Autor

Kasia Witkowska

Przeglądanie

Pamiętasz swoje najlepsze kolonie i obozy? Koleżanki i kolegów, ogniska, dyskoteki, pierwsze miłości, śluby kolonijne, zielone noce? Listy i telefony do rodziców z prośbami o pieniądze, rozpacz, gdy przychodził czas powrotu do domu? O wielu tych wspomnieniach opowiemy naszym dzieciom, ale podejrzewam, że są rzeczy, o których nie powiesz swojemu dziecku…

Kolejne pokolenie spotyka się w podobnych okolicznościach

Wspominałam Wam, że jako małolata byłam w klasie sportowej i latem jeździłam na obozy lekkoatletyczne, pisałam o tym TUTAJ. W tym roku, w wyniku przedziwnych zbiegów okoliczności na obóz lekkoatletyczny pojechała moja córka. Jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłam, że jest w jednym pokoju z córką mojego kolegi B., z którym co roku razem jeździliśmy na obozy sportowe. Przypadek? Zbieg okoliczności? A może przedziwne zrządzenie losu i konsekwencja naszych decyzji? Trudno powiedzieć. Miałam okazję być przez kilka dni na tym obozie, Z. wiedziała, że znamy się z jej tatą i podczas którejś kolacji, z szelmowskim uśmiechem zapytała, czy jej tata był grzeczny na obozach. Zamarłam.

Skłamałam

Jestem za tym, by mówić dzieciom prawdę, brzydzę się kłamstwem, więc co teraz? 😀 Nie byliśmy zbyt grzeczni… Bystra jest, musiała zauważyć zakłopotanie na mojej twarzy i gonitwę myśli, gdy szukałam zgrabnej wymijającej odpowiedzi na jej pytanie. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej i odpowiedziała – spokojnie, wiem, że był rozrabiaką. Uff – pomyślałam.

To jednak nie był koniec. Za chwilę padło drugie pytanie – a pamięta pani co tata robił? – no niestety, pamiętałam 😀 i… skłamałam. Nie czułam się na siłach opowiedzieć o naszych przygodach dziewięciolatce – niech tata jej opowie ;). Powiedziałam wymijająco, że trudno nas było poskromić i ogarnąć, po czym popędziłam zrobić sobie herbatkę. Na uspokojenie.

Kolonie i obozy – hity wszech czasów

W takich momentach wraca mnóstwo wspomnień. Obozy, kolonie, szkolne wycieczki. Większość tych wspomnień jest fantastyczna. Wśród moich kolonijnych i obozowych hitów znalazły się:

  1. Miłości krótkotrwałe lub bardzo krótkotrwałe, wszak zawsze byłam dość uczuciowa. I w konsekwencji śluby kolonijne, kreacje z firanek i obrączki z folii aluminiowej.
  2. Listy od mamy z ciepłymi słowami i upragnionymi banknotami w środku.
  3. Kanapki z dżemem wysokosłodzonymi jedzone bez opamiętania i bez ograniczeń. Na śniadanie, obiad, kolację. A także wynoszone ze stołówki całe słoiki dżemu i bochenki chleba, które pożerałyśmy potem po kryjomu późną nocą.
  4. Chrzty kolonijne – oblewanie wodą, najlepiej całym wiadrem od głowy poczynając, posypywanie mąką, potem znów wodą, żeby się zrobił klej na włosach, następnie ujeżdżanie krzesła, smarowanie twarzy czarną pastą, do tego śpiewanie w niebo głosy i jedzenie ohydnych mikstur.
  5. Biegi nocne, podczas których trzeba było mijać zapomniane leśne cmentarze, na których oczywiście straszyło oraz wykonywać różne karkołomne zadania.
  6. Dyskoteki, najlepiej te ‘na mieście’.
  7. Przebieranie się w nie swoje ubrania i pożyczanie na potęgę ciuchów od koleżanek, nie wiem czemu, ale sprawiało nam to ogromną frajdę.
  8. Ogniska podczas których zajadaliśmy kiełbaski, które spadły w popiół, chleb na patyku, czarny z co najmniej z jednej strony i spieczone na węgiel lub lekko surowe ziemniaki. Do tego obowiązkowo śpiewane było „Przeżyj to sam” Lombardu.
  9. Gra w butelkę, oczywiście najlepiej jak trzeba było pocałować chłopaka, który nam się podobał, koniecznie ze starszej grupy.
  10. Przeświadczenie, że te kolonie/ ten obóz były naszymi najlepszymi w życiu i już NIGDY nic lepszego nas nie spotka a przyjaźnie wtedy zawarte przetrwają wielki.

ciemna strona kolonisty. czego nie powiesz swojemu dziecku?

A teraz kilka rzeczy, o których będąc wychowawcą kolonijnym lub rodzicem, na pewno nie chciałbyś wiedzieć… No i raczej niezbyt chętnie powiesz o tym swojemu dziecku…

  1. Alkohol. Owszem, zdarzało się. Pojęcia nie mam jak nam się udawało go zdobyć i przysięgam, że tego akurat nie pamiętam, ale niestety się udawało. Piwo, wino patykiem pisane, jakieś ciociosany straszne i inne wynalazki. Ile mieliśmy wtedy lat? Pewnie piętnaście, szesnaście.
  2. Papierosy. To akurat wyjątkowo mnie nie dotyczyło, ale byli tacy co palili. Kiedyś, będąc wychowawcą na kolonii, skonfiskowałam też starszym chłopcom zioło… Pierwszego dnia, a mieli zapas na całe trzy tygodnie…
  3. Ucieczki. Na przykład nocą. Przez ogrodzenia. Na plażę. To cud, że nikomu nic się nie stało.
  4. Znajomości z chłopakami spoza obozu. No też się zdarzały. Nie pytajcie jak, bez telefonów, smsów, fejsbuków itp., bo sama nie wiem, jak to robiłyśmy.

Sądzę, że nie ze wszystkich możliwych konsekwencji swoich poczynań zdawałam sobie wtedy sprawę.

Czy pozwalać im na błędy?

Z jednej strony trzeba pozwolić młodym ludziom popełniać błędy. Kolonie i obozy to niezły poligon. Trzeba też dać im odczuć konsekwencje z nich wynikające. Nie można natomiast być hipokrytą i udawać, że samemu było się nastolatkiem idealnym. Myślę, że warto naprawdę dużo i szczerze rozmawiać z dzieciakami. Nie ma sensu udowadniać im, że alkohol to samo zło, seks jest tylko dla dorosłych, a każdy narkotyk powoduje natychmiastowe uzależnienie, dno i śmierć. Warto oczywiście wspomnieć, że kolonie i obozy to nie najlepszy czas na tego typu ‘zabawy’.

Prawda jest dobra na wszystko

Koniecznie trzeba im mówić prawdę, że alkohol może chwilowo poprawić humor, ale jego spożywanie wiąże się z wieloma niebezpieczeństwami. Nie każdy narkotyk od razu zabija, ale zdarzają się takie przypadki, że pierwszy raz okazuje się być ostatnim. Mówienie młodym ludziom, że seks to dopiero po ślubie też może przynieść więcej złego niż dobrego. Kolonie i obozy to nie najlepszy moment na takie eksperymenty. Szczerość, rzetelne informacje w zrozumiałym dla nich języku (polecam np. książkę Anji Rubik #sexedpl) i dużo rozmów. O blaskach, cieniach, ryzyku, możliwych konsekwencjach. Uczmy ich myślenia! Niech wiedzą, że zawsze mogą do nas przyjść z pytaniami i problemami, a my wtedy nie będziemy zgrywać idealnych i nieomylnych, tylko spróbujemy pomóc. Bądźmy ich wsparciem. Inaczej będą jedynie powielać nasze błędy i nie dla wszystkich skończy się to dobrze…

Czy soki spadochronowe zmieniły twoje życie? Jak to się stało, że postanowiłaś skoczyć pierwszy raz i dlaczego dalej skaczesz? Czy się boisz, czy wcale, czy chodzi ci tylko o adrenalinę? A może o coś zupełnie innego? To są najczęstsze pytania, które wcześniej czy później usłyszy każdy miłośnik spadochroniarstwa. To jest film, który zrobił Artur Ceran “Bravos” z mojego tysięcznego skoku. Pierwsze zdjęcia z powietrza, jakie mam, również są jego autorstwa i także powstały w Chrcynnie.

skoki spadochronowe a jazda konna

Kiedy ktoś mnie pyta, do czego mogłabym porównać skoki spadochronowe, to przychodzą mi do głowy dwie odpowiedzi – do jazdy konnej i do wędkarstwa. Pierwszy przykład jest bardziej oczywisty, bo wiąże się z naturą, przestrzenią, ruchem i prędkością. Potrzeba trochę umiejętności, nieco sprzętu i porozumienia ze zwierzęciem, z którym tworzymy w pewnym sensie jedność. W galopie można się zakochać i zatracić. Jest też trochę obaw, strachu, zdarzają się nieprzewidziane sytuacje, wyzwania, jest też ekscytacja. Wszystko to znajduję w skokach, no może poza zwierzęciem ;). Jest natomiast samolot, który zabiera mnie do tego magicznego świata nieograniczonej niczym przestrzeni. Ma skrzydła i ogon, więc jest trochę jak ptak, prawda?

co ma do tego wędkarstwo?

Kiedy wspominam moim rozmówcom, że spadochroniarstwo jest jak wędkarstwo, to albo reagują śmiechem albo podejrzewają, że z nich drwię. Tymczasem nic z tych rzeczy. Skoki uczą pokory i cierpliwości. Całkowitego skupienia. Bezwzględnego. Kojarzą mi się z momentami, gdy jako dziecko pływałam z tatą i dziadkiem na ryby na Śniardwy. Cała moja uwaga była skupiona na unoszącym się na wodzie spławiku lub drgającej szczytówce wędki. Nic nie było w stanie mnie rozproszyć, gdy chciałam złowić rybę. To ciągłe skupienie i przebywanie przez cały dzień na wodzie, z jednej strony mnie męczyło, a z drugiej relaksowało. To były jedyne, znane mi wtedy momenty, kiedy naprawdę nie myślałam o NICZYM innym niż ten spławik czy szczytówka. Tak samo jest ze skokami. Cel jest tylko jeden – otworzyć spadochron i uratować sobie życie. Wszystko inne przestaje mieć znaczenie, przestaje istnieć.

znikający świat

Skoczkowie lubią mawiać, że wysokość 4000 metrów, z której zwykle skaczą, to odpowiedni dystans do świata. W domyśle – do jego problemów, brudu i zła. Kiedy stoimy w otwartych drzwiach samolotu jesteśmy tylko my, nasze emocje i przestrzeń. Parafrazując poetę chciałoby się powiedzieć “przestrzeń nade mną, przestrzeń pode mną, przestrzeń we mnie”. Zawsze zadziwia mnie też fakt, że nasze ciało nie odczuwa tam zimna ani bólu. Wszystko znika. Kiedy jako kamerzystka skaczę i fotografuję pasażerów tandemowych, pytam ich czasem, czy było im zimno, bo skakali np. w krótkich spodenkach, na bosaka, a na 4000 m było 0 stopni i prędkość 200 km/h. Zwykle są bardzo zdziwieni moim pytaniem i mówią, że kompletnie nie zarejestrowali tego, że było delikatnie mówiąc chłodno.
Kilka dni temu przelecieliśmy wspólnie z parą tandemową przez mokrą chmurę. Odczucia były takie, jakby tysiące drobnych igiełek wbijały nam się w twarze. Jak myślicie, co odpowiedział nasz pasażer na pytanie, czy po tym skoku boli go twarz? Oczywiście nic go nie bolało i nawet nie poczuł, że coś go ‘muskało’ po pyszczku.

co dają mi skoki?

Skoro więc świat znika, a skoki są podobne do wędkarstwa, to po co to robić? Ha! Dla przyjemności oczywiście. Choć ta przyjemność nie jest taka oczywista, zwłaszcza na początku. Czy zatem skoki spadochronowe mają sens? Co nam dają?

zarządzanie strachem

Skoki wiążą się ze strachem i nie wierzcie nikomu, kto mówi Wam, że jest inaczej. Zapewne kłamie lub coś tam mu nie działa tak, jak powinno. Każdy zdrowy psychicznie człowiek boi się wysokości, prędkości i tego, co go czeka po przekroczeniu progu samolotu. Boi się skoczyć w przepaść, która ma 4000 metrów, boi się czy skok okaże się bezpieczny. Na szczęście strach podczas skoków ma tę cudowną właściwość, że zwykle zostaje w samolocie.
Skoro skoki wiążą się ze strachem, to siłą rzeczy uczymy się nad nim panować, oswajamy go. Kiedy rośnie doświadczenie, pojawia się też myśl, że strach jest naszym przyjacielem, chroni nas przed głupotą, brawurą i rutyną. Poddaje w wątpliwość nasze, nie zawsze najmądrzejsze, pomysły.

siła

Nie wiem czy ma to bezpośrednie przełożenie, ale kiedy zaczęłam skakać ze spadochronem, w mojej głowie pojawiła się taka myśl: jeśli jestem w stanie wyskoczyć z lecącego samolotu, to ilość rzeczy, których nie jestem w stanie zrobić jest raczej niewielka.

radość

W najczystszej postaci. Każdy skok cieszy, po każdym uśmiech ciśnie się na usta. No chyba, że coś poszło nie tak, to wtedy patrz: punkt pierwszy. Skąd ta radość? Z pokonywania własnego instynktu samozachowawczego, który gdy zbliżasz się do otwartych drzwi w samolocie, krzyczy Ci w głowie – nie rób tego! Radość z latania, jak ptak, bez żadnych ograniczeń! Ze spotykania w powietrzu przyjaciół, bo to często z nimi właśnie skaczesz i razem latacie. Osobiście lubię też machać nogami kilometr nad ziemią. Uwielbiam zapach powietrza, które tam na górze pachnie zupełnie inaczej, jest czyste i intensywne. Czasem ciepłe i miękkie, a czasem zimne i ostre. Radość lądowania i myśl, że znów się udało.

wolność

Nie znam większej wolności niż ta, którą odczuwam podczas wolnego spadania. Wokół mnie jest tylko niczym nieograniczona przestrzeń. Niebo nade mną i niebo pode mną. Myślę, że tak czują się ptaki, gdy latają. Mamy zresztą takie powiedzenie:
“Tylko spadochroniarze wiedzą, dlaczego ptaki śpiewają…”

piękno

Każdy z nas ogląda chmury od dołu, część z nas widzi je czasem z góry, np. w górach albo podczas lotu samolotem. Ale mało kto ma okazję ich dotykać. Bardzo lubię latać obok chmur. Uwielbiam widok “dywanu z chmur” pod nogami. Na ziemi jest szaro, a ponad chmurami króluje bezkresny błękit. Słońce zdaje się wtedy świecić jeszcze mocniej, kolory są ostre i wyraziste i aż dech zapiera z wrażenia. Świat widziany z góry jest jakby większy, bo skacząc w Chrcynnie widzę nie tylko okoliczne pola, lasy i gospodarstwa, ale też Wisłę, Bug, Narew i Zalew Zegrzyński. Przy odpowiedniej przejrzystości powietrza dostrzec można nawet Warszawę i jej wieżowce, z Pałacem Kultury na czele. Wiosną uwielbiam oglądać wściekle żółte pola rzepaku, jesienią lasy, które wybuchają nagle kolorami. Piękne bywają także skoki tuż przed zachodem słońca. Podczas koku widzimy nie tylko to, co znajduje się pod chmurami, ale i to, co jest ponad nimi. Feeria kolorów, gra świateł i cieni. Spektakl wystawiany przez naturę dla jednego widza.

ADRENALINA – TAK CZY NIE?

Czy skoki spadochronowe wiążą się z adrenaliną? No pewnie, że tak! Czy więc z jej powodu i dla niej skaczemy? Ja na pewno nie. Gdybym mogła ze skoków wyeliminować wszelkie ryzyko, zrobiłabym to natychmiast i bez wahania. To nie adrenalina pcha mnie w otwarte drzwi lecącego samolotu. To pewność, że tam jest wolność, piękno, latanie i moje małe szczęście.
O tym, czy każdy może skoczyć, np. w tandemie i dlaczego warto to zrobić, pisałam TUTAJ.

skok z balonu na ogrzane powietrze
Skok z balonu na ogrzane powietrze z dmuchanym krokodylem 🙂 fot. Patrik Mółka

czy warto tłumaczyć?

Nasz przyjaciel Alek Lwow powiedział nam kiedyś, że kiedy go ludzie pytali, dlaczego się wspina w Himalajach, odpowiadał im słowami Piotra Pustelnika, które pasują chyba do każdej pasji:

Ludzi można podzielić na dwa rodzaje: na tych którym nie trzeba tej pasji tłumaczyć i na tych, którym się jej nie wytłumaczy…

Burza. Dlaczego trzeba przed nią uciekać małymi kroczkami? Co oznaczają ‘stające dęba’ włosy? Czy każde trafienie pioruna jest śmiertelne? Jak unikać burz, zwłaszcza w górach i jak się zachować, kiedy nie mamy szans na bezpieczne schronienie?

Czterotysięcznik Gran Paradiso we włoskich Alpach. Przyjaciele i wspinanie. Miało być tak pięknie. Klimatyczne schronisko z marnym jedzeniem, ale za to pyszną kawą. Z łóżkami trzypiętrowymi jak kuszetki, między nimi przejście szerokości jednej osoby, ale na korytarzu łazienka z prysznicem i ciepłą wodą. Droga do schroniska prowadzi pięknym szlakiem wśród alpejskich łąk.

BYŁO TAK PIĘKNIE

Rok temu, dokładnie o tej porze, gwizdały świstaki, kwitły przeróżne alpejskie kwiaty, świeciło słonko. Było tak malowniczo, że aż mdliło. Potem wyjście w kierunku szczytu, jeszcze przed świtem. Długie niezbyt strome podejście pięknym lodowcem aż do krótkiej, ale pięknej i eksponowanej grani szczytowej. Na wspinaczy czeka tam niewielka biała figurka Matki Boskiej oraz smak zwycięstwa. Po wielu godzinach wysiłku nareszcie upragniony szczyt i widok, który zapiera dech w piersiach.

ZACZĘŁO SIĘ NIEWINNIE

Mieliśmy nadzieję, że w tym roku będzie podobnie. U podnóża góry, kiedy zaczynaliśmy swoją wędrówkę, przywitał nas deszcz. Nic to dla nas, szybciutko wrzuciliśmy na grzbiety goretexy i przeciwdeszczowe spodnie i spokojnie ruszyliśmy w górę. Było ciepło i parno, po drodze zdejmowaliśmy więc bluzy i większość z nas szła w koszulkach i lekkich przeciwdeszczowych kurtkach, bo wciąż trochę siąpiło. To był taki deszcz, który potrafi kapać godzinami, niebo było zasnute szarą powłoką. Szliśmy dalej, tempo było dobre, podejście naprawdę przyjemne.

PRZEJDZIE BOKIEM?

Zaczęło się od malutkich kuleczek gradu. Oho – pomyślałam. Wkuwałam niedawno meteorologię na potrzeby spadochronowego egzaminu instruktorskiego. Wiedza, jeszcze nie przykurzona, nie pozostawiała mi żadnych złudzeń. Mamy tu w pobliżu cumulonimbusa – chmurę burzową. Alpy są tak rozległe, że burza na pewno przejdzie bokiem – pomyślałam z nadzieją. No niestety. Nie przeszła. Zaczął nasilać się wiatr, na zmianę lało i sypało gradem, z początku drobnym, z czasem kulki lodu zaczynały już skutecznie przykrywać całą ścieżkę naszego podejścia.
No nie wierzę – pomyślałam. Przecież ja już ‘zaliczyłam’ spektakularną burzę w górach, pisałam o niej TUTAJ. Niemożliwe, żeby znów mi się to przytrafiło! A jednak…

CZEGO WSPINACZE BOJĄ SIĘ NAJBARDZIEJ?

Burza w górach jest tym, czego większość z nas, miłośników gór i wspinania, boi się najbardziej. Przychodzi znienacka i szczodrze obdarza nas całym swoim szatańskim asortymentem. A ma czym szastać – przeszywający chłód, ulewny deszcz, złowieszczy grad, porywisty wiatr i oczywiście błyskawice. Błysk, trzask i gniewne pomruki. Raz bliżej, raz dalej. Kiedy myślisz, że zimniej być już nie może, że grad nie może bić w Ciebie z większą siłą, a pioruny nie mogą walić bliżej, okazuje się, że niestety – myliłeś się. Może, może i jeszcze raz może. I nagle znajdujesz się jak w oku cyklonu. Co wtedy?

CZEGO NIE WOLNO CI ROBIĆ?

Wtedy przychodzi najgorsze. Musisz się zatrzymać i przeczekać:

  • nie pod drzewem (min. 10 m od korony drzewa)
  • pod skałą jonizuje się powietrze, więc nie jest tam bezpiecznie
  • nie w pobliżu wody (wiadomo)
  • co najmniej kilka metrów od siebie, nie w grupie
  • nie trzymając w rękach niczego metalowego (kijów, czekana, łańcucha)

JAK MOŻESZ SOBIE POMÓC?

Kiedy burza szaleje Ci nad głową, zatrzymaj się i czekaj:

  • na otwartej przestrzeni z daleka od grani
  • najlepiej ukucnij
  • nogi złącz koniecznie w kostkach i kolanach, aby uniknąć ryzyka powstania napięcia krokowego podczas wyładowania
  • jeśli masz suchy plecak lub linę, stań na nich w kucki, odizolujesz się w ten sposób od podłoża
  • jeśli włosy ‘stają ci dęba’ – jesteś w ogromnym niebezpieczeństwie.

Niczego więcej, niestety, nie możesz w tej sytuacji zrobić.

KIEDY JEST BEZPIECZNIE?

Bezpieczny jesteś dopiero wtedy, gdy:

  • od błysku do grzmotu upływa 30 sekund, oznacza to, że burza jest jakieś 30 km od Ciebie
  • od ostatniego błysku lub grzmotu minęło 30 minut.

CO NA TO TOPR?

TUTAJ znajdziecie tekst dotyczący porażenia piorunem, pióra Sylweriusza Kosińskiego, lekarza i ratownika TOPR. Przeczytajcie, przemyślcie i bądźcie bezpieczni, w górach i nie tylko. Podzielcie się tą wiedzą z innymi.

CO BYŁO DALEJ Z NAMI?

Burza zastała nas jakieś 20 minut od schroniska. Kiedy czas od błysku do grzmotu skrócił się znacząco, Tomek nakazał nam robić drobne kroczki i iść w kilkumetrowych odstępach od siebie. Kiedy już nie dało się nic odliczać i błyski szły w parze z grzmotami, chciał nie chciał, usiedliśmy skuleni w kucki na plecakach i czekaliśmy. To były długie minuty, naprawdę bardzo długie. Każdy kolejny trzask piorunów przeszywających powietrze wokół nas powodował mimowolne drżenie i kulenie się w sobie. Cisza wcale nie była lepsza, była oczekiwaniem i obawą, czy aby kolejny piorun nie trafi w kogoś z nas. Jeśli do siedzenia bez ruchu dodamy bardzo silny wiatr i grad, który nas tłukł niemiłosiernie, to mamy szybki przepis na wychłodzenie. I to w czerwcu, na podejściu do schroniska.

NAJGORSZE JEST CZEKANIE

Nie wiem, ile trwało to nasze siedzenie, często mawiam, że czas jest pojęciem względnym, w końcu to szaleństwo nad nami nieco się uspokoiło i ruszyliśmy dalej. Lodowata woda spływała nam po plecach aż do majtek. Nasiąknięte plecaki były jeszcze cięższe, w butach chlupotało, a dłoni nie czuliśmy z zimna. W końcu zobaczyliśmy schronisko. Widok ten ucieszył nas, jak fatamorgana na pustyni. Bo to była pustynia, równie bezkresna i niebezpieczna, tyle, że śnieżna.

BEZ MAJTEK

Przez chwilę nie mogłam uwierzyć, że tu jesteśmy. W cieple i pod dachem, bezpieczni. Pierwszy raz wylewałam wodę z wnętrza plecaka. Większość rzeczy zawsze pakuję w torebki foliowe, ale ostatnio moja niechęć do plastiku kazała mi spakować bieliznę do płóciennego woreczka, zostałam więc bez ani jednej suchej pary majtek :D.

W ALPACH ZACZĘŁY NAM grozić… ODLEŻYNY

Do schroniska dotarliśmy w poniedziałek pod wieczór, pogoda jaka była, już wiecie. We wtorek była bardzo zbliżona do poniedziałkowej, z dachu schodziły lawiny, na zmianę padał deszcz i śnieg. W związku z tym przez cały wtorek ‘lizaliśmy rany’. Po śniadaniu poszliśmy spać, w południe wstaliśmy na kawę, po kawie poszliśmy spać, wstaliśmy na obiadokolację, po której… poszliśmy spać. Zaczynałam się już obawiać odleżyn ;). Natomiast przegrzanie z całą pewnością nam nie groziło. Spałam w wełnianych skarpetach, bluzie i w czapce, pod wszystkimi trzema kocami, które były na wyposażeniu mojej pryczy.

STABILNA POGODA

Z każdym naszym przebudzeniem zdawało się, że ubywa ludzi. My jednak nie poddawaliśmy się. Pomiędzy spaniem i jedzeniem słuchaliśmy sobie „Filarów Ziemi” Kena Folleta. Na kolacji we wtorek było podejrzanie mało osób, no cóż, może zjedli wcześniej? W nocy z wtorku na środę budził nas wiatr, który próbował zerwać dach. Z dachu nadal schodziły lawiny i wtedy też się budziliśmy. W środę nad ranem nadal sypało śniegiem i smagało wiatrem. Środa miała być dniem nieco lepszej pogody i dniem naszego ataku szczytowego, ale ta lepsza pogoda pozostała tylko na prognozach. Pogoda była stabilna, nadal wiało i sypało. Czasem grzmiało i błyskało. Nawet gdyby znienacka walnęło nagle błękitem, nie bylibyśmy w stanie w jeden dzień przetorować tych ton śniegu, które napadały tu przez te kilka dni.

GŁOS ROZSĄDKU

W środę przed śniadaniem ktoś w końcu wydobył z siebie głos rozsądku. Zaproponował(a), żebyśmy najbliższą noc spędzili może w Mediolanie lub Bergamo, zamiast tutaj w oczekiwaniu na cud, który nie miał prawa się zdarzyć. Część z nas przyjęła tę propozycję entuzjastycznie, choć dla niektórych były to wieści hiobowe. W końcu ustaliliśmy, że znikąd nie ma dla nas nadziei, zjedliśmy śniadanie, składające się z czerstwego chleba, dżemiku i nutelli (o zgrozo!) i spakowaliśmy się do wyjścia. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że poza nami w schronisku została już tylko obsługa! A i ona wyglądała, jakby zbierała się wkrótce na dół… Gospodarz schroniska, przemiły starszy jegomość, był chyba pod wrażeniem naszej cierpliwości i determinacji, bo nawet wyszedł z nami przed schronisko, żeby nas pożegnać i zrobić nam pamiątkowe grupowe zdjęcie.

A MIAŁO BYĆ TAK PIĘKNIE

Aha, zapomniałam dodać, że akurat przez te 3 dni, które spędziliśmy w schronisku, trwał remont jedynej łazienki z prysznicami. A woda w umywalkach miała temperaturę zbliżoną do temperatury wody wypływającej prosto z lodowca, bo stamtąd też pochodziła… Za to kawę mieli pyszną, także tak…

wodospad w Alpach
1000 metrów niżej była piękna wiosna

Uważaj o czym marzysz, bo może się spełnić! Znacie to? Zdarza się? No pewnie. Kiedy kilka miesięcy temu postanowiłam zacząć dzielić się z Wami moimi przygodami, przemyśleniami i chęcią pomagania małym Nepalczykom, kompletnie nie miałam pojęcia w co wdepnę. Słowo blogosfera znaczyło dla mnie zupełnie NIC. Jeden weekend pokazał mi blaski i cienie świata influencerów. Kazał się zastanowić dokąd zmierzamy jako konsumenci i ludzie?

KTO TO DO LICHA JEST TEN INFLUENCER?

Wiecie kto to taki? Ja nie wiedziałam… Odkrywałam i wciąż odkrywam ten świat dość powoli, sama jestem zdziwiona jak to możliwe, że tak mało o nim wiedziałam. Mniej więcej wtedy, kiedy zaczęłam stopniowo odkrywać blogi, które mnie zainteresowały i kobiety, które zaczęły mnie fascynować, pojawiła się informacja o konferencji dla blogerów, o dumnej nazwie INFLUENCER LIVE POZNAŃ. Szybko się zorientowałam, że będzie Ola Radomska (Mam Wątpliwość), Ola Budzyńska (Pani Swojego Czasu), Ania Makowska (Doktor Ania) a także Nauczona i Rychtyg, które mimo, że znam tylko z sieci to sporo im zawdzięczam w realnym świecie…

BILETU PANI NIE KUPISZ

Zapragnęłam zobaczyć je wszystkie i posłuchać ich na żywo. Zanim pomyślałam, radośnie oświadczyłam ukochanemu, że chcę jechać do Poznania, żeby zobaczyć moje nowe idolki w akcji. Tomek na to oczywiście – super pomysł – jedź koniecznie! Mina mi zrzedła, gdy się okazało, że nie można kupić biletu. Wyobrażacie to sobie? NIE MA TAKIEJ MOŻLIWOŚCI. Nic a nic z tego. Nie, żeby wyprzedane, a gdzie tam! Po prostu nie można ich sobie kupić. To jest konferencja blogerów dla blogerów a nie dla gapiów i zachwyconych fanek. Zjeżyłam się, bo naprawdę się już napaliłam na to wydarzenie, a tu takie rozczarowanie! No ale czytam, czytam i ha! Jest haczyk! Można się dostać na ten cały INFLUENCER LIVE POZNAŃ jak się zgłosi swój blog i siebie jako twórcę. Szach mat.

TWÓRCA CZY „TFURCA”?

No bardzo śmieszne. Niestety nie jestem żadnym twórcą (ani żadną twórczynią – jak zapewne chciałyby tytułować nas kobiety, które uznały, że ‘męskie’ nazwy, typu psycholog, dramaturg nam uwłaczają). Jestem co najwyżej tfurcą ;).
No niestety, nieopatrznie poskarżyłam się Tomkowi, który zamiast przytulić i ukoić moje rozczarowanie, kazał mi się po prostu zgłosić. To był chyba marzec, mój blog ruszył w styczniu. Nie poprzedniego – tego samego roku, niestety. No dobry żart. „Twórca bloger” z dorobkiem 3-miesięcznym, szacun! Mój ukochany słynie z tego, że raczej się nie poddaje i nie odpuszcza, więc przypilnował, żebym wysłała zgłoszenie. Prawie udało mi się go wykiwać, ale tylko prawie, był czujny i chciał nie chciał zgłoszenie wysłałam. Na 10 minut przed końcem rejestracji.

STRACH PRZED PORAŻKĄ

Nie chciałam wysłać tego zgłoszenia, bo nie widziałam żadnych szans, żeby mnie zaprosili. Nie bardzo mieli powód. Nikt nie lubi rozczarowań, po co więc samej się na nie narażać? 
Teraz dygresja. Byłam kiedyś uczestniczką dużej imprezy spadochronowej, podczas której próbowano zbudować w powietrzu, rekordową wtedy, 100-osobowa formację. Osoba, której zadaniem było zbudowanie tej formacji – Kate Cooper – powiedziała wtedy, że jasne, że to się jeszcze nikomu w Polsce nie udało. Jasne, że pogoda nie najlepsza, jasne, że może nie wyjść. Ale powiedziała też:

WHAT IF …? Co, jeśli się uda? Jeśli zostanę nową rekordzistką i razem, wspólnymi siłami tego dokonamy? Czy nie warto zaryzykować?

Trochę tak było z moim udziałem w tej konferencji. Zaryzykowałam. Udało się. 

NO TO JADĘ I…. PIERWSZY ZONK

Sobotni bardzo wczesny poranek. Dla mnie właściwie środek nocy, bo 4.50 kojarzy mi się raczej z zasypianiem niż wstawaniem (wyjątkiem są góry). Wyruszam w drogę. Tuż obok domu widzę unoszący się nad zalewem balon na ogrzane powietrze. Uwielbiam balony! Biorę to za dobry omen i dziarsko przemierzam te swoje 350 km. Trzy godziny do Poznania, ale potem pierwsza skucha, gdy odkrywam, że na terenie międzynarodowych targów poznańskich nie ma parkingu. Brawo Witkowska. No to jeszcze z godzinka krążenia po mieście, bo przyjechał Biedroń i utrudnienia, bo jest jakiś mecz i utrudnienia, bo nie sprawdziłam wcześniej opcji parkowania i teraz mam… utrudnienia. Znalazłam parking, więc jeszcze tylko pół godzinki szybką piechotką na miejsce i oto jestem! 

JESTEM BLOGErką?

Z dumą odbieram identyfikator, na którym poza moim imieniem jest też nazwa mojego bloga i bardzo mi z tym dziwnie. Jakbym trochę nakłamała i teraz to kłamstwo nie dość, że się wydało, to jeszcze się zmaterializowało pod postacią identyfikatora.
Porównałabym to też do porodu. Był sobie wielki brzuch i nagle jest mały człowiek.
Dziwne bardzo.

identyfikator ILPoznań

NIE MOJA BAJKA

No więc dumnie wkraczam na salę. I natychmiast poczułam, że pomyliłam bajki. Miałam ochotę odwrócić się na pięcie i spierniczać do domu, a potem prosto do Chrcynna na skoki. Do swojego świata. Za chwilę jednak przyszła niechętna myśl, że właśnie przejechałam 350 km, zapłaciłam (niemało) za autostradę, po godzinie poszukiwań znalazłam nawet miejsce do parkowania. I co? Teraz się zawinę i tak po prostu wrócę? No i co ja Tomkowi powiem? Z oporami, ale postanowiłam jednak zostać i chociaż się rozejrzeć. Za chwilę miała być zresztą prelekcja, na którą bardzo czekałam – Szymon Hołownia i jego Dobra Fabryka, wspierająca m.in. dzieciaki i chorych w Afryce. Mówił rzeczy straszne i rzeczy piękne. Ale czy jego opowieść była dla słuchających ważniejsza niż historia o tym, jak w rok zarobić na blogu milion?
Mam wątpliwość, jak mawia Radomska.

W KUCKI SELFIE Z KWIATKIEM

Rozglądałam się, rozglądałam i przecierałam oczy ze zdumienia. Gdzieś w kąciku, za stoiskiem z biżuterią, zobaczyłam młode dziewczę, które kucało przy roślince i robiło sobie selfie. Musiałam spojrzeć jeszcze raz, bo sama sobie nie wierzyłam w to, co zobaczyłam. Podeszłam bliżej… a tam konkurs – przymierz naszą biżuterię, zrób zdjęcie, wrzuć na insta, oznacz nas i już wtedy weźmiesz udział w konkursie. Hurraaa. No jakoś się nie skusiłam. Biżuterii praktycznie nie noszę, a porządnego selfie też nie umiem zrobić.

KOLEJKA PO FUSY Z KAWY

Kawałek dalej dostrzegłam niemałe zamieszanie przy pięknym różowym stoisku. Sztuczna trawka, różowiutki kontuarek, piękna różowa obsługa i nawet różowa wata cukrowa. I duże miski na kontuarku. Myślę sobie – chyba cukierki. Ale nie. Zakradam się do stoliczka z ulotkami a tam: zeskanuj kod, podaj nam wszystkie swoje dane, oznacz, zaznacz, polub i dostaniesz od nas torebkę skarbów. To podobno taki fantastyczny peeling z kawy, świat oszalał na jego punkcie, oszalej i ty. Peeling z kawy? Fusy znaczy się, tak? Fusy z kawy w pięknych miskach na różowym kontuarku. No dobra, trochę mi odwala na temat nie zaśmiecania planety, nie bardzo lubię jak mi ktoś wmawia, że potrzebuję czegoś, czego nie potrzebuję, ale takie wielkie halo z powodu fusów z kawy? Naprawdę? 

Ile wart jest gładki tyłek?

W takim świecie żyjemy? W Afryce kobiety umierają podczas porodów, bo nie ma podstawowej opieki zdrowotnej, dzieci umierają, bo brakuje pieniędzy na prąd do respiratorów, cena jednostki krwi wzrasta do 30$ a my wydajemy pieniądze na FUSY Z KAWY, dzięki którym będziemy miały przez chwilę gładsze tyłki? Nie jestem gotowa na taki świat. 

JAK ZROBIĆ DOBRZE ZA 30 ZŁ?

Masz wolne 30 zł (podejrzewam, że na peeling z kawy Ci nie wystarczy), więc może kup dziecku z chorobą głodową w Kongo posiłek? To tylko 10 zł. Możesz to zrobić choćby teraz TUTAJ. Albo kurteczkę dziecku z maleńkiej wioski w Himalajach Nepalu, mali uczniowie w tamtejszych szkołach bardzo marzną. Osobiście kupowałam i zanosiłam tym maluchom kurtki – cena jednej to 30 zł, cena pary butów 26 zł. Możesz o tym przeczytać TUTAJ. Chcesz wesprzeć szkoły w chmurach? Zapraszam TUTAJ. Przecież 30 zł to dwie nasze kawy z ładnej kawiarni. Napijmy się kawy z przyjaciółką w domu. Czy można żyć bez kawy z sieciówki? A bez respiratora? Bez jedzenia? Bez kurtki i butów?

CZY WARTO BYŁO TAM JECHAĆ?

Przeliczając na kurtki i buty dla „moich” dzieci z Nepalu to nie bardzo, ALE… Poznałam tam kilkoro fantastycznych ludzi, zyskałam mnóstwo cennej wiedzy, zobaczyłam „na żywo” osoby, które mnie motywują i inspirują. Dowiedziałam się o google i Instagramie takich rzeczy, że szok :D. Dziewczyny (i nie tylko) dzieliły się ze mną swoją wiedzą i doświadczeniem – za co jestem im bardzo wdzięczna. Nie tylko za triki, które mi pokazały, ale właśnie za sam fakt, że to robiły, naprawdę czułam ich wsparcie i chęć pomocy – to było fantastyczne!

FLAMASTER – MOJE TROFEUM

Na sam koniec konferencji udało mi się poznać dwie fantastyczne kobiety, od których uczyłam się (w sieci) jak robić graficzne notatki. Artykuł, który mnie zainspirował znajduje się TUTAJ. Dzięki nim zdałam za pierwszym podejściem dość trudne egzaminy teoretyczne na instruktora spadochronowego. Chciałam im za to osobiście podziękować i wiecie, co? Były równie zachwycone moim małym sukcesem jak ja. Wzruszyło mnie to bardzo. Na koniec przemiłej rozmowy Nauczona mnie uściskała i podarowała swój flamaster, który pomaga przy tworzeniu przestrzennych grafik na notatkach. 

flamaster kwiat głogu

najważniejsi są ludzie

Do domu wróciłam z głową pełną emocji i pomysłów, z nowymi pięknymi znajomościami, bez peelingu z fusów, bez selfie z kwiatkiem i bez jakichkolwiek gadżetów. Życie nauczyło mnie, że takie przypadkowe gratisy, po dzisiejszej radości, stają się jutro niepotrzebnymi przedmiotami, które niebawem zaśmiecą naszą planetę. Wróciłam z flamastrem, który jest moim trofeum. Symbolizuje nie tylko chęć rozwoju, bezinteresowność, kreatywność, inspirację, motywację, naszą moc sprawczą, ale przede wszystkim najbardziej wartościową rzecz na świecie – wspaniałe i piękne relacje międzyludzkie.

Jak często zdarza się Wam rozpłakać na konferencji? Kilka dni temu byłam uczestniczką sympozjum spadochronowego. Pierwszy wykład tego dnia rozpoczął się filmem. Tytuł brzmiał „Skydive Pokhara*” i już wiedziałam, że nie będzie dobrze… 
Kilkanaście sekund potem miałam oczy pełne łez. Ze wzruszenia. Na międzynarodowym sympozjum spadochronowym! Wyobrażacie sobie? 

Macie wokół siebie ludzi, którzy czują podobnie jak Wy? To samo Was cieszy, wzrusza i zachwyca? Do czasu, kiedy nie zostałam skoczkiem spadochronowym, nie znałam takich osób. Miałam oczywiście przyjaciół i znajomych. Dobrze się razem bawiliśmy, ale zawsze czułam, że od nich odstaję. Że jestem jakaś inna, że nie wiadomo, o co mi właściwie chodzi i że nie potrafię się w pełni cieszyć tym, czym oni.   

POTRZEBA AKCEPTACJI

Świat się zmienił wraz z pierwszym skokiem. To było jak odkrycie innego wszechświata i powrót do domu w jednym. Nie mogłam uwierzyć, że wszyscy odczuwamy pewne rzeczy dokładnie tak samo, mamy te same przemyślenia, wnioski i reakcje. Gdybym nie odkryła tych wszystkich ludzi, którzy skaczą, byłabym prawdopodobnie okropnie samotna i zagubiona. Potrzeba akceptacji jest mocno zakorzeniona w każdym z nas. I niezależnie od tego, czy lubimy szydełkować, jeździć konno, czytać, malować, nurkować, czy skakać z samolotu, mamy potrzebę bycia zrozumianymi i akceptowanymi. 

RAZEM

Sam fakt robienia czegoś, co kochamy to jedno, ale możliwość dzielenia tego z kimś, kto rozumie, daje dopiero pełnię szczęścia. Myślę, że we wspólnych męskich wyprawach na ryby, wyjściach na mecz, czy w babskich weekendach w SPA, wcale nie chodzi o ryby, piłkę nożną i masaże. Chodzi o możliwość dzielenia się emocjami, o wspólne przeżywanie. 

WOREK WSPOMNIEŃ

Mamy z naszymi przyjaciółmi taki wielki wór wspaniałych wspólnych przeżyć i wspomnień. Takich, do których nikt poza nami nie ma dostępu. Czasem wystarczy jeden dźwięk, delikatny zapach, jedno słowo. A wtedy wymieniamy szybko tylko jedno spojrzenie i już wiemy. Odlatujemy na chwilę do miejsc i sytuacji, w których byliśmy razem. Wpadamy w sieć utkaną z kolorów, smaków i zapachów. Są w niej najwyższe góry świata o wschodzie słońca, bose uśmiechnięte dzieci, które łapią nas za ręce, są skrzypiące śniegi, tatrzańskie schroniska, alpejskie lodowce, himalajskie wodospady i ciepła herbata w termosie. Jesteśmy my, ludzie, których łączy ta sama pasja.

ZAPACH SŁOŃCA zamknięty w pokrowcu

W świecie spadochronów ekscytację potrafi wywołać zapach czaszy spadochronu uwolnionej po zimie z pokrowca. To jedyny w swoim rodzaju zapach słońca, rozgrzanego powietrza, trawy i wolności. Zapach szczęścia. I wierzcie mi, każdy z nas reaguje na niego tak samo. Przymykamy oczy i wdychamy głęboko do płuc każdą cząsteczkę tej niepowtarzalnej woni. 

Kiedy zaś przymierzamy uprząż z pokrowcem spadochronowym, ciarki przebiegają nam po plecach. Czuję się w tym lepiej niż w najlepszych, najpiękniejszych kieckach i najwyższych szpilkach.

Podobnie jest, gdy wkładam na plecy mój wysłużony górski plecak. Był ze mną w tylu miejscach, przeżył tyle przygód! Lubimy się. Potem biorę do ręki linę, czekan, karabinki. Gładkie i chłodne idealnie układają się w dłoni, palce same znajdują zamki i wtedy ten delikatny metaliczny ‘klik’ – uwielbiam! 

KOLACJA Z PŁACZEM

Kiedyś, niedługo po którejś z naszych podróży do Nepalu, Tomek ugotował na kolację jakieś azjatyckie danie, może to było curry? Nie pamiętam. Ale za to doskonale pamiętam, że włączył naszą nepalską muzykę, zapalił kadzidło i podał jedzenie. Poczułam zapach kuminu i… nie byłam w stanie przełknąć kęsa. Rozpłakałam się i wyszłam :). On zdębiał. Za dużo bodźców, musiałam ochłonąć, muzykę trzeba było wyłączyć, bo nie mogłam równocześnie jeść i tak się wzruszać :).

CO MAJĄ WSPÓLNEGO SKOKI SPADOCHRONOWE Z NEPALEM?

Wyobraźcie więc sobie, co się ze mną stało, gdy na wielkim ekranie zobaczyłam moje ukochane Himalaje, buddyjskich mnichów, ich modlitewne młynki i flagi oraz… śmigłowiec i skoczków! Takie połączenie to jak koktajl mołotowa dla moich nerwów. Za mną już półtora roku od ostatniego pobytu w Nepalu i pół roku od ostatniego skoku. Tęsknię więc bardzo. 

Cały czas, ciągle i bezustannie cieszy mnie myśl, że nie jestem z takimi odczuciami sama. Na tej sali była blisko setka osób, z którymi dzielę pasję spadochronową. To wspaniałe uczucie. Ale też było co najmniej kilkoro, które rozumieją moja fascynację Nepalem! Sprawiło mi to ogromną, niebywałą wręcz przyjemność. Tym większą, że prowadzący wykład o wyprawach spadochronowych, Amerykanin Tom Noonan, zachwycał się Nepalem i jego mieszkańcami podobnie jak ja. 

Skaczemy nad Namche Bazar Nepal
Skaczemy na lotnisku Syangboche Airport w pobliżu Namche Bazar w Nepalu, w drodze do bazy pod Everestem, na wysokości 3780 m n.p.m. fot. Paweł Staliński

WARTOŚĆ SPOTKANIA

Takie sympozjum to nie tylko doskonała okazja, żeby zaczerpnąć fachowej wiedzy prosto z eksperckiego źródła. To także możliwość spotkania ludzi, którym podobnie w duszy gra. I nie jestem pewna, co jest tu dla mnie ważniejsze. Bo przecież ta wiedza jest do zdobycia, w Internecie jest dziś prawie wszystko, ale jednak nic nie jest w stanie zastąpić nam prawdziwego spotkania z drugim człowiekiem. Takie spotkania zawsze są budujące i inspirujące. 

UWAŻNIE ROZEJRZYJ SIĘ WOKÓŁ SIEBIE

Inna prelegentka, także Amerykanka, Melanie Curtis podczas tego sympozjum mówiła nam, żebyśmy zawsze otaczali się ludźmi, którzy nas wspierają, inspirują i motywują. Nic odkrywczego – pomyślałam. Ale dodajmy do tego przytoczone przez Melanie słowa Nancy Drew:

Jesteśmy odzwierciedleniem pięciu osób, z którymi spędzamy najwięcej czasu.

 Warto się rozejrzeć wokół siebie, prawda? Czasem może nawet zrobić jakieś porządki… 

Jeśli naprawdę lubicie coś robić, szukajcie ludzi, którzy lubią to samo, którzy myślą podobnie. Spotykajcie się, szukajcie okazji by się poznać, z takich spotkań zawsze wynika coś dobrego. Może się okazać, że łączy Was znacznie więcej, niż na początku sądziliście. 

*Pokhara to wspaniałe miasto w północnej części Nepalu, malowniczo położone nad jeziorem u stóp Himalajów. 

W momencie, gdy w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej rozpoczynała się premiera sztuki, pt. „Wanda” pióra Wiesławy Sujkowskiej, my byliśmy tysiące kilometrów stąd, gdzieś na szlaku w Himalajach Nepalu. Premierę więc przegapiliśmy, ale byliśmy w świecie, który Wanda pokochała, który wybrała, i w którym została już na zawsze.   

Nigdy jeszcze nie byłam na spektaklu, do którego byłabym lepiej przygotowana. Wprawdzie zapomniałam zabrać z domu torebkę i poszłam do teatru z górskim plecakiem, ale za to doskonale znałam postać, tematykę, miejsca, konteksty i odniesienia. 

Himalaje i Karakorum na maleńkiej scenie

Zupełnie nie byłam w stanie wyobrazić sobie, jak na małej białej scenie jedna aktorka zdoła pokazać Himalaje… Bo przecież nie można mówić o Wandzie Rutkiewicz bez nich. Mówienie o górach już jest trudne, pisanie jeszcze trudniejsze, a pokazanie ich w teatrze? Wydało mi się pomysłem karkołomnym. Bardzo się pomyliłam, na szczęście. 

Wanda „ukradła” mężczyznom Mount Everest

Właściwie nie jestem pewna czy trudniejsze wydawało mi się pokazanie gór, czy Wandy. Wanda Rutkiewicz była osobą niezwykłą, budziła skrajne emocje, miała swoich wielbicieli i przeciwników. Mało kto pozostawał wobec niej obojętny. Nie pasowała do swoich czasów, zawsze się wyróżniała, była szalenie ambitna i konsekwentnie dążyła do celu. Była nie tylko najlepszą polską himalaistką. Była jednym z najlepszych polskich himalaistów… Pierwszym Polakiem na Mount Evereście! Tego właśnie część polskiego męskiego świata wspinaczkowego nie mogła jej darować. 

Wanda Teatr Polski plakat
Plakat do spektaklu “Wanda” w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej

Wandzia

Pytam czasem o nią naszego przyjaciela Alka Lwowa, który znał Wandę osobiście. Uśmiecha się wtedy szeroko i zawsze mówi o niej Wandzia. Przyznaje, że była trudna, ale dodaje, że ją lubił. A ja się wtedy zastanawiam, czy któryś z himalaistów nie był trudny? Czy tylko w przypadku kobiety to się tak bardzo rzucało w oczy?

Wspomina także, że była piękną zadbaną kobietą. Bardzo się wyróżniała, nie tylko wśród polskich himalaistek. Podobno nawet w bazie pod K2 miała ze sobą buteleczkę ulubionych perfum…

Alek ma mnóstwo dzienników, które zawsze pisał będąc w górach. Mówi, że to, co dziś pamięta, często konfrontuje z zapiskami robionymi na bieżąco. Wyniki tych porównań zaskakują nawet jego samego. Dlatego czasem się złości, gdy słyszy kolegów wypowiadających się na temat przeszłości i mijających się przy tym mocno z prawdą. Pamięć ludzka jest zawodna. I wybiórcza.

„Wanda” Anny Kamińskiej

Wspaniałą opowieścią o niebanalnym życiu Wandy jest książka Anny Kamińskiej (którą uwielbiam, a wierzcie mi, jestem naprawdę wybredna), pt.“Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz”. Są tam nie tylko wspomnienia, ale i dokumenty, listy, notatki. Doskonale napisana, wnikliwa i obiektywna. Pobudzająca wyobraźnię i pozbawiona jakichkolwiek zgrzytów językowych, które w książkach o tematyce górskiej zdarzają się ostatnio coraz częściej. 

Kobiety o kobiecie i górach

Tak samo doskonale jest napisany monodram „Wanda”. Bez jakichkolwiek wpadek językowych czy merytorycznych, niepotrzebnych zabiegów stylistycznych, bez patosu. Niezwykłą sztukę o niezwykłej kobiecie, stworzyły kobiety. Napisała Wiesława Sujkowska, w roli Wandy wystąpiła fantastyczna Anita Jancia-Prokopowicz, Maria Sadowska -reżyseria i muzyka,Ilona Binarsch – scenografia, kostiumy, wideo i światła oraz Joanna Grabowiecka – reżyseria i światła. 

Premiera spektaklu „Wanda” odbyła się półtora roku temu. Oszczędzę Wam więc spóźnionej recenzji, a napiszę tylko, że jestem zachwycona. Wanda, którą powołała do życia na scenie Anita Jancia – Prokopowicz, onieśmiela, wzrusza, wzbudza podziw i zazdrość. Jest piękną odważną kobietą, równocześnie silną i kruchą, bezwzględną i wrażliwą, kochaną i samotną. To Wanda. A góry? 

Wanda nocą spektakl Bielsko-Biała
fot. Joanna Gałuszka

Zapach gór można poczuć nawet w teatrze

Góry po prostu się czuje na tej scenie. Kiedy przymykałam na chwilę oczy, widziałam Lamę odprawiającego pudżę, buddyjską modlitwę, aby obłaskawić górę i pobłogosławić wspinaczy. Czułam zapach kadzideł i bezkresną świeżość himalajskiego powietrza. Słyszałam modlitwy śpiewane przez  buddyjskich mnichów o świcie, słyszałam dźwięki ich dzwonków. Nocne pomruki lodowców i skrzypienie śniegu pod stopami. Widziałam miliardy gwiazd nad głową i cienie flag z mantrami, które powiewały na wietrze zanosząc modlitwy tam, gdzie trzeba. Dotykałam chmur, które prześlizgiwały się przez przełęcze i przez moje palce…    

Spektakl i jego znakomita recenzja

Jeśli chcecie przeczytać bardzo dobrą, rzetelną recenzję sztuki, odsyłam Was TUTAJ, do artykułu autorstwa Beaty Słamy, której też jestem fanką.

A jeśli macie ochotę na garść wzruszeń i zachwytów, to chodźcie wprost TUTAJ, po bilety na ten wyjątkowy spektakl. 
Nie marudźcie, że daleko, bo na przykład z Warszawy to tylko 400 km i 4 godziny. Wanda do bazy pod K2 szła piechotą, o kulach! 400 kilometrów i zajęło jej to znacznie więcej niż 4 godziny…. 
Zatem, Wy też dacie radę!

O co chodzi z tym całym blogowaniem? Po co i komu są one w ogóle potrzebne? Zadawaliście sobie czasem to pytanie? Ja owszem. Ale do odpowiedzi dochodziłam dość długo i to pokrętną drogą. Do czytania blogów i zrozumienia ich wartości zaprowadziła mnie chęć pisania, a było to mniej więcej tak:

Przyczynek pierwszy

Przyszedł taki moment, że nie sposób już było mojej fascynacji Nepalem i jego małymi mieszkańcami, zawrzeć i opisać w choćby najdłuższej rozmowie. Gubiłam się w tym, co komu opowiadałam, za dużo jest wątków, anegdot i naszych działań, żeby starczyło wieczoru na opowiedzenie o cudach, których tam doświadczam.

Przyczynek drugi

Ponadto wiedza górska, którą nieustannie czerpię od mojego prywatnego ratownika górskiego 😉 zaczęła się już przelewać, a szkoda mi ją tak marnować, chciałabym, żeby inni też mogli z niej korzystać, dzięki czemu mogą być bezpieczniejsi.

Przyczynek trzeci

Do tego doszły jeszcze setki osób, których filmowałam i fotografowałam podczas skoków spadochronowych. Tej radości i szczęścia, które widziałam na ich twarzach, nie chciałam zostawić bez komentarza. Wiem, ile taki skok znaczył dla większość z nich, wiem co im dał, wiem, że wielu z nich odmienił życie. Widziałam, jak skok ze spadochronem pomaga w walce z chorobą, z uporaniem się z przeszłością, jak pozwala nabrać sił do walki o przyszłość.  

Przyczynek czwarty

W końcu przyszedł taki dzień, kiedy potrzeba pisania zaczęła mnie przytłaczać w równym stopniu, co codzienne obowiązki ‘około-rodzinno-domowe’. Pomyślałam, że blog może stać się dla mnie połączeniem przyjemnego z pożytecznym. Czy się uda? Zobaczymy! 

Szukając formy

Chciałabym Wam o tym wszystkim opowiedzieć tak na spokojnie, po swojemu. Bez stresu i bez konieczności wznoszenia się na niedostępne dla mnie wyżyny literackie. Bardzo, bardzo długo nie umiałam znaleźć dla siebie dobrej formy. Ani facebook, ani papier nie wydawały mi się odpowiednie.

I tak chyba podczas rozmyślań i poszukiwań trafiłam w świat blogów. Właściwie obcych mi wcześniej. Czytywałam naturalnie różne teksty pisane przez blogerów, znałam nazwy kilku blogów, ale zaglądałam tam tylko wtedy, gdy ktoś na fb polecił jakiś konkretny artykuł. Kiedy więc zaczęłam mocniej przyglądać się blogosferze, wpadłam po uszy. Może to niezbyt odkrywcze, ale znalazłam wreszcie źródło treści, które są naprawdę ciekawe, inspirujące, autentyczne, z pięknymi zdjęciami i, co dla mnie jest kluczowe, dobrze napisane! 

Między krytykiem a twórcą

Studiowałam polonistykę na tyle pilnie, by umieć odróżnić dobre teksty od złych. Ma to oczywiście swoje zalety, ale więcej chyba wad. Niestety, to trochę jak z krytykami filmowymi, którzy potrafią bardzo profesjonalnie ‘zjechać’ każde niemal dzieło, mimo że sami nie umieją stworzyć nic. Dokładnie tak się zawsze czułam i nadal tak się czuję.

Krytykiem literackim wprawdzie nie jestem, bywam za to krytykantką literacką. Uchodzę za niezbyt litościwą czytelniczkę, ale jak na porządnego krytyka/krytykanta przystało, tworzyć też nie potrafię 😉

Jak odkrywałam blogosferę?

No to wstęp i kurtuazję mamy już za sobą, uff. 

A teraz powiem Wam, na kogo trafiłam w tych moich blogowych poszukiwaniach, szperaniach i eksploracjach. Pragnę zaznaczyć, że był to dla mnie naprawę dziewiczy ląd, niezbadana otchłań Internetu, równie przyjazna i znajoma, jak darknet… 😉

Byłam tak podekscytowana, jakbym pierwszy raz w życiu wyszukiwała w Internecie treści dla dorosłych! Zaczęłam niezbyt oryginalnie i trochę na skróty, od haseł typu ‘najlepszy blog 2018’ albo ‘najpopularniejsze blogi’. Myślałam, że sprawa będzie prostsza, tymczasem ‘czesałam’, czytałam, wpisywałam, wyszukiwałam i szło mi tak sobie. W każdym zestawieniu, jakie czytałam były kompletnie inne tytuły! Za cholerę nie mogłam się w tym połapać. W końcu po długich i mozolnych poszukiwaniach trafiłam na pierwszą blogerkę, z którą zostałam na dłużej.

MOJE ULUBIONE BLOGI

techniczna

Kiedy już postanowiłam, że będę prowadzić swój blog, to właśnie u Oli znalazłam mnóstwo cennych i bardzo przydatnych informacji. Prowadziłam z Tomkiem długie rozmowy korzystając z argumentów, które wyczytałam na blogu Jestem Interaktywna. Któregoś dnia Tomek zapytał skąd ja mam te informacje, sam zaczął czytać, po czym… zamówił książkę, pt. „Bądź online” napisaną przez Olę.

Dodam jeszcze, że książka okazała się równie dobra, jak polecane w niej rozwiązania i pomogła mi uniknąć wielu pułapek, o których istnieniu nie miałam pojęcia, i w które niechybnie bym wpadła. 

Potem jakoś już poszło i odkrywałam kolejne wspaniałe miejsca w Internecie:

Liryczna

Przybyłam, zobaczyłam, przepadłam. I przepadam nadal, niezmiennie i nieustannie. Uwielbiam blog Miss Ferreira za:

– sposób, w jaki Sara opisuje świat

– jej wrażliwość

– niepowtarzalny klimat

– autentyczność i szczerość

– piękno, które przechadza się po tym blogu

– to, że pisze o dzieciach i rodzicielsktwie w taki sposób, że mnie nie mdli

– kobiecość i zmysłowość

– migawki, nostalgie, tęsknoty

– niebanalne poczucie humoru

– przepiękną polszczyznę.

zorganizowana

Pierwszy raz usłyszałam i zobaczyłam Olę Budzyńską u Oli Gościniak, na jakimś ‘live’ie’ – tak to się chyba nazywa. To była ‘Kawa z Budzyńską’. Zaintrygowała mnie, wyszukałam, kliknęłam, zaczęłam obserwować i na początku mnie nie zachwyciła. Krzykliwe kolory, duże produkty na zdjęciu profilowym, zbyt białe zęby 😉 

O jakże złudne było to moje pierwsze wrażenie! Jej mądre, zabawne wpisy na Instagramie sprawiły, że zaczęłam się uważniej przeglądać PSC. I w końcu zrozumiałam dziesiątki tysięcy kobiet, które są jej wyznawczyniami. Jest fantastyczna, energetyczna, charyzmatyczna, asertywna, zorganizowana, aktywna, roześmiana i szczera. Wspaniała.

A poza tym, albo przede wszystkim, inspiruje i motywuje kobiety do działania, pomaga właściwie ustawiać priorytety, uczy planowania, podrzuca przydatne przy tym narzędzia i dzieli się hojnie swoim doświadczeniem. Współpracuje z innymi kobietami. Jest naprawdę świetna, działa na mnie jak zastrzyk pozytywnej energii i trochę zastępuje skoki spadochronowe w nieskocznym zimowym sezonie.

Wątpiąca

To już trzecia Ola w tym zestawieniu! I to jest absolutna mistrzyni autoironii, bogini wątpliwości, mądra, niesłychanie dobra i wrażliwa kobieta, z cudownym poczuciem humoru i zdolnościami aktorskimi ;). Zwana po prostu Radomską lub Olinkiem. Cudowna przeciwwaga do Oli Budzyńskiej, królowa emocji, huśtawek nastrojów i chaosu. Szczerość i dystans do siebie level master. O ile się nie mylę to pod koniec lutego, kiedy Radomska rozpakowywała paczkę od Pani Swojego Czasu, a w niej planner, stała u niej w domu jeszcze choinka. Jeśli znacie, rozumiecie, jeśli nie znacie – poznajcie. Koniecznie. 

Zaczynająca

Pisze o sobie tak: 

Gdyby ktoś mnie dziś spytał, co od ćwierćwiecza robię najczęściej, odpowiedziałabym, że zaczynam od nowa. Różne rzeczy zaczynam, czasem życie, a czasem tylko książkę. Lubię początki. Dziś mogę napisać, że zawsze przynoszą coś dobrego, tylko nie wolno się ich bać. Świeży start to jedna z najbardziej stymulujących rzeczy na świecie! 


Nic nie działa bardziej inspirująco niż myśl, że można zaczynać od nowa, że może się czasem coś nie udać, wykrzaczyć, wysypać i świat się wtedy nie zawali. Przyjdzie nowe i będzie lepsze, choć na razie nie możemy tego jeszcze wiedzieć. 

Padłaś? To powstań, popraw koronę i zapi…..aj! 😀

Interaktywna jest pomocna i techniczna, Ferreira liryczna i nostalgiczna, Pani Swojego Czasu zorganizowana i energiczna, Radomska wątpiąca i autoironiczna, a Tekstualna wszystko zaczyna ciągle od nowa :). 

Świat kobiet, które wzajemnie się wspierają

Dla mnie te blogi to zestaw obowiązkowy. Kobiety, które je tworzą są tak cudownie różne. I wiecie, co? Poznawałam te i poznaję kolejne przez inne blogerki. Te babki naprawdę potrafią się wspierać i dowodów na to są setki.  

U Oli Gościniak poznałam Olę Budzyńską, czyli Panią Swojego Czasu, jej istnienie potwierdziła gdzieś u siebie Radomska, której filmik z kolei podesłała mi kiedyś bratowa. Od Pani Swojego Czasu dowiedziałam się o istnieniu Worqshop, a od Tekstualnej o Basi Szmydt, która u siebie z kolei pisała o Simplicite.

Ta wyliczanka nie ma końca, a ja ciągle z radością odkrywam kolejne wartościowe treści, będę Wam o tym jeszcze na pewno pisać. Bo to dzięki blogom znalazłam na przykład sposób na skuteczną i przyjemną! naukę oraz zdałam dzięki nim pierdyliard egzaminów na instruktora spadochronowowego.
Mama nadzieję, że i Wy pozwolicie się im zainspirować! 

O najprostszych sprawach pisze się najtrudniej. Od lat ludzie zastanawiają się, co takiego jest w górach, że wciąż chcemy je zdobywać i do nich wracać? Czy chcemy sobie coś udowodnić? Pochwalić się światu? Przeżyć przygodę? A może podjąć wyzwanie? Niektórzy pewnie tak. Ale część z nas robi to po prostu z miłości. Chciałam Wam opowiedzieć o tej miłości, ale pisanie o tym idzie mi jak przysłowiowa krew z nosa. Czuję się bezradna. Nie umiem pisać o miłości, a już na pewno nie o miłości do kupy kamieni…

Czy w ogóle można pokochać kupę kamieni? Będę się upierać, że można, choć nie o te kamienie przecież chodzi. Mój Tomek mówi, że tak naprawdę to nie góry są ważne. Istotne jest to, co my w te góry wnosimy. 

Tabliczka na murku mani, na nim wypisana mantra. W tle Ama Dablam.

Pierwsze ziarnko

Z mojej pierwszej górskiej wycieczki pamiętam niewiele. Miałam jakieś 10 lat, trzeba było iść długo pod górę, byłam okropnie zmęczona i chciało mi się pić. Pamiętam zapach wody w strumieniu, chłód, który poczułam, gdy zanurzyłam w nim stopy. Radość i satysfakcję, gdy doszliśmy na szczyt. Łysica w Górach Świętokrzyskich, moje pierwsze 614 m n.p.m. zostało zdobyte! 🙂
Ziarnko zostało zasiane.

Można żyć bez powietrza

W górach bywałam przy okazji szkolnych wycieczek i obozów sportowych. A potem opuściłam je na wiele lat. Nie wiem, jak mogłam. Widocznie można żyć bez powietrza. 
Dorastałam, zakochiwałam się, pracowałam, studiowałam. Jednak uczucie niedosytu i niespełnienia towarzyszyło mi cały czas. Czaiło się i czekało. Pozornie byłam szczęśliwa, zdawało mi się, że mam wszystko, czego mi trzeba. A jednak tkwiło gdzieś w środku, jak mała uciążliwa zadra. Poczucie, że czegoś mi brak, że coś jest mocno nie tak. Pisałam Wam o tym TUTAJ.

Apetyt na góry 

Wróciłam w góry, gdy byłam już dorosła. I naprawdę pokochałam te kupy kamieni czystą bezwarunkową miłością. Podobną do tej, którą kocha się dziecko. Nie tylko wtedy, gdy jest radosne i uśmiechnięte, ale i wtedy, gdy grymasi i się chmurzy.

Miałam poczucie, że zmarnowałam wiele lat, kiedy zamiast po górach, błąkałam się po nadmorskich kurortach, szukając siebie i celu. Dlatego mój apetyt na góry był spory. 

W tamtym czasie byłam już po kursie spadochronowym, więc wiedziałam jedno: niemożliwe nie istnieje. Jeśli mogę wyskoczyć z lecącego samolotu 4000 metrów nad ziemią, to nie ma dla mnie gór niemożliwych, choćby tylko do zobaczenia.

Góry i chmury w Nepalu.

Zobaczyć Himalaje

Odkąd pamiętam marzyłam o tym, żeby zobaczyć Himalaje. Przez myśl mi chyba nigdy nie przeszło, że mogłabym po nich chodzić, ale zawsze bardzo chciałam je chociażby zobaczyć. Było to marzenie z kategorii niemożliwych, takie jak lot na księżyc, albo podróż w czasie. Marzenie, o którym z góry wiesz, że jest tzw. marzeniem ściętej głowy. 
I wiecie co? Tak naprawdę niewiele jest takich marzeń. Wprawdzie nie wiem jeszcze, czy uda mi się cofnąć w czasie o 200 lat, ale Himalaje zobaczyłam!

Ograniczenia są głównie w naszych głowach. Prawie wszystko jest możliwe, zwykle to tylko kwestia czasu i determinacji. Mój ulubiony ex mawia, że jest XXI wiek, ludzie latają w kosmos i nie ma rzeczy niemożliwych! I ja się zasadniczo z nim zgadzam.

Szczyt z pióropuszem chmur to Czomolungma, zwana też Mount Everest, najwyższa góra świata.

Góry wołają

Czasem mówię moim przyjaciołom, że czuję jak góry mnie wołają. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, ci, którzy chodzą po górach doskonale wiedzą, o czym mówię. Bo góry naprawdę potrafią nas wołać. Gdy tu ilość przyziemnych spraw wciąż przyrasta, tam jest świat prostych prawd, prostych czynności i prostych myśli. Przede mną jest tylko cel i droga, która mnie ku niemu prowadzi. I ta droga jest właśnie tym, co w górach kocham najbardziej. Czasem nawet to ona jest dla mnie najważniejszym celem.

Górski potok na trasie do Everest Base Camp.

Życie staje się prostsze

Kiedy wędrujemy po Himalajach, dni w górach i kroków pod górę jest naprawdę dużo. Myśli też jest niemało. Tyle że tam są one jakby czystsze, idą z nami spokojnie, miarowo, nie pędzą, nie gonią, nie urywają się nagle, nie plączą. Jakby płynęły leniwie wraz z górskim potokiem. Mamy ze sobą tylko trochę najpotrzebniejszych rzeczy. Plecak, ciepłe ubrania, śpiwór, jedną parę butów. To wystarcza na miesiąc i cztery pory roku. Świadomość, że do życia potrzeba nam tak niewielu przedmiotów jest taka wyzwalająca. Kupowanie przestaje mieć sens. Konsumpcjonizm staje się śmieszny. 

Tragarz w drodze do Everest Base Camp.

Tu i teraz

W himalajskich wioskach spotykamy uśmiechniętych ludzi, witają nas składając dłonie w taki sposób, w jaki my składaliśmy rączki, gdy jako dzieci odmawialiśmy przed snem ‘paciorek’. Mówią ‘namaste’ i pochylają lekko głowy. Czasem są boso, ale częściej w klapkach, na plecach noszą wielkie ładunki. Bardzo ciężko pracują, są ubodzy, ale wyglądają na szczęśliwych. Ich dzieci są roześmiane i ufne. Przybiegają do nas. 

Mała Nepalka u mnie na rękach. W tle jej mama ogląda ciuszki, które im dałam.


Czuję tam wszechogarniającą błogość. Dobrą, czystą energię. Najgłębszy możliwy spokój. Ciszę. Jakbym dotykała koniuszkiem palca absolutu. Czasem dotykam też chmur. Wszystko dzieje się tu i teraz. Wczoraj już minęło, jutro dopiero nadejdzie. Słońce chowa się za górami. Kończy się kolejny dobry dzień.

Wioska Marpha w dolinie Kali Gandaki, najgłębszej dolinie świata.


A teraz jest talerz ryżu z soczewicą i herbata z miodem i imbirem. I drewniana prycza. Przy odrobinie szczęścia może nawet prysznic. Ciepła woda oznacza, że trafiliśmy do raju.    

Postanowiłam pomagać małym Nepalczykom w himalajskich wioskach. Kluczem do pomagania stały się dla mnie szkoły. O tym, jak do tego w ogóle doszło możecie przeczytać TUTAJ. Teraz czas na część II opowieści o szkołach  w chmurach.

Zatem miałam już kontakt do nauczyciela o imieniu Mukhiya, który pomógł mi skontaktować się ze szkołą, której chcieliśmy pomóc, w wiosce Bragha na wysokości 3500 m n.p.m., w dystrykcie Manang, w Himalajach Nepalu. Kontakt ten wyglądał tak, że Mukhiya był naszym łącznikiem i to za jego pośrednictwem porozumiewałam się z pracownikiem szkoły. Moje pierwsze i najważniejsze pytanie brzmiało – Jakie są potrzeby szkoły?

Brama szkoły Nepal Himalaje
Brama szkoły w buddyjskiej wiosce w Himalajach Nepalu

Podejrzewałam, że może im brakować pomocy naukowych, może map, globusa, książek, zeszytów. Transport w tym rejonie odbywa się głównie pieszo i żeby przynieść do Braghi ładunek, trzeba z nim iść co najmniej 5 dni od miejsca, w którym kończy się w miarę normalna droga jezdna. Wprawdzie jeżdżą tamtędy czasem samochody terenowe, ale nikogo, poza turystami, praktycznie nie stać na taki transport.

Grzejniki

Już wcześniej obmyśliliśmy sobie z Tomkiem, że aby wspierać edukację najbiedniejszych dzieci, kupimy do szkoły laptopa i rzutnik, do tego nagramy na dysku zewnętrznym materiały edukacyjne oraz bajki, które pomogą dzieciom w nauce angielskiego. Język jest tam bardzo ważny, głównie ze względu na turystów, z których obecności utrzymuje się niemal cała dolina.

Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy przyszła odpowiedź… Przecierałam oczy ze zdumienia. Okazało się bowiem, że najpilniejsza potrzeba to grzejniki elektryczne albo ciepłe ubrania dla dzieci… W oczach stanęły mi łzy.

Zrobiło mi się trochę głupio, nieco wstyd i bardzo smutno. Głupio i wstyd, bo nawet przez myśl mi nie przeszło, że dzieci tam potrzebują tak podstawowych rzeczy, a smutno, bo szybko dotarło do mnie, że nawet najlepszy komputer i piękne materiały edukacyjne nie ogrzeją tych małych zmarzniętych istot … Nie sposób się przecież uczyć, gdy ciągle doskwiera zimno!

Zasięg komórkowy trzy dni drogi stąd

Druga myśl była taka: Jak ja mam zbierać pieniądze na grzejniki?! Niezbyt to medialne, prawda?

Kontakt pomiędzy mną a szkołą był bardzo trudny i powolny. Mukhiya mieszka i uczy w wiosce Nar Phoo na wysokości blisko 4500 m n.p.m., w miejscu gdzie nie ma zasięgu telefonów komórkowych, a do głównego szlaku idzie się 3 dni… Ponadto jego angielski,  mocno różni się od mojego, co nie ułatwia porozumiewania się. Zanim więc dowiedziałam się o grzejnikach i ubraniach, rozpoczęłam zbieranie pieniędzy na komputer i rzutnik, bo termin organizowanego przez nas trekkingu był coraz bliżej.

szkoły na końcu świata

Tak więc naszą pierwszą zbiórkę przeprowadziliśmy z pomocą fundacji Szkoły na końcu świata, za co jestem im bardzo wdzięczna, bo przecież zupełnie mnie nie znali, a zdecydowali się zaufać i pomóc!

Nasza przyjaciółka Tamara wynalazła w Internecie fundację Szkoły na końcu świata, która funduje stypendia uczniom szkoły w nepalskiej wiosce Jharkot. Pomyślałyśmy, że może oni nam pomogą zorganizować zbiórkę. Miałam straszną tremę i zupełnie nie wiedziałam jak mam powiedzieć obcej mi osobie, współzałożycielce i prezes fundacji Magdalenie Gołębiowskiej, że chcemy pomóc szkole, w której nigdy nie byliśmy i mamy zamiar zbierać pieniądze na ten cel za pośrednictwem jej fundacji! Do dziś nie wiem, jak ją przekonałam do tego pomysłu. Pamiętam jak powiedziała mi, że to co mówię brzmi rozsądnie, żebyśmy działali i życzyła nam powodzenia. Nasz apel o pomoc zamieściła nawet na facebookowej stronie fundacji!

baner zbiórka na szkołę w Nepalu
Nasza pierwsza akcja pomocowa dla dzieci w Nepalu

pomoc z bydgoszczy

W międzyczasie na pomoc wyruszyli nam przyjaciele z Bydgoszczy. Wśród swoich przyjaciół, znajomych i współpracowników zorganizowali zbiórkę i niebawem zaprosili nas po odbiór komputera i rzutnika! Nie mogłam uwierzyć własnym oczom! Znaliśmy osobiście tylko dwie ze wszystkich osób, które przyłączyły się do naszej akcji w Bydgoszczy. To się naprawdę działo! Moim zdaniem to są małe cuda. A może wcale nie takie małe?

Bydgoszcz pomaga dzieciom w Nepalu
Ekipa z Bydgoszczy. Pierwszy z prawej himalaista Jan Kwiatoń.

Uruchomiona przez nas lawina dobroci rozpędzała się i niebawem mieliśmy już środki finansowe na zakup grzejników i ciepłych ubrań dla wszystkich 23 uczniów szkoły w Bradze!

dodatkowy komputer

Kiedy zaczynasz robić dobre rzeczy, to dobro zaczyna się mnożyć. Nasz przyjaciel Paweł w taki cudowny sposób pomnożył komputery i zyskaliśmy dzięki niemu dodatkowego laptopa. Na tym etapie nie wiedzieliśmy jeszcze, gdzie go przekażemy, ale byliśmy przekonani, że podarowany Pawłowi, przez innego Pawła, na pewno zrobi wspaniałą robotę w którejś ze szkół w Himalajach Nepalu. Właśnie od tego komputera rozpoczęła się kilkanaście dni później nasza największa akcja pomocowa!

festiwal podróżniczy kolosy

Tymczasem jest marzec 2016 roku, równo tydzień przez naszym wylotem do Kathmandu wybieramy się we dwoje do Gdyni na KOLOSY. Tomek rok wcześniej prowadził tam prezentację i odebrał wyróżnienie za Wyczyn Roku, ale niestety nie mogłam wtedy być z nim, bo rozchorowało nam się dziecko. Pojechaliśmy więc rok później, żeby zaczerpnąć trochę inspiracji i niesamowitej energii, których nigdy tam nie brakuje. Miałam nadzieję na radość i beztroskę.

Kiedy wybieraliśmy prezentacje, które chcieliśmy zobaczyć, trafiliśmy na tytuł „Ej! Odbudujmy Nepal”. Poszliśmy. Wolne miejsca były już tylko z przodu na podłodze. Wiedziałam, że będzie o trzęsieniu ziemi. Widziałam wcześniej w mediach już sporo materiałów o tej tragedii, ale kiedy Tija opowiadała o pracy przy odgruzowywaniu i o wspaniałych relacjach z mieszkańcami Kathmandu, łzy zaczęły powoli spływać mi po policzkach. Muzyka zagłuszała na szczęście mój szloch, spłakałam się tam okropnie. Po zakończeniu prezentacji ludzie przyglądali mi się z uwagą, chyba nie do końca rozumiejąc moje emocje, a Tija po prostu mnie przytuliła.
Ona rozumiała.

Świątynia Małp po trzęsieniu ziemi Kathmandu Nepal
Kathmandu po trzęsieniu ziemi

nie wierzę w przypadki

Do pociągu powrotnego wpadliśmy oczywiście w ostatniej chwili, roześmiani i zziajani. Cudem zdążyliśmy. Okazało się, ze nasze miejsca zajęły dwie sympatyczne panie, usiedliśmy więc na wolnych miejscach naprzeciw nich i wywiązała się luźna pogawędka. Gdzie byliśmy, co robiliśmy w Gdyni i tak dalej. Od słowa do słowa opowiedzieliśmy, że za tydzień ruszamy na charytatywny trekking. Matylda zapytała, czy czegoś nam jeszcze brakuje. Przyznałam, że przydałoby się więcej szczoteczek i past do zębów dla dzieci żyjących wysoko w chmurach.

A ona na to, że jest nauczycielką i bardzo chętnie, wspólnie ze swoimi uczniami, nam pomogą! Wyobrażacie sobie? Od lat powtarzam, że nie wierzę w przypadki! To była niedziela. W czwartek odebraliśmy ze szkoły od Matyldy trzy kartony pełne szczoteczek, past do zębów i innych drobiazgów, które polskie dzieci z chrześcijańskiej szkoły kupiły nepalskim dzieciom wielu wyznań. Wydało mi się to piękne i symboliczne.

Byliśmy gotowi do drogi, za chwilę mieliśmy wyruszyć w nasz pierwszy charytatywny trekking, który rozpoczął piękną, trwającą do dziś podróż.

szczoteczki i pasty dla dzieci  w Nepalu
Pasty do zębów i szczoteczki dla dzieci w Nepalu

skutek uboczny

Gdy myślę o tym teraz, to uśmiecham się do siebie tamtej. Minęło zaledwie 3 lata i aż 3 lata. Dziś już wiem, że w ludziach są ogromne pokłady dobra i wrażliwości. Potrafią rezygnować ze swoich potrzeb i przyjemności po to, by jakiemuś dziecku na końcu świata było wreszcie ciepło… I wiem, że mnóstwo tych ludzi jest wokół mnie. To jest najlepszy, najwspanialszy ‘skutek uboczny’ mojej działalności charytatywnej w Nepalu!

Ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam. Byłam okropnie zła na Tomka, że mnie ‘wrobił’ w tą zbiórkę i to na taką skalę. Przekonana, że nie uda mi się zebrać tych założonych przez nas 3000 zł na komputer i rzutnik do szkoły na końcu świata! Bałam się porażki i rozczarowania. One mnie paraliżowały, a Tomek, zupełnie ślepy i głuchy na te moje paranoje, dopingował i mobilizował mnie do dalszego działania. Od tego czasu mnóstwo się zmieniło, zarówno w szkołach, którym pomagamy, jak i… w mojej głowie.

kathmandu

20 marca 2016 roku wylądowaliśmy w Kathmandu. Mieliśmy półtora dnia na znalezienie odpowiednich grzejników, zakup płyt z materiałami edukacyjnymi i 30 dziecięcych kurtek. Okazało się to wcale nie takie łatwe, bo w dolinie Kathmandu trwało właśnie gorące lato… 

O tym jak doprowadziłam do płaczu Nepalkę, u której kupowaliśmy kurteczki, opowiem Wam następnym razem. (cdn.)

Chcesz wiedzieć jak pomagamy szkołom w Himalajach? Zajrzyj na naszą stronę SKY TATRA TEAM na fb

Zaczęłam się wspinać kiedy miałam 26 lat. Ten tekst powstał po moim kursie wspinaczkowym w Podlesicach w 2007 roku.

Poczułam, że brakuje mi tchu. Rozpaczliwie potrzebowałam odpoczynku, ciszy, chciałam pobyć sama ze sobą przez jakiś czas. Musiałam wyjechać z miasta. Skąd pomysł o wspinaczce? Nie wiem…

Wydaje mi się, że ważne w życiu decyzje przychodzą do nas same, wierzę w siłę intuicji. Zapytałam znajomych, kto zna dobrego instruktora wspinaczkowego i tak trafiłam ‘pod skrzydła’ Roberta Buraka “Koparki”.

Pierwszy dzień to był totalny kosmos. Ja zielona jak szczypiorek na wiosnę i trzy osoby, które nie dość, że się przyjaźnią, były już w skałach zeszłego lata, to jeszcze cały rok chodziły na sztuczną ściankę. ‘No pięknie, k…a, pięknie’  pomyślałam  ‘to teraz zacznie się sajgon i wykłady w języku chińskim. Jestem ugotowana!’. Przez pierwsze dni najbardziej zaskoczył mnie fakt, że stopy w za małych butach wspinaczkowych, które mi dobrał miły sprzedawca, mogą tak strasznie boleć, że robi się z bólu słabo. Trzeba usiąść na najbliższym skrawku skały, żeby nie polecieć w dół. Żal też było patrzeć, że szlag trafił tak starannie zrobiony przed wyjazdem manicure ;).

No i się zaczęło…

Pierwsze ‘schody’ przy wiązaniu ósemki. No nijak mój humanistyczny umysł nie mógł się połapać o co chodzi z tym węzłem i udało mi się wymyślić niezliczoną ilość jego nieistniejących wariantów… Jestem naprawdę kreatywna! Dalej nie było lepiej… HMSy, ekspresy, kubki, karabinki, weblinki, półweblinki, repiki, prusiki, kewlary. Byłam chyba jedyną osobą w całych Podlesicach, która  te cuda widziała pierwszy raz w życiu, nie mówiąc już o szybkim załapaniu, co do czego i w jakim celu jest używane. W myślach obdarzyłam Koparkę bardzo szczodrze wszelkimi wyszukanymi epitetami, bardziej lub mniej obraźliwymi. Przecież mówiłam mu wyraźnie przez telefon, że nie wiem o wspinaniu absolutnie NIC, a on….. zaprosił mnie na kurs! No to teraz ma na tym kursie bystrą ogarniętą trójkę i jednego matoła – MNIE!

pierwszy szok

Nie wiem, co ja sobie dokładnie wyobrażałam przyjeżdżając na ten kurs, ale pamiętam moje zdziwienie jak usłyszałam ‘Idź!’. W pierwszym momencie chciałam zapytać o to ‘jak mam kurna iść?!’ Spodziewałam się najpierw wykładu z techniki wspinania, może jakichś sprytnych chwytów i trików na temat sposobu stawiania stóp na skalnych stopniach. Usłyszałam tylko ‘po prostu idź do góry’. ‘No dobra’ pomyślałam ‘ja nie dam rad’?! Ja?! 😉 i… ruszyłam w górę. Słyszałam bicie własnego serca… Walenie, nie bicie!

Byle do góry… Podlesice 2007, fot. Robert Burak – Koparka

Czułam się beznadziejna

Bałam się zrobić jakikolwiek krok bez konsultacji z instruktorem. Ufałam mu bezgranicznie, z czego wyniknęła później bardzo zabawna sytuacja, ale po kolei.
Moi współtowarzysze zgłębiali tajniki montowania stanowisk pancernych, samonastawnych i skontrowanych, a ja tymczasem ćwiczyłam dzielnie ósemkę. Nie wiem ile razy powtórzyłam w myślach, że jestem głąb, że Koparka jest głąb, że ósemka też jest głąb i że nie ma takiej możliwości, żebym zrozumiała jak to wszystko działa. Czułam się jak blondynka. No ale trudno, powiedziało się A trzeba powiedzieć i B, poza tym nieładnie byłoby zniknąć tak po angielsku, albo nawet pożegnać się elegancko i zwiać, bo brakowałoby wtedy jednej osoby do asekuracji. Choć o jej wątpliwych efektach, w moim wykonaniu, Maciek przekonał się już pierwszego dnia.

Następnego dnia los dał mu szansę na słodką zemstę. Uczyliśmy się podstaw autoratownictwa, ja elegancko i bezpiecznie zwiozłam Maćka na ziemię, przyszła jego kolej i… utknęliśmy w połowie dwudziestometrowej drogi.  Misternie zawiązany przez Maćka bloker okazał się na tyle skuteczny, że uniemożliwił nam jakikolwiek ruch w dół. Z góry było słychać odgłosy rozmowy telefonicznej, a my wisząc daleko od ściany czekaliśmy na ratunek. Przypuszczam, że Koparka celowo zbytnio się do nas nie spieszył, ale jak Maciek zaczął na głos żałować, że nie ma przy sobie noża,  zrobiło mi się słabo…Później okazało się, że nóż jednak miał, całe szczęście, że o tym nie wiedział, bo jak by go wyjął to na bank zaczęłabym się drzeć w niebogłosy! W końcu Koparka przybył na ratunek, a ja postanowiłam nigdy nie korzystać już z ‘pomocy’ mojego drogiego kolegi Maćka.

Dni mijały a ja nie bardzo miałam ochotę się ‘usamodzielnić’

Jak tylko brakowało mi pomysłu, którędy iść dalej, wołałam po pomoc, która przychodziła coraz wolniej, bardziej opieszale i coraz rzadziej.

Pamiętam pewien trudny dla mnie moment w jakimś kominie (a szczerze nienawidzę kominów). Stałam / wisiałam w bardzo niewygodnej pozycji i naprawdę nie miałam pojęcia co dalej. Koparka zwlekał z przyjściem mi na ratunek, jak się w końcu pojawił to zasugerował, żebym zarzuciła nogę na półkę, którą miałam nad głową! Zdaje się, że wysyczałam przez zęby kilka nieładnych słów pod jego adresem. Po czym dorzuciłam jeszcze, że jak bym umiała tam zarzucić nogę to byłabym mistrzynią kamasutry.
No i stał się cud, jak tylko on mi powiedział, że tam się jednak da wejść – weszłam. Jego wiara we mnie sprawiła, że ja też uwierzyłam. I co? Da się? – Da się!

Wiara czyni cuda

Mocno zapadł mi w  pamięć pewien moment, kiedy znów znalazłam się w sytuacji, jak wydawało mi się, bez wyjścia i ‘pomoc’ już nie nadeszła… Mięśnie zaczynały się niebezpiecznie  trząść, siła w rękach słabła, a ja nie wiedziałam jak ruszyć w górę. Stałam w miejscu dobre kilka minut bijąc się z myślami, walcząc z ograniczającym mnie strachem, brakiem wiary i siły.  Poczułam się słaba i samotna. Trwało to długo, aż w końcu pomyślałam, że przecież Koparka nie wysłałby mnie na drogę, której nie dam rady przejść. Przedziwnym pełzająco – robaczkowym ruchem ruszyłam powoli w górę. Nie wiem na ile tak naprawdę ważna jest technika wspinania, a na ile wola walki. Ale wiem, że techniki nie znałam, a ograniczały mnie jedynie własne słabości. Jak stawiłam im czoła, nie mówię, że bez pomocy, to droga puściła…

samotność

Po tych moich wewnętrznych zmaganiach, dotarłam w końcu do miejsca, gdzie zmontowałam stanowisko. Pomyślałam, że wspinanie jest jednak znacznie bardziej samotniczym zajęciem niż mi się wydawało. Niby jesteś na ścianie z partnerem, ale tak naprawdę to jesteś sam ze swoim strachem, bólem, z własnymi ograniczeniami. Z ciałem, które nie chce współpracować. To wbrew pozorom daje MOC do zmagania się z życiem, a przynajmniej mi taką MOC dało.

Samotność. Podlesice 2007, fot. Robert Burak – Koparka

zaufanie

I jeszcze mała dygresja na temat bezgranicznego zaufania. Zakończenie kursu świętowaliśmy przy ognisku wątpliwej jakości winem. Uśmiechnięci, szczęśliwi, rozluźnieni, wspominaliśmy trudne i zabawne momenty minionego tygodnia. W pewnym momencie Koparka zapytał czy wiem, że raz przypięłam się do… niczego…

Nie miałam pojęcia, o czym on mówi, trybiki w głowie chodziły na najwyższych obrotach, ale efekt mizerny. I nagle – jest! Przypomniał mi się taki moment na Jarzębince. Bardzo wiało, szłyśmy już dość długo, ja prowadziłam, ostatni punkt asekuracyjny był jakieś 2 metry pode mną. Przede mną względnie gładka (moim zdaniem) ściana. Musiałam wyglądać niezbyt pewnie, bo Koparka, który pojawił się nagle znikąd, podał mi swoją linę i zapytał czy chcę się podpiąć. Ja oczywiście skwapliwie przytaknęłam, wpięłam ekspres i ruszyłam w górę już pewniejszym krokiem. Oczywiście nie sprawdziłam, czy manewr który zastosowałam miał jakikolwiek sens i czy skróciłby mój ewentualny lot…

Robert, mój Mistrz Instruktor, któremu ufałam bardziej niż komukolwiek, z szerokim uśmiechem na twarzy rozwiał moje wątpliwości mówiąc, że wpięłam się w luźny koniec liny…To tyle drogie panie na temat bezgranicznego ufania mężczyznom… 😉