Uważaj o czym marzysz, bo może się spełnić! Znacie to? Zdarza się? No pewnie. Kiedy kilka miesięcy temu postanowiłam zacząć dzielić się z Wami moimi przygodami, przemyśleniami i chęcią pomagania małym Nepalczykom, kompletnie nie miałam pojęcia w co wdepnę. Słowo blogosfera znaczyło dla mnie zupełnie NIC. Jeden weekend pokazał mi blaski i cienie świata influencerów. Kazał się zastanowić dokąd zmierzamy jako konsumenci i ludzie?

KTO TO DO LICHA JEST TEN INFLUENCER?

Wiecie kto to taki? Ja nie wiedziałam… Odkrywałam i wciąż odkrywam ten świat dość powoli, sama jestem zdziwiona jak to możliwe, że tak mało o nim wiedziałam. Mniej więcej wtedy, kiedy zaczęłam stopniowo odkrywać blogi, które mnie zainteresowały i kobiety, które zaczęły mnie fascynować, pojawiła się informacja o konferencji dla blogerów, o dumnej nazwie INFLUENCER LIVE POZNAŃ. Szybko się zorientowałam, że będzie Ola Radomska (Mam Wątpliwość), Ola Budzyńska (Pani Swojego Czasu), Ania Makowska (Doktor Ania) a także Nauczona i Rychtyg, które mimo, że znam tylko z sieci to sporo im zawdzięczam w realnym świecie…

BILETU PANI NIE KUPISZ

Zapragnęłam zobaczyć je wszystkie i posłuchać ich na żywo. Zanim pomyślałam, radośnie oświadczyłam ukochanemu, że chcę jechać do Poznania, żeby zobaczyć moje nowe idolki w akcji. Tomek na to oczywiście – super pomysł – jedź koniecznie! Mina mi zrzedła, gdy się okazało, że nie można kupić biletu. Wyobrażacie to sobie? NIE MA TAKIEJ MOŻLIWOŚCI. Nic a nic z tego. Nie, żeby wyprzedane, a gdzie tam! Po prostu nie można ich sobie kupić. To jest konferencja blogerów dla blogerów a nie dla gapiów i zachwyconych fanek. Zjeżyłam się, bo naprawdę się już napaliłam na to wydarzenie, a tu takie rozczarowanie! No ale czytam, czytam i ha! Jest haczyk! Można się dostać na ten cały INFLUENCER LIVE POZNAŃ jak się zgłosi swój blog i siebie jako twórcę. Szach mat.

TWÓRCA CZY „TFURCA”?

No bardzo śmieszne. Niestety nie jestem żadnym twórcą (ani żadną twórczynią – jak zapewne chciałyby tytułować nas kobiety, które uznały, że ‘męskie’ nazwy, typu psycholog, dramaturg nam uwłaczają). Jestem co najwyżej tfurcą ;).
No niestety, nieopatrznie poskarżyłam się Tomkowi, który zamiast przytulić i ukoić moje rozczarowanie, kazał mi się po prostu zgłosić. To był chyba marzec, mój blog ruszył w styczniu. Nie poprzedniego – tego samego roku, niestety. No dobry żart. „Twórca bloger” z dorobkiem 3-miesięcznym, szacun! Mój ukochany słynie z tego, że raczej się nie poddaje i nie odpuszcza, więc przypilnował, żebym wysłała zgłoszenie. Prawie udało mi się go wykiwać, ale tylko prawie, był czujny i chciał nie chciał zgłoszenie wysłałam. Na 10 minut przed końcem rejestracji.

STRACH PRZED PORAŻKĄ

Nie chciałam wysłać tego zgłoszenia, bo nie widziałam żadnych szans, żeby mnie zaprosili. Nie bardzo mieli powód. Nikt nie lubi rozczarowań, po co więc samej się na nie narażać? 
Teraz dygresja. Byłam kiedyś uczestniczką dużej imprezy spadochronowej, podczas której próbowano zbudować w powietrzu, rekordową wtedy, 100-osobowa formację. Osoba, której zadaniem było zbudowanie tej formacji – Kate Cooper – powiedziała wtedy, że jasne, że to się jeszcze nikomu w Polsce nie udało. Jasne, że pogoda nie najlepsza, jasne, że może nie wyjść. Ale powiedziała też:

WHAT IF …? Co, jeśli się uda? Jeśli zostanę nową rekordzistką i razem, wspólnymi siłami tego dokonamy? Czy nie warto zaryzykować?

Trochę tak było z moim udziałem w tej konferencji. Zaryzykowałam. Udało się. 

NO TO JADĘ I…. PIERWSZY ZONK

Sobotni bardzo wczesny poranek. Dla mnie właściwie środek nocy, bo 4.50 kojarzy mi się raczej z zasypianiem niż wstawaniem (wyjątkiem są góry). Wyruszam w drogę. Tuż obok domu widzę unoszący się nad zalewem balon na ogrzane powietrze. Uwielbiam balony! Biorę to za dobry omen i dziarsko przemierzam te swoje 350 km. Trzy godziny do Poznania, ale potem pierwsza skucha, gdy odkrywam, że na terenie międzynarodowych targów poznańskich nie ma parkingu. Brawo Witkowska. No to jeszcze z godzinka krążenia po mieście, bo przyjechał Biedroń i utrudnienia, bo jest jakiś mecz i utrudnienia, bo nie sprawdziłam wcześniej opcji parkowania i teraz mam… utrudnienia. Znalazłam parking, więc jeszcze tylko pół godzinki szybką piechotką na miejsce i oto jestem! 

JESTEM BLOGErką?

Z dumą odbieram identyfikator, na którym poza moim imieniem jest też nazwa mojego bloga i bardzo mi z tym dziwnie. Jakbym trochę nakłamała i teraz to kłamstwo nie dość, że się wydało, to jeszcze się zmaterializowało pod postacią identyfikatora.
Porównałabym to też do porodu. Był sobie wielki brzuch i nagle jest mały człowiek.
Dziwne bardzo.

identyfikator ILPoznań

NIE MOJA BAJKA

No więc dumnie wkraczam na salę. I natychmiast poczułam, że pomyliłam bajki. Miałam ochotę odwrócić się na pięcie i spierniczać do domu, a potem prosto do Chrcynna na skoki. Do swojego świata. Za chwilę jednak przyszła niechętna myśl, że właśnie przejechałam 350 km, zapłaciłam (niemało) za autostradę, po godzinie poszukiwań znalazłam nawet miejsce do parkowania. I co? Teraz się zawinę i tak po prostu wrócę? No i co ja Tomkowi powiem? Z oporami, ale postanowiłam jednak zostać i chociaż się rozejrzeć. Za chwilę miała być zresztą prelekcja, na którą bardzo czekałam – Szymon Hołownia i jego Dobra Fabryka, wspierająca m.in. dzieciaki i chorych w Afryce. Mówił rzeczy straszne i rzeczy piękne. Ale czy jego opowieść była dla słuchających ważniejsza niż historia o tym, jak w rok zarobić na blogu milion?
Mam wątpliwość, jak mawia Radomska.

W KUCKI SELFIE Z KWIATKIEM

Rozglądałam się, rozglądałam i przecierałam oczy ze zdumienia. Gdzieś w kąciku, za stoiskiem z biżuterią, zobaczyłam młode dziewczę, które kucało przy roślince i robiło sobie selfie. Musiałam spojrzeć jeszcze raz, bo sama sobie nie wierzyłam w to, co zobaczyłam. Podeszłam bliżej… a tam konkurs – przymierz naszą biżuterię, zrób zdjęcie, wrzuć na insta, oznacz nas i już wtedy weźmiesz udział w konkursie. Hurraaa. No jakoś się nie skusiłam. Biżuterii praktycznie nie noszę, a porządnego selfie też nie umiem zrobić.

KOLEJKA PO FUSY Z KAWY

Kawałek dalej dostrzegłam niemałe zamieszanie przy pięknym różowym stoisku. Sztuczna trawka, różowiutki kontuarek, piękna różowa obsługa i nawet różowa wata cukrowa. I duże miski na kontuarku. Myślę sobie – chyba cukierki. Ale nie. Zakradam się do stoliczka z ulotkami a tam: zeskanuj kod, podaj nam wszystkie swoje dane, oznacz, zaznacz, polub i dostaniesz od nas torebkę skarbów. To podobno taki fantastyczny peeling z kawy, świat oszalał na jego punkcie, oszalej i ty. Peeling z kawy? Fusy znaczy się, tak? Fusy z kawy w pięknych miskach na różowym kontuarku. No dobra, trochę mi odwala na temat nie zaśmiecania planety, nie bardzo lubię jak mi ktoś wmawia, że potrzebuję czegoś, czego nie potrzebuję, ale takie wielkie halo z powodu fusów z kawy? Naprawdę? 

Ile wart jest gładki tyłek?

W takim świecie żyjemy? W Afryce kobiety umierają podczas porodów, bo nie ma podstawowej opieki zdrowotnej, dzieci umierają, bo brakuje pieniędzy na prąd do respiratorów, cena jednostki krwi wzrasta do 30$ a my wydajemy pieniądze na FUSY Z KAWY, dzięki którym będziemy miały przez chwilę gładsze tyłki? Nie jestem gotowa na taki świat. 

JAK ZROBIĆ DOBRZE ZA 30 ZŁ?

Masz wolne 30 zł (podejrzewam, że na peeling z kawy Ci nie wystarczy), więc może kup dziecku z chorobą głodową w Kongo posiłek? To tylko 10 zł. Możesz to zrobić choćby teraz TUTAJ. Albo kurteczkę dziecku z maleńkiej wioski w Himalajach Nepalu, mali uczniowie w tamtejszych szkołach bardzo marzną. Osobiście kupowałam i zanosiłam tym maluchom kurtki – cena jednej to 30 zł, cena pary butów 26 zł. Możesz o tym przeczytać TUTAJ. Chcesz wesprzeć szkoły w chmurach? Zapraszam TUTAJ. Przecież 30 zł to dwie nasze kawy z ładnej kawiarni. Napijmy się kawy z przyjaciółką w domu. Czy można żyć bez kawy z sieciówki? A bez respiratora? Bez jedzenia? Bez kurtki i butów?

CZY WARTO BYŁO TAM JECHAĆ?

Przeliczając na kurtki i buty dla „moich” dzieci z Nepalu to nie bardzo, ALE… Poznałam tam kilkoro fantastycznych ludzi, zyskałam mnóstwo cennej wiedzy, zobaczyłam „na żywo” osoby, które mnie motywują i inspirują. Dowiedziałam się o google i Instagramie takich rzeczy, że szok :D. Dziewczyny (i nie tylko) dzieliły się ze mną swoją wiedzą i doświadczeniem – za co jestem im bardzo wdzięczna. Nie tylko za triki, które mi pokazały, ale właśnie za sam fakt, że to robiły, naprawdę czułam ich wsparcie i chęć pomocy – to było fantastyczne!

FLAMASTER – MOJE TROFEUM

Na sam koniec konferencji udało mi się poznać dwie fantastyczne kobiety, od których uczyłam się (w sieci) jak robić graficzne notatki. Artykuł, który mnie zainspirował znajduje się TUTAJ. Dzięki nim zdałam za pierwszym podejściem dość trudne egzaminy teoretyczne na instruktora spadochronowego. Chciałam im za to osobiście podziękować i wiecie, co? Były równie zachwycone moim małym sukcesem jak ja. Wzruszyło mnie to bardzo. Na koniec przemiłej rozmowy Nauczona mnie uściskała i podarowała swój flamaster, który pomaga przy tworzeniu przestrzennych grafik na notatkach. 

flamaster kwiat głogu

najważniejsi są ludzie

Do domu wróciłam z głową pełną emocji i pomysłów, z nowymi pięknymi znajomościami, bez peelingu z fusów, bez selfie z kwiatkiem i bez jakichkolwiek gadżetów. Życie nauczyło mnie, że takie przypadkowe gratisy, po dzisiejszej radości, stają się jutro niepotrzebnymi przedmiotami, które niebawem zaśmiecą naszą planetę. Wróciłam z flamastrem, który jest moim trofeum. Symbolizuje nie tylko chęć rozwoju, bezinteresowność, kreatywność, inspirację, motywację, naszą moc sprawczą, ale przede wszystkim najbardziej wartościową rzecz na świecie – wspaniałe i piękne relacje międzyludzkie.

Zapisz komentarz