Burza. Dlaczego trzeba przed nią uciekać małymi kroczkami? Co oznaczają ‘stające dęba’ włosy? Czy każde trafienie pioruna jest śmiertelne? Jak unikać burz, zwłaszcza w górach i jak się zachować, kiedy nie mamy szans na bezpieczne schronienie?

Czterotysięcznik Gran Paradiso we włoskich Alpach. Przyjaciele i wspinanie. Miało być tak pięknie. Klimatyczne schronisko z marnym jedzeniem, ale za to pyszną kawą. Z łóżkami trzypiętrowymi jak kuszetki, między nimi przejście szerokości jednej osoby, ale na korytarzu łazienka z prysznicem i ciepłą wodą. Droga do schroniska prowadzi pięknym szlakiem wśród alpejskich łąk.

BYŁO TAK PIĘKNIE

Rok temu, dokładnie o tej porze, gwizdały świstaki, kwitły przeróżne alpejskie kwiaty, świeciło słonko. Było tak malowniczo, że aż mdliło. Potem wyjście w kierunku szczytu, jeszcze przed świtem. Długie niezbyt strome podejście pięknym lodowcem aż do krótkiej, ale pięknej i eksponowanej grani szczytowej. Na wspinaczy czeka tam niewielka biała figurka Matki Boskiej oraz smak zwycięstwa. Po wielu godzinach wysiłku nareszcie upragniony szczyt i widok, który zapiera dech w piersiach.

ZACZĘŁO SIĘ NIEWINNIE

Mieliśmy nadzieję, że w tym roku będzie podobnie. U podnóża góry, kiedy zaczynaliśmy swoją wędrówkę, przywitał nas deszcz. Nic to dla nas, szybciutko wrzuciliśmy na grzbiety goretexy i przeciwdeszczowe spodnie i spokojnie ruszyliśmy w górę. Było ciepło i parno, po drodze zdejmowaliśmy więc bluzy i większość z nas szła w koszulkach i lekkich przeciwdeszczowych kurtkach, bo wciąż trochę siąpiło. To był taki deszcz, który potrafi kapać godzinami, niebo było zasnute szarą powłoką. Szliśmy dalej, tempo było dobre, podejście naprawdę przyjemne.

PRZEJDZIE BOKIEM?

Zaczęło się od malutkich kuleczek gradu. Oho – pomyślałam. Wkuwałam niedawno meteorologię na potrzeby spadochronowego egzaminu instruktorskiego. Wiedza, jeszcze nie przykurzona, nie pozostawiała mi żadnych złudzeń. Mamy tu w pobliżu cumulonimbusa – chmurę burzową. Alpy są tak rozległe, że burza na pewno przejdzie bokiem – pomyślałam z nadzieją. No niestety. Nie przeszła. Zaczął nasilać się wiatr, na zmianę lało i sypało gradem, z początku drobnym, z czasem kulki lodu zaczynały już skutecznie przykrywać całą ścieżkę naszego podejścia.
No nie wierzę – pomyślałam. Przecież ja już ‘zaliczyłam’ spektakularną burzę w górach, pisałam o niej TUTAJ. Niemożliwe, żeby znów mi się to przytrafiło! A jednak…

CZEGO WSPINACZE BOJĄ SIĘ NAJBARDZIEJ?

Burza w górach jest tym, czego większość z nas, miłośników gór i wspinania, boi się najbardziej. Przychodzi znienacka i szczodrze obdarza nas całym swoim szatańskim asortymentem. A ma czym szastać – przeszywający chłód, ulewny deszcz, złowieszczy grad, porywisty wiatr i oczywiście błyskawice. Błysk, trzask i gniewne pomruki. Raz bliżej, raz dalej. Kiedy myślisz, że zimniej być już nie może, że grad nie może bić w Ciebie z większą siłą, a pioruny nie mogą walić bliżej, okazuje się, że niestety – myliłeś się. Może, może i jeszcze raz może. I nagle znajdujesz się jak w oku cyklonu. Co wtedy?

CZEGO NIE WOLNO CI ROBIĆ?

Wtedy przychodzi najgorsze. Musisz się zatrzymać i przeczekać:

  • nie pod drzewem (min. 10 m od korony drzewa)
  • pod skałą jonizuje się powietrze, więc nie jest tam bezpiecznie
  • nie w pobliżu wody (wiadomo)
  • co najmniej kilka metrów od siebie, nie w grupie
  • nie trzymając w rękach niczego metalowego (kijów, czekana, łańcucha)

JAK MOŻESZ SOBIE POMÓC?

Kiedy burza szaleje Ci nad głową, zatrzymaj się i czekaj:

  • na otwartej przestrzeni z daleka od grani
  • najlepiej ukucnij
  • nogi złącz koniecznie w kostkach i kolanach, aby uniknąć ryzyka powstania napięcia krokowego podczas wyładowania
  • jeśli masz suchy plecak lub linę, stań na nich w kucki, odizolujesz się w ten sposób od podłoża
  • jeśli włosy ‘stają ci dęba’ – jesteś w ogromnym niebezpieczeństwie.

Niczego więcej, niestety, nie możesz w tej sytuacji zrobić.

KIEDY JEST BEZPIECZNIE?

Bezpieczny jesteś dopiero wtedy, gdy:

  • od błysku do grzmotu upływa 30 sekund, oznacza to, że burza jest jakieś 30 km od Ciebie
  • od ostatniego błysku lub grzmotu minęło 30 minut.

CO NA TO TOPR?

TUTAJ znajdziecie tekst dotyczący porażenia piorunem, pióra Sylweriusza Kosińskiego, lekarza i ratownika TOPR. Przeczytajcie, przemyślcie i bądźcie bezpieczni, w górach i nie tylko. Podzielcie się tą wiedzą z innymi.

CO BYŁO DALEJ Z NAMI?

Burza zastała nas jakieś 20 minut od schroniska. Kiedy czas od błysku do grzmotu skrócił się znacząco, Tomek nakazał nam robić drobne kroczki i iść w kilkumetrowych odstępach od siebie. Kiedy już nie dało się nic odliczać i błyski szły w parze z grzmotami, chciał nie chciał, usiedliśmy skuleni w kucki na plecakach i czekaliśmy. To były długie minuty, naprawdę bardzo długie. Każdy kolejny trzask piorunów przeszywających powietrze wokół nas powodował mimowolne drżenie i kulenie się w sobie. Cisza wcale nie była lepsza, była oczekiwaniem i obawą, czy aby kolejny piorun nie trafi w kogoś z nas. Jeśli do siedzenia bez ruchu dodamy bardzo silny wiatr i grad, który nas tłukł niemiłosiernie, to mamy szybki przepis na wychłodzenie. I to w czerwcu, na podejściu do schroniska.

NAJGORSZE JEST CZEKANIE

Nie wiem, ile trwało to nasze siedzenie, często mawiam, że czas jest pojęciem względnym, w końcu to szaleństwo nad nami nieco się uspokoiło i ruszyliśmy dalej. Lodowata woda spływała nam po plecach aż do majtek. Nasiąknięte plecaki były jeszcze cięższe, w butach chlupotało, a dłoni nie czuliśmy z zimna. W końcu zobaczyliśmy schronisko. Widok ten ucieszył nas, jak fatamorgana na pustyni. Bo to była pustynia, równie bezkresna i niebezpieczna, tyle, że śnieżna.

BEZ MAJTEK

Przez chwilę nie mogłam uwierzyć, że tu jesteśmy. W cieple i pod dachem, bezpieczni. Pierwszy raz wylewałam wodę z wnętrza plecaka. Większość rzeczy zawsze pakuję w torebki foliowe, ale ostatnio moja niechęć do plastiku kazała mi spakować bieliznę do płóciennego woreczka, zostałam więc bez ani jednej suchej pary majtek :D.

W ALPACH ZACZĘŁY NAM grozić… ODLEŻYNY

Do schroniska dotarliśmy w poniedziałek pod wieczór, pogoda jaka była, już wiecie. We wtorek była bardzo zbliżona do poniedziałkowej, z dachu schodziły lawiny, na zmianę padał deszcz i śnieg. W związku z tym przez cały wtorek ‘lizaliśmy rany’. Po śniadaniu poszliśmy spać, w południe wstaliśmy na kawę, po kawie poszliśmy spać, wstaliśmy na obiadokolację, po której… poszliśmy spać. Zaczynałam się już obawiać odleżyn ;). Natomiast przegrzanie z całą pewnością nam nie groziło. Spałam w wełnianych skarpetach, bluzie i w czapce, pod wszystkimi trzema kocami, które były na wyposażeniu mojej pryczy.

STABILNA POGODA

Z każdym naszym przebudzeniem zdawało się, że ubywa ludzi. My jednak nie poddawaliśmy się. Pomiędzy spaniem i jedzeniem słuchaliśmy sobie „Filarów Ziemi” Kena Folleta. Na kolacji we wtorek było podejrzanie mało osób, no cóż, może zjedli wcześniej? W nocy z wtorku na środę budził nas wiatr, który próbował zerwać dach. Z dachu nadal schodziły lawiny i wtedy też się budziliśmy. W środę nad ranem nadal sypało śniegiem i smagało wiatrem. Środa miała być dniem nieco lepszej pogody i dniem naszego ataku szczytowego, ale ta lepsza pogoda pozostała tylko na prognozach. Pogoda była stabilna, nadal wiało i sypało. Czasem grzmiało i błyskało. Nawet gdyby znienacka walnęło nagle błękitem, nie bylibyśmy w stanie w jeden dzień przetorować tych ton śniegu, które napadały tu przez te kilka dni.

GŁOS ROZSĄDKU

W środę przed śniadaniem ktoś w końcu wydobył z siebie głos rozsądku. Zaproponował(a), żebyśmy najbliższą noc spędzili może w Mediolanie lub Bergamo, zamiast tutaj w oczekiwaniu na cud, który nie miał prawa się zdarzyć. Część z nas przyjęła tę propozycję entuzjastycznie, choć dla niektórych były to wieści hiobowe. W końcu ustaliliśmy, że znikąd nie ma dla nas nadziei, zjedliśmy śniadanie, składające się z czerstwego chleba, dżemiku i nutelli (o zgrozo!) i spakowaliśmy się do wyjścia. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że poza nami w schronisku została już tylko obsługa! A i ona wyglądała, jakby zbierała się wkrótce na dół… Gospodarz schroniska, przemiły starszy jegomość, był chyba pod wrażeniem naszej cierpliwości i determinacji, bo nawet wyszedł z nami przed schronisko, żeby nas pożegnać i zrobić nam pamiątkowe grupowe zdjęcie.

A MIAŁO BYĆ TAK PIĘKNIE

Aha, zapomniałam dodać, że akurat przez te 3 dni, które spędziliśmy w schronisku, trwał remont jedynej łazienki z prysznicami. A woda w umywalkach miała temperaturę zbliżoną do temperatury wody wypływającej prosto z lodowca, bo stamtąd też pochodziła… Za to kawę mieli pyszną, także tak…

wodospad w Alpach
1000 metrów niżej była piękna wiosna

Zapisz komentarz