – a pamięta pani co tata robił? – no niestety, pamiętałam 😀 i… skłamałam. Nie czułam się na siłach opowiedzieć o naszych przygodach dziewięciolatce – niech tata jej opowie ;). Powiedziałam wymijająco, że trudno nas było poskromić i ogarnąć, po czym popędziłam zrobić sobie herbatkę. Na uspokojenie.

Kolonie i obozy – hity wszech czasów

W takich momentach wraca mnóstwo wspomnień. Obozy, kolonie, szkolne wycieczki. Większość tych wspomnień jest fantastyczna. Wśród moich kolonijnych i obozowych hitów znalazły się:

  1. Miłości krótkotrwałe lub bardzo krótkotrwałe, wszak zawsze byłam dość uczuciowa. I w konsekwencji śluby kolonijne, kreacje z firanek i obrączki z folii aluminiowej.
  2. Listy od mamy z ciepłymi słowami i upragnionymi banknotami w środku.
  3. Kanapki z dżemem wysokosłodzonymi jedzone bez opamiętania i bez ograniczeń. Na śniadanie, obiad, kolację. A także wynoszone ze stołówki całe słoiki dżemu i bochenki chleba, które pożerałyśmy potem po kryjomu późną nocą.
  4. Chrzty kolonijne – oblewanie wodą, najlepiej całym wiadrem od głowy poczynając, posypywanie mąką, potem znów wodą, żeby się zrobił klej na włosach, następnie ujeżdżanie krzesła, smarowanie twarzy czarną pastą, do tego śpiewanie w niebo głosy i jedzenie ohydnych mikstur.
  5. Biegi nocne, podczas których trzeba było mijać zapomniane leśne cmentarze, na których oczywiście straszyło oraz wykonywać różne karkołomne zadania.
  6. Dyskoteki, najlepiej te ‘na mieście’.
  7. Przebieranie się w nie swoje ubrania i pożyczanie na potęgę ciuchów od koleżanek, nie wiem czemu, ale sprawiało nam to ogromną frajdę.
  8. Ogniska podczas których zajadaliśmy kiełbaski, które spadły w popiół, chleb na patyku, czarny z co najmniej z jednej strony i spieczone na węgiel lub lekko surowe ziemniaki. Do tego obowiązkowo śpiewane było „Przeżyj to sam” Lombardu.
  9. Gra w butelkę, oczywiście najlepiej jak trzeba było pocałować chłopaka, który nam się podobał, koniecznie ze starszej grupy.
  10. Przeświadczenie, że te kolonie/ ten obóz były naszymi najlepszymi w życiu i już NIGDY nic lepszego nas nie spotka a przyjaźnie wtedy zawarte przetrwają wielki.

ciemna strona kolonisty. czego nie powiesz swojemu dziecku?

A teraz kilka rzeczy, o których będąc wychowawcą kolonijnym lub rodzicem, na pewno nie chciałbyś wiedzieć… No i raczej niezbyt chętnie powiesz o tym swojemu dziecku…

  1. Alkohol. Owszem, zdarzało się. Pojęcia nie mam jak nam się udawało go zdobyć i przysięgam, że tego akurat nie pamiętam, ale niestety się udawało. Piwo, wino patykiem pisane, jakieś ciociosany straszne i inne wynalazki. Ile mieliśmy wtedy lat? Pewnie piętnaście, szesnaście.
  2. Papierosy. To akurat wyjątkowo mnie nie dotyczyło, ale byli tacy co palili. Kiedyś, będąc wychowawcą na kolonii, skonfiskowałam też starszym chłopcom zioło… Pierwszego dnia, a mieli zapas na całe trzy tygodnie…
  3. Ucieczki. Na przykład nocą. Przez ogrodzenia. Na plażę. To cud, że nikomu nic się nie stało.
  4. Znajomości z chłopakami spoza obozu. No też się zdarzały. Nie pytajcie jak, bez telefonów, smsów, fejsbuków itp., bo sama nie wiem, jak to robiłyśmy.

Sądzę, że nie ze wszystkich możliwych konsekwencji swoich poczynań zdawałam sobie wtedy sprawę.

Czy pozwalać im na błędy?

Z jednej strony trzeba pozwolić młodym ludziom popełniać błędy. Kolonie i obozy to niezły poligon. Trzeba też dać im odczuć konsekwencje z nich wynikające. Nie można natomiast być hipokrytą i udawać, że samemu było się nastolatkiem idealnym. Myślę, że warto naprawdę dużo i szczerze rozmawiać z dzieciakami. Nie ma sensu udowadniać im, że alkohol to samo zło, seks jest tylko dla dorosłych, a każdy narkotyk powoduje natychmiastowe uzależnienie, dno i śmierć. Warto oczywiście wspomnieć, że kolonie i obozy to nie najlepszy czas na tego typu ‘zabawy’.

Prawda jest dobra na wszystko

Koniecznie trzeba im mówić prawdę, że alkohol może chwilowo poprawić humor, ale jego spożywanie wiąże się z wieloma niebezpieczeństwami. Nie każdy narkotyk od razu zabija, ale zdarzają się takie przypadki, że pierwszy raz okazuje się być ostatnim. Mówienie młodym ludziom, że seks to dopiero po ślubie też może przynieść więcej złego niż dobrego. Kolonie i obozy to nie najlepszy moment na takie eksperymenty. Szczerość, rzetelne informacje w zrozumiałym dla nich języku (polecam np. książkę Anji Rubik #sexedpl) i dużo rozmów. O blaskach, cieniach, ryzyku, możliwych konsekwencjach. Uczmy ich myślenia! Niech wiedzą, że zawsze mogą do nas przyjść z pytaniami i problemami, a my wtedy nie będziemy zgrywać idealnych i nieomylnych, tylko spróbujemy pomóc. Bądźmy ich wsparciem. Inaczej będą jedynie powielać nasze błędy i nie dla wszystkich skończy się to dobrze…

Czy soki spadochronowe zmieniły twoje życie? Jak to się stało, że postanowiłaś skoczyć pierwszy raz i dlaczego dalej skaczesz? Czy się boisz, czy wcale, czy chodzi ci tylko o adrenalinę? A może o coś zupełnie innego? To są najczęstsze pytania, które wcześniej czy później usłyszy każdy miłośnik spadochroniarstwa. To jest film, który zrobił Artur Ceran “Bravos” z mojego tysięcznego skoku. Pierwsze zdjęcia z powietrza, jakie mam, również są jego autorstwa i także powstały w Chrcynnie.

skoki spadochronowe a jazda konna

Kiedy ktoś mnie pyta, do czego mogłabym porównać skoki spadochronowe, to przychodzą mi do głowy dwie odpowiedzi – do jazdy konnej i do wędkarstwa. Pierwszy przykład jest bardziej oczywisty, bo wiąże się z naturą, przestrzenią, ruchem i prędkością. Potrzeba trochę umiejętności, nieco sprzętu i porozumienia ze zwierzęciem, z którym tworzymy w pewnym sensie jedność. W galopie można się zakochać i zatracić. Jest też trochę obaw, strachu, zdarzają się nieprzewidziane sytuacje, wyzwania, jest też ekscytacja. Wszystko to znajduję w skokach, no może poza zwierzęciem ;). Jest natomiast samolot, który zabiera mnie do tego magicznego świata nieograniczonej niczym przestrzeni. Ma skrzydła i ogon, więc jest trochę jak ptak, prawda?

co ma do tego wędkarstwo?

Kiedy wspominam moim rozmówcom, że spadochroniarstwo jest jak wędkarstwo, to albo reagują śmiechem albo podejrzewają, że z nich drwię. Tymczasem nic z tych rzeczy. Skoki uczą pokory i cierpliwości. Całkowitego skupienia. Bezwzględnego. Kojarzą mi się z momentami, gdy jako dziecko pływałam z tatą i dziadkiem na ryby na Śniardwy. Cała moja uwaga była skupiona na unoszącym się na wodzie spławiku lub drgającej szczytówce wędki. Nic nie było w stanie mnie rozproszyć, gdy chciałam złowić rybę. To ciągłe skupienie i przebywanie przez cały dzień na wodzie, z jednej strony mnie męczyło, a z drugiej relaksowało. To były jedyne, znane mi wtedy momenty, kiedy naprawdę nie myślałam o NICZYM innym niż ten spławik czy szczytówka. Tak samo jest ze skokami. Cel jest tylko jeden – otworzyć spadochron i uratować sobie życie. Wszystko inne przestaje mieć znaczenie, przestaje istnieć.

znikający świat

Skoczkowie lubią mawiać, że wysokość 4000 metrów, z której zwykle skaczą, to odpowiedni dystans do świata. W domyśle – do jego problemów, brudu i zła. Kiedy stoimy w otwartych drzwiach samolotu jesteśmy tylko my, nasze emocje i przestrzeń. Parafrazując poetę chciałoby się powiedzieć “przestrzeń nade mną, przestrzeń pode mną, przestrzeń we mnie”. Zawsze zadziwia mnie też fakt, że nasze ciało nie odczuwa tam zimna ani bólu. Wszystko znika. Kiedy jako kamerzystka skaczę i fotografuję pasażerów tandemowych, pytam ich czasem, czy było im zimno, bo skakali np. w krótkich spodenkach, na bosaka, a na 4000 m było 0 stopni i prędkość 200 km/h. Zwykle są bardzo zdziwieni moim pytaniem i mówią, że kompletnie nie zarejestrowali tego, że było delikatnie mówiąc chłodno.
Kilka dni temu przelecieliśmy wspólnie z parą tandemową przez mokrą chmurę. Odczucia były takie, jakby tysiące drobnych igiełek wbijały nam się w twarze. Jak myślicie, co odpowiedział nasz pasażer na pytanie, czy po tym skoku boli go twarz? Oczywiście nic go nie bolało i nawet nie poczuł, że coś go ‘muskało’ po pyszczku.

co dają mi skoki?

Skoro więc świat znika, a skoki są podobne do wędkarstwa, to po co to robić? Ha! Dla przyjemności oczywiście. Choć ta przyjemność nie jest taka oczywista, zwłaszcza na początku. Czy zatem skoki spadochronowe mają sens? Co nam dają?

zarządzanie strachem

Skoki wiążą się ze strachem i nie wierzcie nikomu, kto mówi Wam, że jest inaczej. Zapewne kłamie lub coś tam mu nie działa tak, jak powinno. Każdy zdrowy psychicznie człowiek boi się wysokości, prędkości i tego, co go czeka po przekroczeniu progu samolotu. Boi się skoczyć w przepaść, która ma 4000 metrów, boi się czy skok okaże się bezpieczny. Na szczęście strach podczas skoków ma tę cudowną właściwość, że zwykle zostaje w samolocie.
Skoro skoki wiążą się ze strachem, to siłą rzeczy uczymy się nad nim panować, oswajamy go. Kiedy rośnie doświadczenie, pojawia się też myśl, że strach jest naszym przyjacielem, chroni nas przed głupotą, brawurą i rutyną. Poddaje w wątpliwość nasze, nie zawsze najmądrzejsze, pomysły.

siła

Nie wiem czy ma to bezpośrednie przełożenie, ale kiedy zaczęłam skakać ze spadochronem, w mojej głowie pojawiła się taka myśl: jeśli jestem w stanie wyskoczyć z lecącego samolotu, to ilość rzeczy, których nie jestem w stanie zrobić jest raczej niewielka.

radość

W najczystszej postaci. Każdy skok cieszy, po każdym uśmiech ciśnie się na usta. No chyba, że coś poszło nie tak, to wtedy patrz: punkt pierwszy. Skąd ta radość? Z pokonywania własnego instynktu samozachowawczego, który gdy zbliżasz się do otwartych drzwi w samolocie, krzyczy Ci w głowie – nie rób tego! Radość z latania, jak ptak, bez żadnych ograniczeń! Ze spotykania w powietrzu przyjaciół, bo to często z nimi właśnie skaczesz i razem latacie. Osobiście lubię też machać nogami kilometr nad ziemią. Uwielbiam zapach powietrza, które tam na górze pachnie zupełnie inaczej, jest czyste i intensywne. Czasem ciepłe i miękkie, a czasem zimne i ostre. Radość lądowania i myśl, że znów się udało.

wolność

Nie znam większej wolności niż ta, którą odczuwam podczas wolnego spadania. Wokół mnie jest tylko niczym nieograniczona przestrzeń. Niebo nade mną i niebo pode mną. Myślę, że tak czują się ptaki, gdy latają. Mamy zresztą takie powiedzenie:
“Tylko spadochroniarze wiedzą, dlaczego ptaki śpiewają…”

piękno

Każdy z nas ogląda chmury od dołu, część z nas widzi je czasem z góry, np. w górach albo podczas lotu samolotem. Ale mało kto ma okazję ich dotykać. Bardzo lubię latać obok chmur. Uwielbiam widok “dywanu z chmur” pod nogami. Na ziemi jest szaro, a ponad chmurami króluje bezkresny błękit. Słońce zdaje się wtedy świecić jeszcze mocniej, kolory są ostre i wyraziste i aż dech zapiera z wrażenia. Świat widziany z góry jest jakby większy, bo skacząc w Chrcynnie widzę nie tylko okoliczne pola, lasy i gospodarstwa, ale też Wisłę, Bug, Narew i Zalew Zegrzyński. Przy odpowiedniej przejrzystości powietrza dostrzec można nawet Warszawę i jej wieżowce, z Pałacem Kultury na czele. Wiosną uwielbiam oglądać wściekle żółte pola rzepaku, jesienią lasy, które wybuchają nagle kolorami. Piękne bywają także skoki tuż przed zachodem słońca. Podczas koku widzimy nie tylko to, co znajduje się pod chmurami, ale i to, co jest ponad nimi. Feeria kolorów, gra świateł i cieni. Spektakl wystawiany przez naturę dla jednego widza.

ADRENALINA – TAK CZY NIE?

Czy skoki spadochronowe wiążą się z adrenaliną? No pewnie, że tak! Czy więc z jej powodu i dla niej skaczemy? Ja na pewno nie. Gdybym mogła ze skoków wyeliminować wszelkie ryzyko, zrobiłabym to natychmiast i bez wahania. To nie adrenalina pcha mnie w otwarte drzwi lecącego samolotu. To pewność, że tam jest wolność, piękno, latanie i moje małe szczęście.
O tym, czy każdy może skoczyć, np. w tandemie i dlaczego warto to zrobić, pisałam TUTAJ.

skok z balonu na ogrzane powietrze
Skok z balonu na ogrzane powietrze z dmuchanym krokodylem 🙂 fot. Patrik Mółka

czy warto tłumaczyć?

Nasz przyjaciel Alek Lwow powiedział nam kiedyś, że kiedy go ludzie pytali, dlaczego się wspina w Himalajach, odpowiadał im słowami Piotra Pustelnika, które pasują chyba do każdej pasji:

Ludzi można podzielić na dwa rodzaje: na tych którym nie trzeba tej pasji tłumaczyć i na tych, którym się jej nie wytłumaczy…

Burza. Dlaczego trzeba przed nią uciekać małymi kroczkami? Co oznaczają ‘stające dęba’ włosy? Czy każde trafienie pioruna jest śmiertelne? Jak unikać burz, zwłaszcza w górach i jak się zachować, kiedy nie mamy szans na bezpieczne schronienie?

Czterotysięcznik Gran Paradiso we włoskich Alpach. Przyjaciele i wspinanie. Miało być tak pięknie. Klimatyczne schronisko z marnym jedzeniem, ale za to pyszną kawą. Z łóżkami trzypiętrowymi jak kuszetki, między nimi przejście szerokości jednej osoby, ale na korytarzu łazienka z prysznicem i ciepłą wodą. Droga do schroniska prowadzi pięknym szlakiem wśród alpejskich łąk.

BYŁO TAK PIĘKNIE

Rok temu, dokładnie o tej porze, gwizdały świstaki, kwitły przeróżne alpejskie kwiaty, świeciło słonko. Było tak malowniczo, że aż mdliło. Potem wyjście w kierunku szczytu, jeszcze przed świtem. Długie niezbyt strome podejście pięknym lodowcem aż do krótkiej, ale pięknej i eksponowanej grani szczytowej. Na wspinaczy czeka tam niewielka biała figurka Matki Boskiej oraz smak zwycięstwa. Po wielu godzinach wysiłku nareszcie upragniony szczyt i widok, który zapiera dech w piersiach.

ZACZĘŁO SIĘ NIEWINNIE

Mieliśmy nadzieję, że w tym roku będzie podobnie. U podnóża góry, kiedy zaczynaliśmy swoją wędrówkę, przywitał nas deszcz. Nic to dla nas, szybciutko wrzuciliśmy na grzbiety goretexy i przeciwdeszczowe spodnie i spokojnie ruszyliśmy w górę. Było ciepło i parno, po drodze zdejmowaliśmy więc bluzy i większość z nas szła w koszulkach i lekkich przeciwdeszczowych kurtkach, bo wciąż trochę siąpiło. To był taki deszcz, który potrafi kapać godzinami, niebo było zasnute szarą powłoką. Szliśmy dalej, tempo było dobre, podejście naprawdę przyjemne.

PRZEJDZIE BOKIEM?

Zaczęło się od malutkich kuleczek gradu. Oho – pomyślałam. Wkuwałam niedawno meteorologię na potrzeby spadochronowego egzaminu instruktorskiego. Wiedza, jeszcze nie przykurzona, nie pozostawiała mi żadnych złudzeń. Mamy tu w pobliżu cumulonimbusa – chmurę burzową. Alpy są tak rozległe, że burza na pewno przejdzie bokiem – pomyślałam z nadzieją. No niestety. Nie przeszła. Zaczął nasilać się wiatr, na zmianę lało i sypało gradem, z początku drobnym, z czasem kulki lodu zaczynały już skutecznie przykrywać całą ścieżkę naszego podejścia.
No nie wierzę – pomyślałam. Przecież ja już ‘zaliczyłam’ spektakularną burzę w górach, pisałam o niej TUTAJ. Niemożliwe, żeby znów mi się to przytrafiło! A jednak…

CZEGO WSPINACZE BOJĄ SIĘ NAJBARDZIEJ?

Burza w górach jest tym, czego większość z nas, miłośników gór i wspinania, boi się najbardziej. Przychodzi znienacka i szczodrze obdarza nas całym swoim szatańskim asortymentem. A ma czym szastać – przeszywający chłód, ulewny deszcz, złowieszczy grad, porywisty wiatr i oczywiście błyskawice. Błysk, trzask i gniewne pomruki. Raz bliżej, raz dalej. Kiedy myślisz, że zimniej być już nie może, że grad nie może bić w Ciebie z większą siłą, a pioruny nie mogą walić bliżej, okazuje się, że niestety – myliłeś się. Może, może i jeszcze raz może. I nagle znajdujesz się jak w oku cyklonu. Co wtedy?

CZEGO NIE WOLNO CI ROBIĆ?

Wtedy przychodzi najgorsze. Musisz się zatrzymać i przeczekać:

  • nie pod drzewem (min. 10 m od korony drzewa)
  • pod skałą jonizuje się powietrze, więc nie jest tam bezpiecznie
  • nie w pobliżu wody (wiadomo)
  • co najmniej kilka metrów od siebie, nie w grupie
  • nie trzymając w rękach niczego metalowego (kijów, czekana, łańcucha)

JAK MOŻESZ SOBIE POMÓC?

Kiedy burza szaleje Ci nad głową, zatrzymaj się i czekaj:

  • na otwartej przestrzeni z daleka od grani
  • najlepiej ukucnij
  • nogi złącz koniecznie w kostkach i kolanach, aby uniknąć ryzyka powstania napięcia krokowego podczas wyładowania
  • jeśli masz suchy plecak lub linę, stań na nich w kucki, odizolujesz się w ten sposób od podłoża
  • jeśli włosy ‘stają ci dęba’ – jesteś w ogromnym niebezpieczeństwie.

Niczego więcej, niestety, nie możesz w tej sytuacji zrobić.

KIEDY JEST BEZPIECZNIE?

Bezpieczny jesteś dopiero wtedy, gdy:

  • od błysku do grzmotu upływa 30 sekund, oznacza to, że burza jest jakieś 30 km od Ciebie
  • od ostatniego błysku lub grzmotu minęło 30 minut.

CO NA TO TOPR?

TUTAJ znajdziecie tekst dotyczący porażenia piorunem, pióra Sylweriusza Kosińskiego, lekarza i ratownika TOPR. Przeczytajcie, przemyślcie i bądźcie bezpieczni, w górach i nie tylko. Podzielcie się tą wiedzą z innymi.

CO BYŁO DALEJ Z NAMI?

Burza zastała nas jakieś 20 minut od schroniska. Kiedy czas od błysku do grzmotu skrócił się znacząco, Tomek nakazał nam robić drobne kroczki i iść w kilkumetrowych odstępach od siebie. Kiedy już nie dało się nic odliczać i błyski szły w parze z grzmotami, chciał nie chciał, usiedliśmy skuleni w kucki na plecakach i czekaliśmy. To były długie minuty, naprawdę bardzo długie. Każdy kolejny trzask piorunów przeszywających powietrze wokół nas powodował mimowolne drżenie i kulenie się w sobie. Cisza wcale nie była lepsza, była oczekiwaniem i obawą, czy aby kolejny piorun nie trafi w kogoś z nas. Jeśli do siedzenia bez ruchu dodamy bardzo silny wiatr i grad, który nas tłukł niemiłosiernie, to mamy szybki przepis na wychłodzenie. I to w czerwcu, na podejściu do schroniska.

NAJGORSZE JEST CZEKANIE

Nie wiem, ile trwało to nasze siedzenie, często mawiam, że czas jest pojęciem względnym, w końcu to szaleństwo nad nami nieco się uspokoiło i ruszyliśmy dalej. Lodowata woda spływała nam po plecach aż do majtek. Nasiąknięte plecaki były jeszcze cięższe, w butach chlupotało, a dłoni nie czuliśmy z zimna. W końcu zobaczyliśmy schronisko. Widok ten ucieszył nas, jak fatamorgana na pustyni. Bo to była pustynia, równie bezkresna i niebezpieczna, tyle, że śnieżna.

BEZ MAJTEK

Przez chwilę nie mogłam uwierzyć, że tu jesteśmy. W cieple i pod dachem, bezpieczni. Pierwszy raz wylewałam wodę z wnętrza plecaka. Większość rzeczy zawsze pakuję w torebki foliowe, ale ostatnio moja niechęć do plastiku kazała mi spakować bieliznę do płóciennego woreczka, zostałam więc bez ani jednej suchej pary majtek :D.

W ALPACH ZACZĘŁY NAM grozić… ODLEŻYNY

Do schroniska dotarliśmy w poniedziałek pod wieczór, pogoda jaka była, już wiecie. We wtorek była bardzo zbliżona do poniedziałkowej, z dachu schodziły lawiny, na zmianę padał deszcz i śnieg. W związku z tym przez cały wtorek ‘lizaliśmy rany’. Po śniadaniu poszliśmy spać, w południe wstaliśmy na kawę, po kawie poszliśmy spać, wstaliśmy na obiadokolację, po której… poszliśmy spać. Zaczynałam się już obawiać odleżyn ;). Natomiast przegrzanie z całą pewnością nam nie groziło. Spałam w wełnianych skarpetach, bluzie i w czapce, pod wszystkimi trzema kocami, które były na wyposażeniu mojej pryczy.

STABILNA POGODA

Z każdym naszym przebudzeniem zdawało się, że ubywa ludzi. My jednak nie poddawaliśmy się. Pomiędzy spaniem i jedzeniem słuchaliśmy sobie „Filarów Ziemi” Kena Folleta. Na kolacji we wtorek było podejrzanie mało osób, no cóż, może zjedli wcześniej? W nocy z wtorku na środę budził nas wiatr, który próbował zerwać dach. Z dachu nadal schodziły lawiny i wtedy też się budziliśmy. W środę nad ranem nadal sypało śniegiem i smagało wiatrem. Środa miała być dniem nieco lepszej pogody i dniem naszego ataku szczytowego, ale ta lepsza pogoda pozostała tylko na prognozach. Pogoda była stabilna, nadal wiało i sypało. Czasem grzmiało i błyskało. Nawet gdyby znienacka walnęło nagle błękitem, nie bylibyśmy w stanie w jeden dzień przetorować tych ton śniegu, które napadały tu przez te kilka dni.

GŁOS ROZSĄDKU

W środę przed śniadaniem ktoś w końcu wydobył z siebie głos rozsądku. Zaproponował(a), żebyśmy najbliższą noc spędzili może w Mediolanie lub Bergamo, zamiast tutaj w oczekiwaniu na cud, który nie miał prawa się zdarzyć. Część z nas przyjęła tę propozycję entuzjastycznie, choć dla niektórych były to wieści hiobowe. W końcu ustaliliśmy, że znikąd nie ma dla nas nadziei, zjedliśmy śniadanie, składające się z czerstwego chleba, dżemiku i nutelli (o zgrozo!) i spakowaliśmy się do wyjścia. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że poza nami w schronisku została już tylko obsługa! A i ona wyglądała, jakby zbierała się wkrótce na dół… Gospodarz schroniska, przemiły starszy jegomość, był chyba pod wrażeniem naszej cierpliwości i determinacji, bo nawet wyszedł z nami przed schronisko, żeby nas pożegnać i zrobić nam pamiątkowe grupowe zdjęcie.

A MIAŁO BYĆ TAK PIĘKNIE

Aha, zapomniałam dodać, że akurat przez te 3 dni, które spędziliśmy w schronisku, trwał remont jedynej łazienki z prysznicami. A woda w umywalkach miała temperaturę zbliżoną do temperatury wody wypływającej prosto z lodowca, bo stamtąd też pochodziła… Za to kawę mieli pyszną, także tak…

wodospad w Alpach
1000 metrów niżej była piękna wiosna