Kategoria

Ach Życie

Kategoria

Pamiętasz swoje najlepsze kolonie i obozy? Koleżanki i kolegów, ogniska, dyskoteki, pierwsze miłości, śluby kolonijne, zielone noce? Listy i telefony do rodziców z prośbami o pieniądze, rozpacz, gdy przychodził czas powrotu do domu? O wielu tych wspomnieniach opowiemy naszym dzieciom, ale podejrzewam, że są rzeczy, o których nie powiesz swojemu dziecku…

Kolejne pokolenie spotyka się w podobnych okolicznościach

Wspominałam Wam, że jako małolata byłam w klasie sportowej i latem jeździłam na obozy lekkoatletyczne, pisałam o tym TUTAJ. W tym roku, w wyniku przedziwnych zbiegów okoliczności na obóz lekkoatletyczny pojechała moja córka. Jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłam, że jest w jednym pokoju z córką mojego kolegi B., z którym co roku razem jeździliśmy na obozy sportowe. Przypadek? Zbieg okoliczności? A może przedziwne zrządzenie losu i konsekwencja naszych decyzji? Trudno powiedzieć. Miałam okazję być przez kilka dni na tym obozie, Z. wiedziała, że znamy się z jej tatą i podczas którejś kolacji, z szelmowskim uśmiechem zapytała, czy jej tata był grzeczny na obozach. Zamarłam.

Skłamałam

Jestem za tym, by mówić dzieciom prawdę, brzydzę się kłamstwem, więc co teraz? 😀 Nie byliśmy zbyt grzeczni… Bystra jest, musiała zauważyć zakłopotanie na mojej twarzy i gonitwę myśli, gdy szukałam zgrabnej wymijającej odpowiedzi na jej pytanie. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej i odpowiedziała – spokojnie, wiem, że był rozrabiaką. Uff – pomyślałam.

To jednak nie był koniec. Za chwilę padło drugie pytanie – a pamięta pani co tata robił? – no niestety, pamiętałam 😀 i… skłamałam. Nie czułam się na siłach opowiedzieć o naszych przygodach dziewięciolatce – niech tata jej opowie ;). Powiedziałam wymijająco, że trudno nas było poskromić i ogarnąć, po czym popędziłam zrobić sobie herbatkę. Na uspokojenie.

Kolonie i obozy – hity wszech czasów

W takich momentach wraca mnóstwo wspomnień. Obozy, kolonie, szkolne wycieczki. Większość tych wspomnień jest fantastyczna. Wśród moich kolonijnych i obozowych hitów znalazły się:

  1. Miłości krótkotrwałe lub bardzo krótkotrwałe, wszak zawsze byłam dość uczuciowa. I w konsekwencji śluby kolonijne, kreacje z firanek i obrączki z folii aluminiowej.
  2. Listy od mamy z ciepłymi słowami i upragnionymi banknotami w środku.
  3. Kanapki z dżemem wysokosłodzonymi jedzone bez opamiętania i bez ograniczeń. Na śniadanie, obiad, kolację. A także wynoszone ze stołówki całe słoiki dżemu i bochenki chleba, które pożerałyśmy potem po kryjomu późną nocą.
  4. Chrzty kolonijne – oblewanie wodą, najlepiej całym wiadrem od głowy poczynając, posypywanie mąką, potem znów wodą, żeby się zrobił klej na włosach, następnie ujeżdżanie krzesła, smarowanie twarzy czarną pastą, do tego śpiewanie w niebo głosy i jedzenie ohydnych mikstur.
  5. Biegi nocne, podczas których trzeba było mijać zapomniane leśne cmentarze, na których oczywiście straszyło oraz wykonywać różne karkołomne zadania.
  6. Dyskoteki, najlepiej te ‘na mieście’.
  7. Przebieranie się w nie swoje ubrania i pożyczanie na potęgę ciuchów od koleżanek, nie wiem czemu, ale sprawiało nam to ogromną frajdę.
  8. Ogniska podczas których zajadaliśmy kiełbaski, które spadły w popiół, chleb na patyku, czarny z co najmniej z jednej strony i spieczone na węgiel lub lekko surowe ziemniaki. Do tego obowiązkowo śpiewane było „Przeżyj to sam” Lombardu.
  9. Gra w butelkę, oczywiście najlepiej jak trzeba było pocałować chłopaka, który nam się podobał, koniecznie ze starszej grupy.
  10. Przeświadczenie, że te kolonie/ ten obóz były naszymi najlepszymi w życiu i już NIGDY nic lepszego nas nie spotka a przyjaźnie wtedy zawarte przetrwają wielki.

ciemna strona kolonisty. czego nie powiesz swojemu dziecku?

A teraz kilka rzeczy, o których będąc wychowawcą kolonijnym lub rodzicem, na pewno nie chciałbyś wiedzieć… No i raczej niezbyt chętnie powiesz o tym swojemu dziecku…

  1. Alkohol. Owszem, zdarzało się. Pojęcia nie mam jak nam się udawało go zdobyć i przysięgam, że tego akurat nie pamiętam, ale niestety się udawało. Piwo, wino patykiem pisane, jakieś ciociosany straszne i inne wynalazki. Ile mieliśmy wtedy lat? Pewnie piętnaście, szesnaście.
  2. Papierosy. To akurat wyjątkowo mnie nie dotyczyło, ale byli tacy co palili. Kiedyś, będąc wychowawcą na kolonii, skonfiskowałam też starszym chłopcom zioło… Pierwszego dnia, a mieli zapas na całe trzy tygodnie…
  3. Ucieczki. Na przykład nocą. Przez ogrodzenia. Na plażę. To cud, że nikomu nic się nie stało.
  4. Znajomości z chłopakami spoza obozu. No też się zdarzały. Nie pytajcie jak, bez telefonów, smsów, fejsbuków itp., bo sama nie wiem, jak to robiłyśmy.

Sądzę, że nie ze wszystkich możliwych konsekwencji swoich poczynań zdawałam sobie wtedy sprawę.

Czy pozwalać im na błędy?

Z jednej strony trzeba pozwolić młodym ludziom popełniać błędy. Kolonie i obozy to niezły poligon. Trzeba też dać im odczuć konsekwencje z nich wynikające. Nie można natomiast być hipokrytą i udawać, że samemu było się nastolatkiem idealnym. Myślę, że warto naprawdę dużo i szczerze rozmawiać z dzieciakami. Nie ma sensu udowadniać im, że alkohol to samo zło, seks jest tylko dla dorosłych, a każdy narkotyk powoduje natychmiastowe uzależnienie, dno i śmierć. Warto oczywiście wspomnieć, że kolonie i obozy to nie najlepszy czas na tego typu ‘zabawy’.

Prawda jest dobra na wszystko

Koniecznie trzeba im mówić prawdę, że alkohol może chwilowo poprawić humor, ale jego spożywanie wiąże się z wieloma niebezpieczeństwami. Nie każdy narkotyk od razu zabija, ale zdarzają się takie przypadki, że pierwszy raz okazuje się być ostatnim. Mówienie młodym ludziom, że seks to dopiero po ślubie też może przynieść więcej złego niż dobrego. Kolonie i obozy to nie najlepszy moment na takie eksperymenty. Szczerość, rzetelne informacje w zrozumiałym dla nich języku (polecam np. książkę Anji Rubik #sexedpl) i dużo rozmów. O blaskach, cieniach, ryzyku, możliwych konsekwencjach. Uczmy ich myślenia! Niech wiedzą, że zawsze mogą do nas przyjść z pytaniami i problemami, a my wtedy nie będziemy zgrywać idealnych i nieomylnych, tylko spróbujemy pomóc. Bądźmy ich wsparciem. Inaczej będą jedynie powielać nasze błędy i nie dla wszystkich skończy się to dobrze…

Uważaj o czym marzysz, bo może się spełnić! Znacie to? Zdarza się? No pewnie. Kiedy kilka miesięcy temu postanowiłam zacząć dzielić się z Wami moimi przygodami, przemyśleniami i chęcią pomagania małym Nepalczykom, kompletnie nie miałam pojęcia w co wdepnę. Słowo blogosfera znaczyło dla mnie zupełnie NIC. Jeden weekend pokazał mi blaski i cienie świata influencerów. Kazał się zastanowić dokąd zmierzamy jako konsumenci i ludzie?

KTO TO DO LICHA JEST TEN INFLUENCER?

Wiecie kto to taki? Ja nie wiedziałam… Odkrywałam i wciąż odkrywam ten świat dość powoli, sama jestem zdziwiona jak to możliwe, że tak mało o nim wiedziałam. Mniej więcej wtedy, kiedy zaczęłam stopniowo odkrywać blogi, które mnie zainteresowały i kobiety, które zaczęły mnie fascynować, pojawiła się informacja o konferencji dla blogerów, o dumnej nazwie INFLUENCER LIVE POZNAŃ. Szybko się zorientowałam, że będzie Ola Radomska (Mam Wątpliwość), Ola Budzyńska (Pani Swojego Czasu), Ania Makowska (Doktor Ania) a także Nauczona i Rychtyg, które mimo, że znam tylko z sieci to sporo im zawdzięczam w realnym świecie…

BILETU PANI NIE KUPISZ

Zapragnęłam zobaczyć je wszystkie i posłuchać ich na żywo. Zanim pomyślałam, radośnie oświadczyłam ukochanemu, że chcę jechać do Poznania, żeby zobaczyć moje nowe idolki w akcji. Tomek na to oczywiście – super pomysł – jedź koniecznie! Mina mi zrzedła, gdy się okazało, że nie można kupić biletu. Wyobrażacie to sobie? NIE MA TAKIEJ MOŻLIWOŚCI. Nic a nic z tego. Nie, żeby wyprzedane, a gdzie tam! Po prostu nie można ich sobie kupić. To jest konferencja blogerów dla blogerów a nie dla gapiów i zachwyconych fanek. Zjeżyłam się, bo naprawdę się już napaliłam na to wydarzenie, a tu takie rozczarowanie! No ale czytam, czytam i ha! Jest haczyk! Można się dostać na ten cały INFLUENCER LIVE POZNAŃ jak się zgłosi swój blog i siebie jako twórcę. Szach mat.

TWÓRCA CZY „TFURCA”?

No bardzo śmieszne. Niestety nie jestem żadnym twórcą (ani żadną twórczynią – jak zapewne chciałyby tytułować nas kobiety, które uznały, że ‘męskie’ nazwy, typu psycholog, dramaturg nam uwłaczają). Jestem co najwyżej tfurcą ;).
No niestety, nieopatrznie poskarżyłam się Tomkowi, który zamiast przytulić i ukoić moje rozczarowanie, kazał mi się po prostu zgłosić. To był chyba marzec, mój blog ruszył w styczniu. Nie poprzedniego – tego samego roku, niestety. No dobry żart. „Twórca bloger” z dorobkiem 3-miesięcznym, szacun! Mój ukochany słynie z tego, że raczej się nie poddaje i nie odpuszcza, więc przypilnował, żebym wysłała zgłoszenie. Prawie udało mi się go wykiwać, ale tylko prawie, był czujny i chciał nie chciał zgłoszenie wysłałam. Na 10 minut przed końcem rejestracji.

STRACH PRZED PORAŻKĄ

Nie chciałam wysłać tego zgłoszenia, bo nie widziałam żadnych szans, żeby mnie zaprosili. Nie bardzo mieli powód. Nikt nie lubi rozczarowań, po co więc samej się na nie narażać? 
Teraz dygresja. Byłam kiedyś uczestniczką dużej imprezy spadochronowej, podczas której próbowano zbudować w powietrzu, rekordową wtedy, 100-osobowa formację. Osoba, której zadaniem było zbudowanie tej formacji – Kate Cooper – powiedziała wtedy, że jasne, że to się jeszcze nikomu w Polsce nie udało. Jasne, że pogoda nie najlepsza, jasne, że może nie wyjść. Ale powiedziała też:

WHAT IF …? Co, jeśli się uda? Jeśli zostanę nową rekordzistką i razem, wspólnymi siłami tego dokonamy? Czy nie warto zaryzykować?

Trochę tak było z moim udziałem w tej konferencji. Zaryzykowałam. Udało się. 

NO TO JADĘ I…. PIERWSZY ZONK

Sobotni bardzo wczesny poranek. Dla mnie właściwie środek nocy, bo 4.50 kojarzy mi się raczej z zasypianiem niż wstawaniem (wyjątkiem są góry). Wyruszam w drogę. Tuż obok domu widzę unoszący się nad zalewem balon na ogrzane powietrze. Uwielbiam balony! Biorę to za dobry omen i dziarsko przemierzam te swoje 350 km. Trzy godziny do Poznania, ale potem pierwsza skucha, gdy odkrywam, że na terenie międzynarodowych targów poznańskich nie ma parkingu. Brawo Witkowska. No to jeszcze z godzinka krążenia po mieście, bo przyjechał Biedroń i utrudnienia, bo jest jakiś mecz i utrudnienia, bo nie sprawdziłam wcześniej opcji parkowania i teraz mam… utrudnienia. Znalazłam parking, więc jeszcze tylko pół godzinki szybką piechotką na miejsce i oto jestem! 

JESTEM BLOGErką?

Z dumą odbieram identyfikator, na którym poza moim imieniem jest też nazwa mojego bloga i bardzo mi z tym dziwnie. Jakbym trochę nakłamała i teraz to kłamstwo nie dość, że się wydało, to jeszcze się zmaterializowało pod postacią identyfikatora.
Porównałabym to też do porodu. Był sobie wielki brzuch i nagle jest mały człowiek.
Dziwne bardzo.

identyfikator ILPoznań

NIE MOJA BAJKA

No więc dumnie wkraczam na salę. I natychmiast poczułam, że pomyliłam bajki. Miałam ochotę odwrócić się na pięcie i spierniczać do domu, a potem prosto do Chrcynna na skoki. Do swojego świata. Za chwilę jednak przyszła niechętna myśl, że właśnie przejechałam 350 km, zapłaciłam (niemało) za autostradę, po godzinie poszukiwań znalazłam nawet miejsce do parkowania. I co? Teraz się zawinę i tak po prostu wrócę? No i co ja Tomkowi powiem? Z oporami, ale postanowiłam jednak zostać i chociaż się rozejrzeć. Za chwilę miała być zresztą prelekcja, na którą bardzo czekałam – Szymon Hołownia i jego Dobra Fabryka, wspierająca m.in. dzieciaki i chorych w Afryce. Mówił rzeczy straszne i rzeczy piękne. Ale czy jego opowieść była dla słuchających ważniejsza niż historia o tym, jak w rok zarobić na blogu milion?
Mam wątpliwość, jak mawia Radomska.

W KUCKI SELFIE Z KWIATKIEM

Rozglądałam się, rozglądałam i przecierałam oczy ze zdumienia. Gdzieś w kąciku, za stoiskiem z biżuterią, zobaczyłam młode dziewczę, które kucało przy roślince i robiło sobie selfie. Musiałam spojrzeć jeszcze raz, bo sama sobie nie wierzyłam w to, co zobaczyłam. Podeszłam bliżej… a tam konkurs – przymierz naszą biżuterię, zrób zdjęcie, wrzuć na insta, oznacz nas i już wtedy weźmiesz udział w konkursie. Hurraaa. No jakoś się nie skusiłam. Biżuterii praktycznie nie noszę, a porządnego selfie też nie umiem zrobić.

KOLEJKA PO FUSY Z KAWY

Kawałek dalej dostrzegłam niemałe zamieszanie przy pięknym różowym stoisku. Sztuczna trawka, różowiutki kontuarek, piękna różowa obsługa i nawet różowa wata cukrowa. I duże miski na kontuarku. Myślę sobie – chyba cukierki. Ale nie. Zakradam się do stoliczka z ulotkami a tam: zeskanuj kod, podaj nam wszystkie swoje dane, oznacz, zaznacz, polub i dostaniesz od nas torebkę skarbów. To podobno taki fantastyczny peeling z kawy, świat oszalał na jego punkcie, oszalej i ty. Peeling z kawy? Fusy znaczy się, tak? Fusy z kawy w pięknych miskach na różowym kontuarku. No dobra, trochę mi odwala na temat nie zaśmiecania planety, nie bardzo lubię jak mi ktoś wmawia, że potrzebuję czegoś, czego nie potrzebuję, ale takie wielkie halo z powodu fusów z kawy? Naprawdę? 

Ile wart jest gładki tyłek?

W takim świecie żyjemy? W Afryce kobiety umierają podczas porodów, bo nie ma podstawowej opieki zdrowotnej, dzieci umierają, bo brakuje pieniędzy na prąd do respiratorów, cena jednostki krwi wzrasta do 30$ a my wydajemy pieniądze na FUSY Z KAWY, dzięki którym będziemy miały przez chwilę gładsze tyłki? Nie jestem gotowa na taki świat. 

JAK ZROBIĆ DOBRZE ZA 30 ZŁ?

Masz wolne 30 zł (podejrzewam, że na peeling z kawy Ci nie wystarczy), więc może kup dziecku z chorobą głodową w Kongo posiłek? To tylko 10 zł. Możesz to zrobić choćby teraz TUTAJ. Albo kurteczkę dziecku z maleńkiej wioski w Himalajach Nepalu, mali uczniowie w tamtejszych szkołach bardzo marzną. Osobiście kupowałam i zanosiłam tym maluchom kurtki – cena jednej to 30 zł, cena pary butów 26 zł. Możesz o tym przeczytać TUTAJ. Chcesz wesprzeć szkoły w chmurach? Zapraszam TUTAJ. Przecież 30 zł to dwie nasze kawy z ładnej kawiarni. Napijmy się kawy z przyjaciółką w domu. Czy można żyć bez kawy z sieciówki? A bez respiratora? Bez jedzenia? Bez kurtki i butów?

CZY WARTO BYŁO TAM JECHAĆ?

Przeliczając na kurtki i buty dla „moich” dzieci z Nepalu to nie bardzo, ALE… Poznałam tam kilkoro fantastycznych ludzi, zyskałam mnóstwo cennej wiedzy, zobaczyłam „na żywo” osoby, które mnie motywują i inspirują. Dowiedziałam się o google i Instagramie takich rzeczy, że szok :D. Dziewczyny (i nie tylko) dzieliły się ze mną swoją wiedzą i doświadczeniem – za co jestem im bardzo wdzięczna. Nie tylko za triki, które mi pokazały, ale właśnie za sam fakt, że to robiły, naprawdę czułam ich wsparcie i chęć pomocy – to było fantastyczne!

FLAMASTER – MOJE TROFEUM

Na sam koniec konferencji udało mi się poznać dwie fantastyczne kobiety, od których uczyłam się (w sieci) jak robić graficzne notatki. Artykuł, który mnie zainspirował znajduje się TUTAJ. Dzięki nim zdałam za pierwszym podejściem dość trudne egzaminy teoretyczne na instruktora spadochronowego. Chciałam im za to osobiście podziękować i wiecie, co? Były równie zachwycone moim małym sukcesem jak ja. Wzruszyło mnie to bardzo. Na koniec przemiłej rozmowy Nauczona mnie uściskała i podarowała swój flamaster, który pomaga przy tworzeniu przestrzennych grafik na notatkach. 

flamaster kwiat głogu

najważniejsi są ludzie

Do domu wróciłam z głową pełną emocji i pomysłów, z nowymi pięknymi znajomościami, bez peelingu z fusów, bez selfie z kwiatkiem i bez jakichkolwiek gadżetów. Życie nauczyło mnie, że takie przypadkowe gratisy, po dzisiejszej radości, stają się jutro niepotrzebnymi przedmiotami, które niebawem zaśmiecą naszą planetę. Wróciłam z flamastrem, który jest moim trofeum. Symbolizuje nie tylko chęć rozwoju, bezinteresowność, kreatywność, inspirację, motywację, naszą moc sprawczą, ale przede wszystkim najbardziej wartościową rzecz na świecie – wspaniałe i piękne relacje międzyludzkie.

Jak często zdarza się Wam rozpłakać na konferencji? Kilka dni temu byłam uczestniczką sympozjum spadochronowego. Pierwszy wykład tego dnia rozpoczął się filmem. Tytuł brzmiał „Skydive Pokhara*” i już wiedziałam, że nie będzie dobrze… 
Kilkanaście sekund potem miałam oczy pełne łez. Ze wzruszenia. Na międzynarodowym sympozjum spadochronowym! Wyobrażacie sobie? 

Macie wokół siebie ludzi, którzy czują podobnie jak Wy? To samo Was cieszy, wzrusza i zachwyca? Do czasu, kiedy nie zostałam skoczkiem spadochronowym, nie znałam takich osób. Miałam oczywiście przyjaciół i znajomych. Dobrze się razem bawiliśmy, ale zawsze czułam, że od nich odstaję. Że jestem jakaś inna, że nie wiadomo, o co mi właściwie chodzi i że nie potrafię się w pełni cieszyć tym, czym oni.   

POTRZEBA AKCEPTACJI

Świat się zmienił wraz z pierwszym skokiem. To było jak odkrycie innego wszechświata i powrót do domu w jednym. Nie mogłam uwierzyć, że wszyscy odczuwamy pewne rzeczy dokładnie tak samo, mamy te same przemyślenia, wnioski i reakcje. Gdybym nie odkryła tych wszystkich ludzi, którzy skaczą, byłabym prawdopodobnie okropnie samotna i zagubiona. Potrzeba akceptacji jest mocno zakorzeniona w każdym z nas. I niezależnie od tego, czy lubimy szydełkować, jeździć konno, czytać, malować, nurkować, czy skakać z samolotu, mamy potrzebę bycia zrozumianymi i akceptowanymi. 

RAZEM

Sam fakt robienia czegoś, co kochamy to jedno, ale możliwość dzielenia tego z kimś, kto rozumie, daje dopiero pełnię szczęścia. Myślę, że we wspólnych męskich wyprawach na ryby, wyjściach na mecz, czy w babskich weekendach w SPA, wcale nie chodzi o ryby, piłkę nożną i masaże. Chodzi o możliwość dzielenia się emocjami, o wspólne przeżywanie. 

WOREK WSPOMNIEŃ

Mamy z naszymi przyjaciółmi taki wielki wór wspaniałych wspólnych przeżyć i wspomnień. Takich, do których nikt poza nami nie ma dostępu. Czasem wystarczy jeden dźwięk, delikatny zapach, jedno słowo. A wtedy wymieniamy szybko tylko jedno spojrzenie i już wiemy. Odlatujemy na chwilę do miejsc i sytuacji, w których byliśmy razem. Wpadamy w sieć utkaną z kolorów, smaków i zapachów. Są w niej najwyższe góry świata o wschodzie słońca, bose uśmiechnięte dzieci, które łapią nas za ręce, są skrzypiące śniegi, tatrzańskie schroniska, alpejskie lodowce, himalajskie wodospady i ciepła herbata w termosie. Jesteśmy my, ludzie, których łączy ta sama pasja.

ZAPACH SŁOŃCA zamknięty w pokrowcu

W świecie spadochronów ekscytację potrafi wywołać zapach czaszy spadochronu uwolnionej po zimie z pokrowca. To jedyny w swoim rodzaju zapach słońca, rozgrzanego powietrza, trawy i wolności. Zapach szczęścia. I wierzcie mi, każdy z nas reaguje na niego tak samo. Przymykamy oczy i wdychamy głęboko do płuc każdą cząsteczkę tej niepowtarzalnej woni. 

Kiedy zaś przymierzamy uprząż z pokrowcem spadochronowym, ciarki przebiegają nam po plecach. Czuję się w tym lepiej niż w najlepszych, najpiękniejszych kieckach i najwyższych szpilkach.

Podobnie jest, gdy wkładam na plecy mój wysłużony górski plecak. Był ze mną w tylu miejscach, przeżył tyle przygód! Lubimy się. Potem biorę do ręki linę, czekan, karabinki. Gładkie i chłodne idealnie układają się w dłoni, palce same znajdują zamki i wtedy ten delikatny metaliczny ‘klik’ – uwielbiam! 

KOLACJA Z PŁACZEM

Kiedyś, niedługo po którejś z naszych podróży do Nepalu, Tomek ugotował na kolację jakieś azjatyckie danie, może to było curry? Nie pamiętam. Ale za to doskonale pamiętam, że włączył naszą nepalską muzykę, zapalił kadzidło i podał jedzenie. Poczułam zapach kuminu i… nie byłam w stanie przełknąć kęsa. Rozpłakałam się i wyszłam :). On zdębiał. Za dużo bodźców, musiałam ochłonąć, muzykę trzeba było wyłączyć, bo nie mogłam równocześnie jeść i tak się wzruszać :).

CO MAJĄ WSPÓLNEGO SKOKI SPADOCHRONOWE Z NEPALEM?

Wyobraźcie więc sobie, co się ze mną stało, gdy na wielkim ekranie zobaczyłam moje ukochane Himalaje, buddyjskich mnichów, ich modlitewne młynki i flagi oraz… śmigłowiec i skoczków! Takie połączenie to jak koktajl mołotowa dla moich nerwów. Za mną już półtora roku od ostatniego pobytu w Nepalu i pół roku od ostatniego skoku. Tęsknię więc bardzo. 

Cały czas, ciągle i bezustannie cieszy mnie myśl, że nie jestem z takimi odczuciami sama. Na tej sali była blisko setka osób, z którymi dzielę pasję spadochronową. To wspaniałe uczucie. Ale też było co najmniej kilkoro, które rozumieją moja fascynację Nepalem! Sprawiło mi to ogromną, niebywałą wręcz przyjemność. Tym większą, że prowadzący wykład o wyprawach spadochronowych, Amerykanin Tom Noonan, zachwycał się Nepalem i jego mieszkańcami podobnie jak ja. 

Skaczemy nad Namche Bazar Nepal
Skaczemy na lotnisku Syangboche Airport w pobliżu Namche Bazar w Nepalu, w drodze do bazy pod Everestem, na wysokości 3780 m n.p.m. fot. Paweł Staliński

WARTOŚĆ SPOTKANIA

Takie sympozjum to nie tylko doskonała okazja, żeby zaczerpnąć fachowej wiedzy prosto z eksperckiego źródła. To także możliwość spotkania ludzi, którym podobnie w duszy gra. I nie jestem pewna, co jest tu dla mnie ważniejsze. Bo przecież ta wiedza jest do zdobycia, w Internecie jest dziś prawie wszystko, ale jednak nic nie jest w stanie zastąpić nam prawdziwego spotkania z drugim człowiekiem. Takie spotkania zawsze są budujące i inspirujące. 

UWAŻNIE ROZEJRZYJ SIĘ WOKÓŁ SIEBIE

Inna prelegentka, także Amerykanka, Melanie Curtis podczas tego sympozjum mówiła nam, żebyśmy zawsze otaczali się ludźmi, którzy nas wspierają, inspirują i motywują. Nic odkrywczego – pomyślałam. Ale dodajmy do tego przytoczone przez Melanie słowa Nancy Drew:

Jesteśmy odzwierciedleniem pięciu osób, z którymi spędzamy najwięcej czasu.

 Warto się rozejrzeć wokół siebie, prawda? Czasem może nawet zrobić jakieś porządki… 

Jeśli naprawdę lubicie coś robić, szukajcie ludzi, którzy lubią to samo, którzy myślą podobnie. Spotykajcie się, szukajcie okazji by się poznać, z takich spotkań zawsze wynika coś dobrego. Może się okazać, że łączy Was znacznie więcej, niż na początku sądziliście. 

*Pokhara to wspaniałe miasto w północnej części Nepalu, malowniczo położone nad jeziorem u stóp Himalajów. 

Walka o czasowniki nieregularne toczy się w naszym domu od mniej więcej roku. Na razie wygrywają czasowniki. Jako, że Młody ma zdiagnozowane zaburzenia koncentracji uwagi, to walka z założenia jest nierówna. Umawialiśmy się na te czasowniki już dziesiątki razy, były zabiegi motywacyjne, prośby, groźby i konsekwencje. Naprawdę próbowaliśmy chyba wszystkich humanitarnych metod wywierania wpływu. Wszystko na nic. Tłumaczyliśmy, rozmawialiśmy, pomagaliśmy. Nic. Kiedy znów całodzienne próby nauczenia się garści słówek spełzły na niczym, a Tomkowi za chwilę już miały strzelić bezpieczniki, wpadłam na pewien chytry pomysł.

Nowy plan.

Realizację rozpoczęłam następnego poranka. Młody jest fanem harcerstwa, jego druh jest absolutnym guru, opowiada chłopakom świetne rzeczy o metodach wpływania na podświadomość, o wywieraniu wpływu na innych, o wykorzystywaniu potencjału itp. Pomyślałam, że to może stać się moją bronią w walce z angielskimi czasownikami!

Zatem przy śniadaniu zaprosiłam Młodego do pewnej zabawy. Poprosiłam, żeby wyobraził sobie, że jest zastępowym, ma pod swoją opieką sześciu harcerzy i właśnie dostali zadanie zorganizowania ogniska dla pięćdziesięciu osób. Zapytałam więc:

  1. Co muszą kupić?
  2. Co trzeba zorganizować?
  3. W jakiej kolejności trzeba wykonać zadania?
  4. Ile czasu na to wszystko potrzebują?
  5. Jak się podzielą robotą?

Dobrze kombinował, ja tylko podpowiadałam, że np. zaczynamy od zakupów i opału, a herbatę robimy na końcu. Wprowadziłam trochę komplikacji w postaci harcerzy, którzy wzięli na zakupy za mało pieniędzy i  takich, którzy zamiast po opał poszli na ryby.

Co będzie, jeśli się nie uda?

Poprosiłam, aby wyobraził sobie jakie będą konsekwencje, jeśli nie zdążą na czas przygotować ogniska? Doszedł do wniosku, że zaproszeni goście będą rozczarowani,  druh zawiedziony i w konsekwencji on jako zastępowy straci nieco zaufania i w przyszłości nie dostanie ciekawych i trudnych zadań.

Dzięki zapasowi czasu, ciągłemu zarządzaniu kryzysem oraz dobremu gospodarowaniu zasobami ludzkimi udało się wszystko zakończyć szczęśliwie. Ognisko zaczęło się na czas. Misja zakończona sukcesem.

Zapytałam, ile zmian w stosunku do pierwotnego planu musiał wprowadzić, aby udało się zrealizować zadanie? Obliczył, że co najmniej pięć. Chwilę pomilczeliśmy. Zapytałam czy wie, po co wymyśliłam to zadanie i jak ono może mu się przydać? Szybko skojarzył, że mam na myśli 10 czasowników nieregularnych i wypracowanie, na które poprzedniego dnia się umówił z tatą. Zrobił szybko plan i wziął się do roboty. Chyba pierwszy raz widziałam, żeby się uczył z takim zapałem i energią. Bez jęków, wzdychania, jojczenia, marudzenia, narzekania, ociągania się, zwlekania, wyszukiwania sobie zastępczych zadań i szeregu wymówek. Po prostu poszedł do pokoju i się uczył.

Efekty.

W ciągu 40 minut opanował 10 czasowników wraz z ich znaczeniem i wszystkimi formami. A następnie w ciągu godziny napisał wypracowanie na 250 słów. A wierzcie mi, że jeszcze dzień wcześniej uczył się bezskutecznie patrząc jedynie na książkę i zamierzał bronić tej metody jak niepodległości. Te dwa zadania były ponad jego siły i możliwości, tak w każdym razie uważał sam zainteresowany.

A jednak dał radę! Pogratulowałam najserdeczniej, pochwaliłam, doceniłam, nagrodziłam.

Teraz czekam, żeby ktoś pochwalił mnie 😀

Zamiłowanie do lekkiej atletyki pozostało mi jeszcze z czasów szkoły podstawowej. Pamiętam ogromną ekscytację, gdy w wieku 13 lat dostałam swoje pierwsze ‘kolce’, czyli buty do biegania po tartanowej bieżni. Czułam się wtedy jak mistrzyni świata i okolic, rozpierała mnie duma, a motywacja do trenowania natychmiast wzrosła o 300 %. Pamiętam atmosferę swoich pierwszych zawodów lekkoatletycznych, rozgrywanych na stadionie Skry w ramach Warszawskiej Olimpiady Młodzieży. Pamiętam smak izotoniku Isostar, który oszczędzałyśmy specjalnie na zawody i zapach maści rozgrzewającej Bengay, od którego w naszej szatni aż oczy szczypały. Najbardziej ze wszystkiego pamiętam jednak uczucie ekscytacji i jedności. Byliśmy jednym organizmem, jedną drużyną. I to taką, w której jeden za wszystkich i wszyscy za jednego. My kontra reszta świata.

To jest uczucie, o którym nigdy nie zapomniałam i, świadomie lub nie, zawsze za nim tęskniłam. W tamtym czasie z wypiekami na twarzach kibicowaliśmy polskim sportowcom, oglądając w telewizji Igrzyska Olimpijskie w Atlancie w 1996 roku. Podziwialiśmy naszych medalistów: Artura Partykę, Renatę Mauer, Mateusza Kusznierewicza, Pawła Nastulę i Roberta Korzeniowskiego. To byli nasi idole i bohaterowie.

Klasa sportowa.

Miałam szczęście chodzić do klasy sportowej w warszawskiej SP nr 321. Nasz fantastyczny wychowawca i trener, pan Marek Horbaczewski, często nam powtarzał, że jego celem nie jest wychowanie olimpijczyków, tylko wyrobienie w nas nawyku uprawiania sportu. Trochę byliśmy oburzeni, bo mieliśmy jednak spore ambicje, ale prawda jest taka, że nikt z nas wielkiej kariery sportowej nie zrobił, natomiast w wielu uczniach mojej klasy nawyk uprawiania sportu udało się wyrobić.

Przez cały szkolny tydzień mieliśmy chyba codziennie treningi, do tego w soboty jeszcze trening i basen na terenie zaprzyjaźnionego WATu i dwa razy w roku obozy sportowe, zimą narciarski, latem lekkoatletyczny. Kiedy skończyłam podstawówkę w pierwszej chwili poczułam ulgę, nareszcie tyle wolnego czasu! Nie muszę biegać, pocić się i męczyć. W liceum jednak szybko okazało się, że moje koleżanki przez 45 min wuefu właściwie tylko odbijają piłkę do siatkówki lub są wiecznie ‘niedysponowane’ i wtedy zrobiło mi się żal. Zrozumiałam, że pewien rozdział już się skończył.

plotki
Bieg przez płotki kobiet podczas halowego mityngu lekkoatletycznego

I co dalej?

Natomiast potrzeba ruchu i uprawiania sportu pozostała. Biegać wtedy jeszcze nie lubiłam, zresztą, choć trudno dziś w to uwierzyć, bieganie było w tych czasach raczej obciachem :D. Próbowałam fitnessu, ale szybko doszłam do wniosku, że to nie dla mnie, siłownia też mnie nudziła. Przez długi czas nie umiałam znaleźć nic dla siebie. Wciągnął mnie wir młodości, ze swoimi szaleństwami, imprezami, przyjaźniami i miłościami. Sport musiał poczekać. Tak naprawdę upomniał się o mnie, kiedy już skończyłam studia i zaczęłam tzw. normalną pracę, 8 h przy biurku, ewentualnie w okolicy biurka. Bardzo szybko poczułam, że potrzebuję ruchu, świeżego powietrza i porządnego fizycznego zmęczenia, po którym przychodzi spokój, satysfakcja i radość. Organizm upomniał się o należne mu dawki serotoniny i endorfin. Byłam już od jakiegoś czasu dorosła, miałam znacznie więcej czasu niż na studiach, zarabiałam na siebie, więc mogłam zacząć nową przygodę.

Spadochrony!

Dróg, które zaprowadziły mnie do sekcji spadochronowej Aeroklubu Warszawskiego było wiele. Trochę tak, jak w przysłowiu, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. W przypadki nie wierzę. Mnie wszystkie drogi prowadziły na wielką łąkę w miejscowości Chrcynno. Skoki spadochronowe przypomniały mi o tym, jak dobrze się czuję, gdy spędzę cały dzień na świeżym powietrzu, gdy się męczę, gdy walczę sama ze sobą, gdy wszyscy razem mamy jeden wspólny cel. To skoki pozwoliły mi poczuć satysfakcję z ustanawiania rekordów, ale nie to jest najważniejsze. Okazało się, że skoro mogę wyskoczyć z lecącego samolotu, to pewnie dam radę zrobić też kilka innych fascynujących rzeczy. Dwa lata po kursie spadochronowym zapisałam się na kurs wspinaczkowy, potem zaczęłam nurkować, a później to już samo poszło i różne sporty wpisały się na stałe w rytm mojego życia. W żadnym nie osiągnęłam mistrzostwa, ale każdy daje mi ogromną radość, satysfakcję i utrzymuje moje ciało w jako takiej formie i sprawności.

copernicus cup
Kibicujemy podczas Copernicus Cup Toruń 2019

Powrót do przeszłości.

Dlaczego Wam o tym piszę? Właśnie wróciłam z fantastycznego wyjazdu organizowanego przez klub lekkoatletyczny RK Athletics. Wspólnie z dzieciakami z klubu kibicowaliśmy  sportowcom podczas Halowego Mityngu Lekkoatletycznego „Orlen Copernicus Cup Toruń 2019”. Mieliśmy też okazję wspólnie z dziećmi odbyć trening na obiekcie, który dzień wcześniej oglądaliśmy jedynie z trybun. Nie tylko dzieci były tym zachwycone. Kiedy ustawiłam się w bloku startowym, przeszły mnie dreszcze. Nie robiłam tego od… końca szkoły podstawowej, czyli od 23 lat! :O

Dłonie pamiętały, jak należy się ustawić na bieżni, nogi same trafiły na miejsce w bloku startowym, a serce wypełniły radość i nostalgia na wspomnienie tych młodzieżowych treningów i startów. Cudownie było móc znów to poczuć.

trening
Arena Toruń, trening RK Athletics

Spełnione marzenie.

W 1996 roku miałam 15 lat, skończyłam szkołę podstawową i swoją przygodę z lekką atletyką. W tym samym roku Robert Korzeniowski zdobył swój pierwszy złoty medal olimpijski w chodzie na dystansie 50 km. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że 23 lata później, w lutowy poranek 2019 roku, na nadwiślańskim bulwarze w Toruniu, będę miała okazję uczestniczyć w treningu prowadzonym przez Roberta Korzeniowskiego, to uśmiałabym się równie serdecznie jak teraz, gdy to sobie uświadomiłam i piszę te słowa.

Pamiętajcie, że niemożliwe nie istnieje, ograniczenia są głównie w naszych głowach, a na sport i spełnianie marzeń nigdy nie jest za późno.


Trójka budzi we mnie ostatnio ambiwalentne uczucia. Kiedyś było to moje ukochane radio, mądre, refleksyjne, wyważone, pełne niesamowitych osobowości i wspaniałych opowieści. Muzycznie to absolutnie best of the best. Żadne radio w Polsce nie gra lepszej muzyki i to nie podlega dyskusji.

Nie słucham Trójki od przeszło roku. Kiedy weszłam do budynku czułam się trochę jak w odwiedzinach w starej szkole. Z jednej strony znajomy budynek i mnóstwo wspomnień, a z drugiej wiesz, że nie należysz już do tego miejsca, do tej społeczności. Tak myślałam do momentu, kiedy redaktor Piotr Stelmach wszedł na scenę, żeby zapowiedzieć koncert Offensywa de luxe 2019. I wiecie co? Pewne rzeczy się nie zmieniły. Naprawdę i na szczęście. Mówił w taki sposób, że obecne władze radia nie mogą mu nic zarzucić, ale mówił też tak, że rozumieliśmy się na wskroś. Na innej płaszczyźnie, znacznie głębszej, wręcz podskórnej. Mówił sercem, duszą, metatekstem i…. Muzyką. Muzyką przez wielkie M. Wyraźnie zostało powiedziane, że pierwszy raz w trzynastoletniej historii koncertów Offensywy de luxe, nie było perkusji… I niech skisnę, jeśli redaktor Stelmach między wierszami nie powiedział nam, że jeszcze przyjdzie lepszy czas.

Offensywa de lux artysci 2019

Na scenie wystąpili:

Mela Koteluk

AGIM Smolik i Kev Fox

Sosnowski

Riverside.

Zabrakło tylko Organka, który się niestety rozchorował.

To był fantastyczny koncert utkany z refleksji, mądrych słów, najlepszej gitarowej muzyki, dobrej energii, różnorodności, improwizacji, ze starego i nowego, z ciszy i autentyczności. Nasunęło mi się skojarzenie z muzyką lat 80-tych. Myślę, że działała na dusze tak, jak na mnie zadziałała wczorajsza Offensywa de luxe. Dziękuję za ten koncert . Bardzo.

Smolik Kev Fox AGIM
Kev Fox i Smolik

Ten tekst powstał latem 2010 roku. Opisuje pewien lipcowy dzień, który zapamiętam do końca życia. To wtedy, po raz pierwszy, odpowiedziałam sobie na pytanie, ile jestem w stanie poświęcić, aby żyć życiem, które wybrałam i pokochałam, na własnych zasadach.

Zapowiadał się cudowny wspinaczkowy dzień. Odczekaliśmy do 10.00, aby minęła zapowiadana wcześniej burza i wyruszyliśmy w góry.

Droga pod Granaty, mimo że piękna, wydawała mi się monotonna i długa. Ogromne zmęczenie ‘wypracowane’ poprzedniego dnia dawało się mocno we znaki. I było to nie tylko czysto fizyczne zmęczenie, ale i emocjonalne, bo aż do tej soboty sądziłam, że właśnie ta moja piątkowa wycieczka była największą przygodą w moim niezbyt imponującym górskim dorobku… Dla wnikliwych i zainteresowanych moimi skromnymi osiągnięciami, zdobytymi niemal nadludzkim wysiłkiem, nadmienię, że tą przygodą było przejście Jaskini Czarnej do Szmaragdowego Jeziorka.  

Wyjście z Jaskini Czarnej fot. TW

Przy czym była to moja pierwsza w życiu poważna jaskinia, pierwsze trójkowo-czwórkowe wspinanie w kaloszach i po mokrej skale oraz pierwsza górska działalność, która trwała bez przerwy dłużej niż 10 godzin. Jasne jest chyba, że później prawie całą noc nie spałam z wrażenia.  O nie, przepraszam, zasypiałam momentami, bo pamiętam nerwowe przepinki do nie kończących się zjazdów i wychodzenia, które mi się śniły. Ale czy takie sny mogą człowieka wyciszyć i zregenerować? Sami sobie odpowiedzcie….

Ale wróćmy do Granatów. Drogi nie ułatwiał także fakt, że środek sezonu w południowych godzinach oznaczał tłumy turystów w górach. Z mozołem podążali szlakiem, co jakiś czas zupełnie nieświadomie, ku naszej radości, stając się bohaterami przeróżnych scenek. To zadziwiające jak dużo można dowiedzieć się o ludziach, których mija się na górskiej ścieżce. Gdzieś na Hali Gąsienicowej usłyszeliśmy niezapomniany dialog ojca z synem. Był on równie śmieszny, co smutny. Mały zobaczył mężczyznę, który w nosidle na plecach niósł małego chłopca, i zapytał:
– Tato, a dlaczego ty mnie tak nie nosiłeś jak byłem mały?
Na co ojciec szybko, groźnie i przekonująco odpowiedział:
– Bo to jest koszmar! I dla tego w nosidełku i dla tego co go niesie!

Było dość parno, smętne chmury snuły się w dolinie i leniwie, bez przekonania przepływały ponad graniami, a droga naprawdę zdawała się nie mieć końca, plecak ciążył, w brzuchu zaczynało burczeć. Iskierka nadziei pojawiła się, kiedy zobaczyłam kierunkowskaz na schronisko Murowaniec. Nareszcie! – pomyślałam – usiądę, zjem, odpocznę. Tak szybko jak się pojawiła, tak też zgasła, bo Tomek obojętnym tonem wspomniał, że tam jest schronisko, ale my do niego NIE idziemy. Poczułam wtedy do niego szczerą nienawiść, obudziła się we mnie rządza krwi. No ale trudno, zniosę to jakoś przecież… jak kobieta.  Aby chwilowo odwrócić swoją własną uwagę od gór, które tego dnia tak mnie męczyły, rozmawiałam sobie z Ewą o skokach spadochronowych i tegorocznych próbach pobicia kobiecego spadochronowego rekordu Polski, co zapewne dla słyszących nas przechodniów mogło być równie zabawne, jak ich rozmowy dla nas. Pamiętam, że bardzo ucieszyło nas zdanie rzucone przez jedną z turystek koleżance:
– To co, lansujemy się i robimy foty, czy jeszcze idziemy nad ten staw? 
Smaczku sytuacji dodawał fakt, że za sobą miały zapewne kilka godzin drogi a do Czarnego Stawu zostało już zaledwie kilkaset metrów. Ale czy ten staw to w ogóle warto fotografować…?

Właśnie gdzieś w okolicach Czarnego Stawu Gąsienicowego moje malkontenctwo osiągnęło chyba swój szczyt. Posiliłam się kabanosem, bułką oraz niebieskim izotonikiem i… wcale nie zrobiło mi się lepiej. Chciałam po prostu wejść do tej cudnej, chłodnej, turkusowej wody i zostać tam do wieczora. Żebym już nigdzie nie musiała iść… Tomek popatrzył na mnie badawczo i chyba uznał, że faktycznie marnie wyglądam, bo wyjął z plecaka jakąś małą kolorową torebeczkę z napisem „Power gel” – brzmiało obiecująco. Kazał mi wciągnąć całość i obiecał, że to postawi mnie na nogi.

W końcu jakimś cudem dowlokłam się pod ścianę. Tuż pod nią, kiedy jeszcze walczyliśmy z podejściem po osuwających się ciągle kamieniach, na stromym zboczu, Ewa powiedziała coś, co wtedy umknęło mojej uwadze, ale z czego los sobie niedługo potem okrutnie zakpił… jej słowa brzmiały:
– Całe szczęście, że nie będziemy tędy schodzić!

Podejście pod Granaty, w tle Czarny Staw Gąsienicowy fot. TW

A pod ścianą… jeszcze raz spróbowałam pomarudzić, że może jednak ja zostanę, może sami się powspinają? Bo jak pomyślałam o czekających nas kilku  wyciągach… zrobiło mi się słabo. Tomek był absolutnie niewzruszony i nieczuły na moje postulaty, co więcej, zdawał się ich w ogóle nie słyszeć. Natomiast  Ewa jak tylko usłyszała dźwięk karabinka uderzającego o skałę, dostała nagłego przypływu chęci, siły i entuzjazmu, których i tak jej nie brakowało. Bo wiary i siły w tym dniu brakowało chyba w całych Tatrach tylko mi jednej…  Po chwili pogodziłam się już z myślą, że nie pozwolą mi tu spokojnie zostać i zaczekać. Zapytałam więc jeszcze tylko, czy z tej planowanej przez nas drogi – Środkowego Żeberka Skrajnego Granatu – można się wycofać zjazdami w dowolnym momencie. Usłyszałam, że owszem, tak. W dodatku zejście miało prowadzić szlakiem, więc bez długotrwałych zjazdów – dobrze, chociaż tyle na pocieszenie. Tomek omawiając z nami drogę wspomniał jeszcze o jakimś piątkowym wariancie, ale wysyczałam tylko przez zaciśnięte zęby, żeby zapomniał i na mnie nie liczył – żadnych piątek w dniu dzisiejszym! Chyba byłam na tyle stanowcza, że nie protestował…

No więc ruszyliśmy. Tomek prowadził, ja jako druga, Ewa za nami zbierając sprzęt ze ściany. Nie było tak źle. Droga była stosunkowo łatwa, bardzo ładna i ciekawie eksponowana. Było naprawdę przyjemnie. Nawet cieszyłam się, że mnie namówili, bo świat z tej perspektywy wyglądał cudownie.

Tylko te chmury… pojawiały się, znikały, snuły, zmieniały. Z góry było widać chmarę turystów wokół Czarnego Stawu i ponad nim, nikt nie uciekał, wiec nie było raczej powodów do paniki. Jeśli mnie pamięć nie myli to na stanowisku gdzieś po drugim wyciągu usłyszałam w oddali pomruki burzy… Przy moim poziomie motywacji w tym dniu, był to stanowczo sygnał do wycofu. Ale oczywiście tylko dla mnie.

W drodze na Granaty fot. TW

Moi partnerzy ocenili rzeczowo sytuację, zbadali zachowanie budującego się jeszcze niedawno, a teraz już znikającego cumulonimbusa i zauważywszy skrawek błękitnego nieba stwierdzili, że właściwie to jest „blue sky”. Cóż było robić? Poszliśmy dalej w górę. Pogoda faktycznie się znacząco poprawiła, pozowałyśmy nawet do zdjęć niemal w pełnym słońcu.

Doszliśmy tymczasem do nieco bardziej skomplikowanego wyciągu, Tomek pracowicie osadzał w ścianie kolejne przeloty, a my z zaciekawieniem obserwowałyśmy szybko unoszące się strzępy chmur… ich prędkość wznoszenia była imponująca… jak dla mnie to nie wróżyło nic dobrego, no ale wiadomo, ja tego dnia miałam same katastroficzne myśli.

Droga na prawym żeberku skrajnego Granatu fot. TW

Ile czasu trwało zanim spadły na nas pierwsze kulki lodu? Najwyżej kilka minut… Stałyśmy z Ewą na stanowisku i już chyba obie wiedziałyśmy, że ten grad szybko nie minie. Ponieważ ja miałam ręce zajęte asekuracją, Ewa tylko zapytała czy wyjąć mi kurtkę z plecaka, poprosiłam też o rękawiczki. Szybko się ubrałyśmy. Chwilę potem Tomek poprosił o zwolnienie mojej liny. Oho…- pomyślałam – zjeżdżamy. Operacje związane z przepięciem do zjazdów szły mu bardzo sprawnie, a mimo to wydawało nam się, że trwają wieki… grad powoli zamieniał się w grad z deszczem a potem już w ulewę… A my nadal czekałyśmy. W końcu zjechał do nas, pomajdrował bez słowa przy linach, poprzepinał, przeprowadził nas obie, kompletnie zdezorientowane, na pobliskie stanowisko zjazdowe i wyjaśnił co robimy dalej.

W tym momencie było już ponuro i dość ciemno, chmury zbiły się w gęstą masę i grzmiało coraz głośniej… Lało tak mocno, ze przez kaptury ledwo się słyszeliśmy. Zanim rozpoczął zjazd upewnił się jeszcze, że obie mamy przygotowane przyrządy zjazdowe, zapytał czy na pewno wiemy co robić i natychmiast po tym jak przytaknęłyśmy zaczął zjeżdżać. Nigdy nie zapomnę wyrazu jego oczu… były jednocześnie pewne, spokojne i przestraszone – dziwna mieszanka. No i zniknął nam z oczu w chmurach tuż poniżej stanowiska. I

Zostałyśmy same. Jak łatwo się domyślić, ponieważ grzmiało, pojawiły się także pierwsze błyski… Lał deszcz, bardzo wiało, dolina jakby zamknęła się w kilku metrach widoczności. Czułam się uwięziona w pułapce ciemnych chmur. W ciągu tych kilku, a może kilkunastu minut zrobiło się prawie tak ciemno jak o zmierzchu, było nam zimno, bo spodnie i buty wspinaczkowe kompletnie przemokły. Trzęsłyśmy się, ale nie jestem w stanie powiedzieć czy bardziej z zimna, czy ze strachu. Musiał to być obraz nędzy i rozpaczy, bo tkwiłyśmy tuż przy lekko wysuniętej od ściany skale, wokół której zawiązany był pęk pięciu lin wykorzystywanych jako stanowisko do zjazdów. Aby nasza autoasekuracja była możliwie najbezpieczniejsza wpięłyśmy się we wszystkie te liny – ja HMSem, Ewa dwoma karabinkami. Chwilę potem zaczęłam nerwowo sprawdzać, czy aby na pewno wiem jak prawidłowo wpiąć przyrząd zjazdowy. No i zaczęła się lekka panika, bo oczywiście nie wiedziałam. Cały poprzedni dzień owszem zjeżdżałam, ale na innym przyrządzie – na rolce, teraz miałam w głowie pustkę. A przecież używałam tego przyrządu tyle razy! Ewa oczywiście równie nerwowo co ja sprawdzała stan swojej  pamięci i mimo rysunków na przyrządach nie byłyśmy w stanie z całą pewnością stwierdzić, czy dobrze je wpięłyśmy… Dodatkowo jeszcze zawsze przy zjazdach używałyśmy jakichś blokerów, teraz nie było na nie ani czasu, ani warunków, ani prusików. Dla doświadczonych wspinaczy to żaden kłopot, ale dla nas wtedy był to dodatkowy dyskomfort w niezbyt już komfortowej sytuacji. W końcu ustaliłyśmy jak wpinamy linę i postanowiłyśmy sprawdzić jeszcze działanie przyrządu przed wypięciem auta.

I czekałyśmy.

Całą wieczność.

Trwała ona pewnie znów raptem kilka minut, ale nie dla nas. Czas, to wbrew temu co się nam wydaje, wcale nie jest wartość stała i obiektywna. Błyski były coraz częstsze, grzmoty coraz głośniejsze, czas między nimi coraz krótszy. Burza ciągle się do nas zbliżała, choć trudno mi było sobie wyobrazić, że może być jeszcze bliżej. Mimowolnie kuliłam się za każdym razem gdy błyskało i grzmiało. Zdawałam sobie sprawę z idiotyzmu tego zachowania i próbowałam z nim walczyć, ale bez skutku.  W pewnym momencie to ciemnobure niebo rozbłysnęło i równocześnie piorun trafił z ogromnym hukiem i przeraźliwym trzaskiem, chyba tuż nad nami – w grań Granatów. Zahuczała i zatrzęsła się cała dolina. Skuliłyśmy się obie jeszcze bardziej, jakby to mogło coś pomóc i sprawić, że w magiczny sposób stamtąd znikniemy. Nie umiem opisać słowami tamtej sytuacji, obrazów, grozy… 

Kiedy już głos Tomka przedarł się przez burzę i mogłyśmy zacząć zjeżdżać okazało się, że pomysł z wpięciem dwóch karabinków w te liny nie był do końca szczęśliwy. Liny napęczniały wodą, zrobiły się grube i szorstkie, a my nie miałyśmy siły, żeby je stamtąd wyszarpać. Człowiek w sytuacjach stresowych dostaje taką dawkę adrenaliny od własnego organizmu, że naprawdę potrafi wiele… W normalnej sytuacji pewnie mocowałybyśmy się bardzo długo z tymi karabinkami, albo stwierdziłybyśmy, że się ich nie da wyjąć, ale teraz zebrałyśmy przerażone myśli i wspólnie zaczęłyśmy wyszarpywać te cholerne liny, jedna po drugiej, systemowo, bo z szarpania na oślep nic nie wynikało. W końcu uwolniłyśmy Ewę, która zaczęła ostrożnie zjeżdżać, chyba nadal nie do końca wierząc, że prawidłowo wpięła linę w przyrząd zjazdowy… Patrzyłam na nią ze strachem, ale wszystko było ok.

Zostałam sama.
Nigdy jeszcze nie byłam aż tak sama.

Zadziwiające, jak wiele myśli zdążyło pojawić się w mojej głowie, jak wiele spraw się ułożyło, z jak wielu rzeczy zdałam sobie wtedy sprawę. Ile czasu mógł trwać ten zjazd Ewy? 5 minut? Chyba nie więcej. A mi ten czas wystarczył, żeby dowiedzieć się, co jest dla mnie w życiu ważne, czego się boję, czego pragnę, za co jestem wdzięczna i co jestem w stanie poświęcić. Przypomniałam też sobie, że jestem raczej wierząca.. 😉 Bardzo bałam się wtedy o Ewę, bo to ja ją namówiłam na ten wyjazd i czułam na sobie odpowiedzialność za nią. Pamiętam też, że jedną z pierwszych myśli, gdy zostałam tam sama, było ‘Jak to? To już? To wszystko?’ Dziś może się to wydawać śmieszne, ale wtedy naprawdę bałam się o swoje, nasze życie. Dobrze pamiętałam, że kilka dni wcześniej, w górach na skutek uderzenia pioruna, zginął taternik. Czułam się trochę jak przywiązana do tarczy, w którą ktoś wściekle ciska piorunami i trafia coraz bliżej i bliżej. Podejrzewam, że podobnych sytuacji większość miłośników gór ma na swoim koncie wiele, ale dla mnie był to pierwszy raz kiedy poczułam, że właśnie tu, właśnie teraz moje życie może się skończyć. I wiecie co pomyślałam? Poza żalem, że to już wszystko co mnie w życiu czeka, pomyślałam, że te ostatnie dni były cudowne, że spędziłam je tak, jak zawsze chciałam. Wśród niezwykłych ludzi, w pięknych miejscach, robiąc rzeczy które pokochałam od pierwszego dotknięcia dłonią skały. I gdybym wiedziała jaka jest cena za te przeżycia, byłam pewna, że po raz drugi wybrałabym tak samo. To mnie trochę uspokoiło.

Chwilę później lina była już wolna i mogłam się stamtąd wreszcie zabierać. Jestem pewna, że był to najszybszy i najbardziej spektakularny zjazd w mojej górskiej karierze… Na rękawiczkach zostały po nim wyraźne ślady. Kiedy byliśmy znów we troje, było już lepiej. Nie komfortowo, bo burza szalała nadal, ale nie byłam już przynajmniej sama. Potem jeszcze jeden zjazd, znów chwila samotności i wreszcie byliśmy pod ścianą. Nikt przy zdrowych zmysłach nie poczułby się w tym miejscu bezpiecznie, ale ja jednak czułam się tam całkiem nieźle. Na tyle, że powiedziałam do Tomka z groźną miną:
– Nie wiem jak Wy, ale ja jutro idę NA BASEN! Nie w góry…
Na co on szybko odpowiedział – Ja też.
Po chwili wskazał ręką na potok, który płynął pod ścianą i zapytał, czy poznaję to miejsce. Nie miałam pojęcia o czym mówi, bo nie, nie poznawałam. Wtedy powiedział, że dokładnie tędy podchodziliśmy. Nadal nie poznawałam. No ale wtedy nie było tam żadnego potoku…

czarny staw Gąsienicowy chwilę przed burzą fot. TW

Zejście było trudne. Oczywiście prowadziło nas do miejsca, o którym Ewa powiedziała (o ironio!) “całe szczęście, że nie będziemy tędy schodzić”. Pomiędzy osuwającymi się kamieniami płynął całkiem wartki potoczek. Kamienie zdawały się tylko czekać na najmniejsze nasze dotknięcie, by zsuwać się i toczyć w dół wraz z nami. Momentami miałam wrażenie, że łatwiej byłoby usiąść na pupie i tylko odpychać się rękami jadąc wraz z nimi w dół. Nie muszę chyba wspominać, że nie było sensu zmieniać butów. Pomykaliśmy więc w dół, zwinnie i szybko jak kozice, w butach wspinaczkowych, w których radośnie chlupotała nam woda. Dobiegliśmy do Czarnego Stawu. Tomek zarządził przystanek na zdjęcie z siebie uprzęży i schowanie sprzętu wspinaczkowego. Jakże głęboko w d…. miałam teraz klarowanie i pakowanie sprzętu, chciałam się tylko jak najszybciej znaleźć w jakimś suchym, zadaszonym i bezpiecznym miejscu. Ale pan każe, sługa musi, w końcu on tu rządzi. Szybko okazało się, że nie do końca o sprzęt wspinaczkowy chodziło. Wyjął z plecaka pół litra wiśniówki! Pierwszy raz w życiu tak się cieszyłam na widok alkoholu. Powiedział, że zasłużyliśmy na łyczek i dobraliśmy się do butelki. Mniej więcej w tym momencie naszym oczom ukazał się dość osobliwy widok. Szlakiem spacerował sobie spokojnie potężnej postury jegomość, gruby, siwy, z długą brodą, z kijem w ręku i w ogromnej żółtej pelerynie przeciwdeszczowej. Zobaczywszy nas szeroko się uśmiechnął i powiedział niskim rubasznym głosem:
– Co? Znowu się udało?
W nagrodę za trafną uwagę o naszej nędznej sytuacji dostał od nas łyka wiśniówki.

Pobiegliśmy dalej, bo do Murowańca był jeszcze kawałek drogi. Dyżurujący w tym dniu na Hali Romek przygarnął nas do dyżurki i zaparzył gorącą herbatę.

Zdjęliśmy przemoczone buty, wysuszyliśmy trochę ubrania. Dokończyliśmy wiśniówkę przy wesołych górskich opowieściach. Wszystko skończyło się  dobrze. Jako puenta tej historii niech posłuży komentarz Tomka, który jako podsumowanie naszej przygody powiedział już nazajutrz:
– Nie było najgorzej… jeszcze nie iskrzyły nam karabinki i włosy nie stawały dęba.

Zacząć jest ponoć najtrudniej, a każda, nawet najdłuższa droga zaczyna się od pierwszego kroku… Kiedy pisałam w szkole wypracowania, pomijałam wstęp, dodając go na końcu. Wtedy dopiero wiedziałam, co powinno się w tym wstępie znaleźć. I tak chyba zawsze było w moim życiu. Starałam się żyć w zgodzie ze sobą. Wiem, że to wyświechtany banał, ale dobrze opisuje ten stan umysłu, który mną przez lata kierował. Starałam się – nie oznacza, że żyłam… Ale zwykle dawałam się nieść fali podejmując tylko takie decyzje, na które godziło się moje wewnętrzne ‘ja’. Przy czym rzadko wiedziałam dokąd mnie te decyzje poniosą.

wydeptane ścieżki

Jako nastolatka, podpatrywałam jak żyją dorośli i bardziej lub mniej świadomie podążałam ich śladami. Wydawało mi się oczywiście przy tym, że wyłamuję się ze schematów, zaprzeczam stereotypom i żyję inaczej niż moi rodzice, koleżanki ze szkoły oraz całe otoczenie. Zupełnie dziś już nie wiem, co pozwalało mi tak o sobie myśleć, bo moje życie wpisywało się idealnie w najbardziej popularne scenariusze. Może to ‘coś’, co siedziało mi w głowie i podpowiadało, że nie chcę tak żyć?

co jest nie tak?

Miałam fajną rodzinę, chłopaka, nieźle się uczyłam, studia polonistyczne wybrałam wbrew modzie i zdrowemu rozsądkowi, co też wydało mi się wtedy ogromnie wywrotowe, pracując dorywczo zarabiałam na swoje zachcianki. Miałam świetną grupę bliskich przyjaciół, z którymi spędzałam czas. Właśnie ‘spędzałam’… To słowo kojarzy mi się bardziej ze stratą niż zyskiem. I taki też trochę wydawał mi się tamten okres w moim życiu.

Niby wszystko było w porządku, ale jednak czegoś brakowało… Znasz to uczucie, kiedy wydaje się, że jesteś dzieckiem szczęścia, a Twoje życie to pasmo sukcesów i lepiej już być nie może? A mimo to, gdzieś z tyłu głowy, czai się przekonanie, że coś jest nie tak? To uczucie towarzyszyło mi odkąd pamiętam. Najrozsądniej było je stłumić, zgłuszyć, zdeptać, bo burzyło misternie skonstruowany świat, w którym rządziło… no właśnie – co? Przewidywalność? Poczucie bezpieczeństwa? A może przekonanie, że skoro wszyscy wokół mnie żyją w podobny sposób to jest to jedyny możliwy i godny powielenie scenariusz? Może nie ma innych wariantów życia? Przecież ‘wszyscy’ nie mogą się mylić.

etatowa świadkowa

Kończyłam studia na Uniwersytecie Warszawskim, zaczęłam pracować w świetnej warszawskiej restauracji, od lat byłam związana z tym samym chłopakiem. Moje koleżanki planowały śluby, wesela, marzyły o dzieciach. Masowo zresztą wcielały te plany w życie. A ja, raz po raz, stawałam dzielnie przy ich boku w roli świadka tej podniosłej katolickiej ceremonii. Doskonała okazja by podejrzeć ‘od zaplecza’ ten cały ślubny cyrk… Ale o tym przy innej okazji.

uciekająca panna młoda

Zupełnie nie marzyłam ani o ślubie, ani o dzieciach. Wściekła na siebie, że zabrakło mi cywilnej odwagi, by odpowiedzieć mojemu chłopakowi, że nie, nie chcę zostać jego żoną. Byłam kompletnie zaskoczona jego oświadczynami-niespodzianką i zupełnie nie wiedziałam, co odpowiedzieć… Najlepiej było powiedzieć prawdę, tak, teraz już to wiem… Wtedy jednak ugięłam się pod presją, właściwie nawet nie wiem czyją… Chyba myślałam, że tak trzeba, że skoro jesteśmy parą to naturalnym jest, że będziemy też narzeczeństwem, a potem małżeństwem. Przecież wszyscy tak robili.

Nigdy, przenigdy nie chciałabym znów mieć tych dwudziestu kilku lat. Nie chciałabym znów być 15 lat młodsza. Dziś samej aż trudno mi uwierzyć, że wpakowałam się w bycie narzeczoną. Robiłam dobrą minę do złej gry jeszcze przez ponad rok…

Uratowała mnie pasja.

Po prostu.

fot. Bartek Syta

Niedawno w Tatrach zeszła pierwsza w tym sezonie lawina. Przetoczyła się przez media i być może informacja o niej dotarła także do przyszłych górskich ofiar. Każdego roku w Tatrach giną ludzie. W tym roku nie będzie inaczej. Statystyki są nieubłagane. Zdarzają się takie wypadki, którym nie sposób było zapobiec, ale większości z nich można jednak było uniknąć.

Czytam właśnie książkę Beaty Sabały Zielińskiej, pt. „TOPR, żeby inni mogli przeżyć” i mimo, że znam naprawdę wiele tych i podobnych opowieści, to jednak włos mi się na głowie jeży podczas czytania.

świadomość

Część osób, które giną w górach to wspinacze i skialpiniści, ale większość to po prostu bardziej lub mniej doświadczeni turyści. Nasze społeczeństwo generalnie nie jest zbyt aktywne i zaradne w terenie, edukacja w tym zakresie leży i czeka na lepsze czasy. Większość wycieczek „w góry” zaczyna się w Palenicy Białczańskiej, a kończy piwem w schronisku w Morskim Oku. I nie byłoby może w tym nic złego, pod warunkiem, że owi turyści przestaną wreszcie żądać ratunku, kiedy zapada zmierzch, wozy znikają i trzeba z Morskiego Oka do Palenicy wrócić na piechotę. Jednakże oni, mam wrażenie, ruszają dalej… Chcą być zdobywcami ośnieżonych szczytów i mieć selfie nad przepaścią. No i super. To znaczy byłoby super, gdyby poza tym, że ruszają tyłek, ruszyli też głową.

dać sobie szansę na przeżycie

Góry są fantastyczne, cudowne, mogą być źródłem wielu wspaniałych doznań i przeżyć, mogą być też bezpieczne, ale… trzeba dać im szansę!
Jeśli są oblodzone – nie są bezpieczne.
Gdy jest 4 stopień zagrożenia lawinowego – nie są bezpieczne.
Kiedy świeci słońce a w prognozie są burze – nie są bezpieczne.
Jak nie mamy odpowiedniego ubioru i minimum potrzebnych rzeczy – nie są bezpieczne.

Przypomina mi się tu letni apel jednego z Ratowników TOPR Andrzeja Maciaty:

Ludzie zlitujcie się: 
– prognozy się sprawdzają 
– jak grzmi w oddali, to zaraz będzie burza i będzie padał deszcz, nie minie nas, nie przejdzie bokiem, a piorun może nas porazić
– jak spadnie deszcz, robi się ślisko i można spaść w przepaść i się zabić
– w górach warunki pogodowe zmieniają się błyskawicznie, w pogodny dzień może przyjść mgła 
– jak przyjdzie mgła, to nic nie widać i można zabłądzić
– jak jest noc, to robi się ciemno i zimno
– gdy miną godziny popołudniowe, to czas zawracać a nie przeć bezmyślnie dalej 
– śmigłowiec nie lata we mgle i w nocy
– ratownicy nie są supermenami, którzy w momencie zawiadomienia teleportują się obok was
Ludzie zlitujcie się dajcie nam szansę was uratować !!!!”

Ilość sprzedanych biletów do Tatrzańskiego Parku Narodowego w 2013 roku wynosiła ok. 2700000, w roku 2017 było to już ok. 3500000. Więcej turystów w górach oznacza więcej wypadków. Poza tym rośnie zapotrzebowanie na nieco bardziej wyszukane formy spędzania czasu w górach. Rośnie ilość kursów turystyki zimowej i szkoleń lawinowych. Niestety, nie idzie za tym jakość.

kurs lawinowy

Miałam szczęście być uczestnikiem jednego z pierwszych kursów lawinowych organizowanego przez Schronisko w Pięciu Stawach Polskich i prowadzonego przez Ratowników TOPR. Było to równo 10 lat temu. Kurs był długi, trudny i intensywny. Było 2 instruktorów, pies lawinowy 🙂 i 6 uczestników.

Od tej pory sporo się zmieniło. Kursy lawinowe prowadzą teraz także ludzie, którzy nie mają ani doświadczenia, ani wiedzy. Rośnie liczba uczestników, a maleje ilość instruktorów. Konkurencja rośnie, więc ceny spadają. No ale cen nie można w nieskończoność obniżać, więc… kursy są coraz mniej profesjonalne, krótsze, sprzętu i ćwiczeń jest coraz mniej, kompetencje uczestników, wbrew pozorom, wcale nie rosną, a ryzyko – owszem. Bo taki „przeszkolony” delikwent czuje się już władcą śniegów i rusza dziarsko samodzielnie na podbój Tatr.

Niestety nadal nie umie ocenić ryzyka, ani nim zarządzać, sprzęt owszem widział, może nawet go ma, ale jak przyjdzie co do czego, nie będzie umiał się nim w  prawidłowy sposób posługiwać i w ten sposób staje się sam dla siebie jeszcze bardziej niebezpieczny. Koło się zamyka.

10 RZECZY, O KTÓRYCH MUSICIE PAMIĘTAĆ IDĄC ZIMĄ W GÓRY

1. Pogoda – w górach lubi się zmieniać szybko i nagle – to jest pech. Ale bywa też prognozowana, więc należy się z tymi prognozami zapoznać i liczyć.

2. Sprzęt, sprzęt i jeszcze raz wiedza, co, kiedy i DLACZEGO warto mieć w plecaku oraz jak tego używać.

3. Mapa, kompas to minimum, warto mieć też GPS.

4. Czołówka, kurtka i czapka – zawsze, nawet latem. Zimą dodatkowa kurtka, zapasowa czapka i rękawice w plecaku.

5. Naładowany telefon, trzymamy go blisko ciała, w cieple, bo na mrozie baterie padają bardzo szybko, a bez telefonu nie wezwiemy pomocy.

6. Aplikacja ‘Ratunek’, jej uruchomienie powoduje wysłanie naszej dokładnej lokalizacji natychmiast do Ratowników. Dzięki temu wiadomo gdzie nas szukać i pomoc na pewno dotrze szybciej, zwłaszcza zimą jest to bardzo istotne. Warto ją ściągnąć zanim będzie potrzebna.

7. Warto mieć też termos z ciepłym słodkim piciem oraz coś wysokokalorycznego do jedzenia – czekoladę lub chałwę (nie zamarza).

8. Lawinowe ABC, czyli sonda, łopatka i detektor.

9. Szkolenie lawinowe, jeśli idziemy gdziekolwiek w góry, gdy jest śnieg. Na pierwszym byłam w 2009 roku i od tamtej pory nie ma siły, żebym ruszyła się zimą w góry, albo wyjechała poza trasy narciarskie bez tzw. ABC lawinowego. Potem jeszcze to szkolenie powtarzałam i niebawem znów zamierzam się doszkolić. Iść zimą w góry bez tej wiedzy i sprzętu to tak, jakby wyskoczyć samemu z samolotu bez szkolenia z wysokości 4000 m lub wsiąść za kierownicę ferrari bez wcześniejszej nauki jazdy.

10. W kwestii szkoleń, bardzo ważne jest u kogo się szkolicie. Ofert jest naprawdę dużo, poświęćcie chwilę, żeby sprawdzić czy osoba, która będzie Was uczyć jest ratownikiem TOPR, wierzcie mi, tylko oni mają w Polsce wystarczającą wiedzę i doświadczenie, by wiedzieć o czym mówią…

Uważajcie na siebie i do zobaczenia w górach!

Myślisz czasem o tym, co czują ptaki gdy latają? Chcesz wiedzieć jakie w dotyku są chmury? A może masz ochotę poczuć emocje, które zapierają dech w piersiach, dosłownie i w przenośni? Skok spadochronowy w tandemie to jedna z najbardziej dostępnych tzw. ekstremalnych atrakcji. Nie wymaga dalekich podróży, nie musisz robić badań, mieć super kondycji ani posiadać specjalistycznego sprzętu. Nie ma też ograniczenia wieku. Na skoki przyjeżdżają ludzie, którzy dostali prezent na 18, 30 lub 60 urodziny, przyjeżdżają tacy, którzy są na życiowym zakręcie, chcą przezwyciężyć swój strach albo się sprawdzić, a także ci, którzy chcą zaznać latania w jego najczystszej postaci. W swojej pracy kamerzystki spadochronowej najbardziej lubię obserwować ludzi, którzy na naszych oczach przechodzą metamorfozę. W ciągu niespełna pół godziny na ich twarzach widzimy niepewność, strach, czasem przerażenie, a potem radość i euforię. Po lądowaniu nierzadko rzucają nam się ze szczęścia na szyję albo… ocierają łzy. Czasem mówią ‘nigdy więcej’ ;), ale znacznie częściej słyszymy, że to była najbardziej niesamowita rzecz, jaką w życiu robili. Te ich pozytywne emocje udzielają się też nam i sprawiają, że uwielbiamy swoją pracę. A Ty? Co powiesz na taki skok? Jakie masz obawy? Chciałabyś spróbować?