Kategoria

Ach Życie

Kategoria

Wierzysz w przypadki? Czy w przeznaczenie? Mamy wpływ na swoje życie, czy jesteśmy tylko pionkami na szachownicy życia, które Bóg, los lub fatum przestawia według sobie tylko znanego zamysłu albo algorytmu?

Konsekwencje

Nie wierzę w przypadki, ale nie uważam też, że za wszystko, co nas spotyka odpowiedzialny jest los. Czym zresztą ów los jest? Moja teoria zakłada, że prawie wszystko, co dzieje się w naszym życiu, jest konsekwencją naszych wcześniejszych decyzji i wyborów.

Bywają oczywiście tzw. zdarzenia losowe, na które nie mogliśmy mieć bezpośredniego wpływu. Bywają wypadki i choroby. Jednak większość z nich także ma swoje początki znacznie wcześniej niż pojawia się efekt. Składowe tych zdarzeń też są zwykle skomplikowane. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkiego, co może nas spotkać. Ale… część z tych zdarzeń moglibyśmy…

Wypadki zaczynają się o wiele wcześniej niż wskazywałaby na to ich data

Pierwszy przykład jaki przychodzi mi do głowy to wypadki lotnicze. Z wypadkami i lotnictwem jestem blisko związana. Mój partner jest ratownikiem TOPRu i oboje pracujemy w Aeroklubie Warszawskim, dlatego może oba tematy są stałym elementem naszych analiz i rozmów. Pierwszy wniosek jest taki, że wypadek zaczyna się o wiele wcześniej. Jeśli w lawinie giną ludzie, to na 90% przyczyn należy szukać co najmniej kilka dni wcześniej. Jeśli rozbija się samolot, może się okazać, że niebezpieczeństwo tliło się od miesięcy, a nawet lat.

Czynnik ludzki

Znasz program „Katastrofy w przestworzach”? Myślę, że większość zna. Samoloty nie spadają, ot tak sobie, nagle, bo stanął silnik. Podobnie skoczkowie spadochronowi nie giną, bo „nie otworzył mu się spadochron”. To największy i najczęstszy farmazon jaki słyszymy z mediów, kiedy zdarzy się wypadek spadochronowy. Przyczyna zawsze jest o wiele bardziej skomplikowana. I najczęściej zawodzi tzw. czynnik ludzki. To nie samolot jest winny, że się rozbił, nie spadochron, że się „nie otworzył” i nie lawina, że zeszła. Winni zwykle są ludzie.

Do katastrofy wystarczy gumowa uszczelka

Pewien dobry człowiek, Leszek K., podarował mi kiedyś książkę pt. „Listy niezapomniane. Tom I”, zebrał i opracował Shaun Usher. Książka fenomenalna, ale o tym, kiedy indziej. Znalazłam w niej m.in. list napisany przez inżyniera pracującego w firmie produkującej rakiety dodatkowe na paliwo stałe. Informuje on w nim swoich przełożonych, że gumowe uszczelki, których użyto w rakietach przy promie kosmicznym „Challenger”, mogą doprowadzić do katastrofy. List datowany jest na 31 lipca 1985 roku. Start promu „Challenger” odbył się 28 stycznia 1986 roku. Pół roku później.  Na oczach milionów ludzi, 73 sekundy po starcie, prom rozpadł się nad wybrzeżem Florydy. Zginęło siedmioro członków załogi. Nie wszyscy jednak byli zaskoczeni… na pewno nie wspomniany autor listu. 

To tylko jeden z wielu przykładów na to, że wszystko ma swoje przyczyny i swoje konsekwencje. Czasem do katastrofy wystarczy gumowa uszczelka. 

Szczęście to konsekwencja wyborów

W życiu znajdziecie setki takich przykładów. I nie mam tu na myśli samych nieszczęść i katastrof. Chciałabym się raczej skupić na tych dobrych rzeczach, które nam „się trafiają” lub nie… Znasz poniższe powiedzenie?

 Jeśli czegoś nie chcesz – znajdziesz powód. Jeśli chcesz – znajdziesz sposób

Życiowa poczekalnia

Mam, podobnie pewnie jak i Ty, kilka takich spraw, które są dla mnie ważne, a mimo to ciągle zalegają w takiej życiowej poczekalni. Jedną z takich spraw jest mój rozpoczęty (a niedokończony) kurs speleo, czyli kurs taternictwa jaskiniowego. O jaskiniach pisałam też TUTAJ.

Powodów mam tysiące, oczywiście wszystkie szalenie ważne. Wybrałam więc cztery najważniejsze:

  1. Czas. Nie mam czasu. Przecież nikt nie ma czasu. Zwłaszcza na takie głupoty, jak babranie się w błocie. 2 tygodnie, 200 metrów pod ziemią, 500 km od domu.
  2. Dzieci. Są najważniejsze. No przecież są, więc jak masz wątpliwość to patrz jeszcze punkt pierwszy.
  3. Pieniądze. Tyle jest ważniejszych wydatków. Nie mamy nawet listew przypodłogowych, a ja chcę tak bezsensownie marnotrawić pieniądze.
  4. Nie można ciągnąć kilku srok za ogon. Powinny mi wystarczyć góry i spadochrony.

Jak mawia mój kolega Fixxxer (skoczek spadochronowy) – jeśli czegoś nie można, ale bardzo się chce – to wtedy można. 😀

Jaskinie mnie wołają i muszę iść.

I teraz przechodzę do sedna sprawy, do serca tego wpisu. Jeśli dotrwałaś do tego momentu – gratuluję. Otóż, dziś rano facebook podrzucił mi wspomnienie. Zdjęcie naszej mokotowskiej łazienki, w której obok ręcznika i myjki suszyła się lina, karabinki, crolle, płanie, shunty i uprzęże jaskiniowe. Zobaczyłam to zdjęcie – sprzed 8 lat :O i pomyślałam – no kurcze, to jest znak, sygnał.
Jaskinie mnie wołają i muszę iść. I teraz uwaga.

speleo sprzęt

Mija godzina, przybywa kurier. Otwieram paczkę, za którą serdecznie dziękuję Beacie Słamie i Górskiemu Domowi Kultury. W środku znajduje się nowiutka, pachnąca jeszcze drukiem książka. Robert Macflarlane – „Podziemia. W głąb czasu.” Przypadek? Nie sądzę…

podziemia

Dzień dobry, z tej strony Speleoklub Warszawski

To by nie było może jeszcze takie niezwykłe, ale… Postanowiłam usiąść i napisać ten tekst, o marzeniach, które odkładamy na później, o planach, których nie realizujemy. Czas mija a my zamiast zbliżać się do naszych celów, oddalamy się od nich, pojawiają się nowe okoliczności, trudności i przeszkody. No więc siadam, zaczynam pisać, dzwoni telefon. Zaciskam zęby, bo oto wena nadeszła, a jej nadejścia nie wolno nigdy lekceważyć, bo kapryśna jest i nie wiadomo, kiedy znów nas zaszczyci swą obecnością. No, ale dzwoni, obcy numer, odbieram. „Dzień dobry, z tej strony Michał S., Speleoklub Warszawski”. 

To jest pierwszy raz w historii, kiedy speleoklub do mnie zadzwonił. Jestem więc w szoku, a Michał mówi, że przeglądał papiery i zobaczył moje nazwisko na etapie wstępnym kursu speleo w 2016 roku, potem na zimowym w 2017, a potem pustka i cisza. 

zacisk w jaskini

Inspiracje są wokół nas

Trzy speleo inspiracje w ciągu jednego przedpołudnia. Można się uśmiechnąć i pomyśleć – co za przypadek a można też zebrać się sobie i wbrew wszystkim powodom i wymówkom znaleźć sposób, aby dokończyć ten kurs. Zrobić etap letni i zacząć legalnie chodzić po jaskiniach. A po co? Mam już gotowy tekst na ten temat – premiera niebawem.

cien w jaskini

Street wisdom

Wszechświat sprzyja, wysyła sygnały – odbieraj je! Moja mieszkająca w Londynie przyjaciółka Iza uczyła mnie kiedyś, jak rozpoznawać i odbierać te sygnały. Współorganizowała nawet specjalne spotkania i spacery pod hasłem „street wisdom”, co można chyba tłumaczyć jako „mądrość ulicy”. Dobrze jest móc teraz korzystać z tej wiedzy i doświadczeń. Fantastycznie jest dochodzić różnymi drogami do tego samego celu – bycia szczęśliwym, spełnionym człowiekiem.

Odkurz marzenia

Życzę Wam cudownego dnia i życia. Pędzę ogarnąć co trzeba, a potem przystąpię do organizowania siebie i ekipy na ten zaległy letni etap kursu taternictwa jaskiniowego. Zostanę w końcu oficjalnie grotołazem. 
Pomyśl o swoich odłożonych marzeniach, poszukaj wskazówek, bo one są gdzieś wokół, znajdź sposób i – do dzieła! 

Święta Wielkanocne 2020, dla zdecydowanej większości z nas, będą zupełnie inne niż wszystkie poprzednie. Niektórzy spędzali Wielkanoc w gronie najbliższej często wielopokoleniowej rodziny, inni zwykle wyjeżdżali w góry, na Mazury lub w dalekie zagraniczne podróże. W tym roku będzie inaczej, prawdopodobnie u wszystkich, raczej bez wyjątków. Co byśmy nie robili, sprzątając, gotując i dekorując domy, odczujemy samotność. Bojkotowanie Świąt też specjalnie na to nie pomoże.

samotne święta

Ci z nas, którzy spędzali Święta z dziećmi, z małżonkami, partnerami, rodzicami a niekiedy i z dziadkami, prawdopodobnie spędzą je tym razem w dużo węższym gronie. W trosce o życie i zdrowie seniorów, zdecydują się na rozłąkę. I prawdopodobnie okaże się, że to szykowanie, gotowanie, pieczenie, sprzątanie, mycie okien i robienie pisanek straci nieco ze swego uroku i sensu, gdy nie ma przy nas tych, z którymi zwykliśmy spędzać te i każde inne Święta. 

Jeśli, mimo wewnętrznego oporu, myłam co roku przed Świętami okna, to niezupełnie tylko dla siebie i satysfakcji z czystego (przez krótką chwilę) domu. Robiłam to także po to, żeby sprawić przyjemność mojej Mamie, która lubi czyste okna i chce wierzyć, że wychowała mnie na jako taką panią domu. Robiłam to też z myślą o Teściowej, w oczach której chciałam zawsze uchodzić za nieco lepszą gospodynię, niż wskazuje na to nasza codzienność. 

święta z przedwojenną porcelaną

Bardzo lubiłam spędzać Święta z moją rodziną. Uśmiechniętą Mamą, głośnym Bratem, serdeczną Bratową i ich małym synkiem, z pomocną Teściową i z eleganckim Teściem w śnieżnobiałej koszuli z pięknymi spinkami przy mankietach. Polerowałam podarowane mi przez niego srebrne dzbanki, dzbanuszki i cukiernicę. Prasowałam stuletni ręcznie haftowany w liliowe kwiatki obrus. Wyciągałam ukochaną ćmielowską porcelanę (fason “bolero” ze zdobieniem w różyczki), pochodzącą z okresu międzywojennego. Pamiątkę po przyszywanej Prababci, której nie miałam szansy poznać, ale po której mam wrażenie, że dostałam w spadku nie tylko porcelanę, ale także umiłowanie pięknych starych przedmiotów.

Ubierałam odświętnie dzieciaki, córce plotłam warkocze, wiązałam kokardę z tyłu kwiecistej sukienki. Sama też zakładałam sukienkę, szpilki i malowałam się w pośpiechu, bo zazwyczaj byłam w niedoczasie. Mama zwykle bardzo chciała pomóc, a ja bardzo chciałam być samodzielna, więc nie przeczę – czasem iskrzyło, ale zawsze było dobrze, rodzinnie, głośno i wesoło. 

stol wielkanocny
fot. Remigiusz Witkowski

wielakanoc tysiące kilometrów od domu

Tylko jedne Święta Wielkanocne spędziliśmy inaczej. Kiedy rok po katastrofalnym trzęsieniu ziemi w Nepalu wybraliśmy się tam z pomocą. Trzęsienie ziemi, które w ciągu jednej minuty zabrało życie prawie 10 000 ludzi. Wyobraźcie to sobie teraz. Kraj mniejszy o połowę od Polski i liczba zmarłych jednego dnia osób trzy razy większa niż w całych Chinach zabrał koronawirus COVID-19 (do tej pory). Jak dodamy do tego PKB, które w Nepalu wynosi ok. 2 dolary dziennie na osobę (dla porównania w Polsce wynosi 92 dolary), to mamy mniej więcej obraz ich tragicznej sytuacji. 

doceniajmy

Ale wracając do tematu Wielkanocy, chciałam Wam właściwie powiedzieć, że inne Święta nie muszą być złe. Samotność, taka która nie jest wieczna, też nie jest zła. Każdy, z kim miałam okazję rozmawiać o Nepalu, na pewno nieraz usłyszał ode mnie, że trekkingi w Himalajach bardzo zmieniły zarówno mnie, jak i moje podejście do świata, życia, wiary i przedmiotów. Nauczyły mnie doceniać nie tylko wszystko to, co posiadamy, ale przede wszystkim to, z czego posiadania już dawno przestaliśmy sobie zdawać sprawę.

Doceniam swój dom, samochód i kanapę. Ale przed pierwszą podrożą po Himalajach nie doceniałam luksusu jakim jest ciepła woda, ogrzewanie, prąd w gniazdku, światło czy umywalka z bieżącą wodą. Przyszłoby Wam do głowy, że umywalka to luksus? I nie chodzi tu o posiadanie takiego przedmiotu, tylko o fakt, że możesz umyć swój kubek lub uprać rzeczy stojąc wygodnie wyprostowanym… A podłoga, kuchenka, meble – jak często cieszysz się i doceniasz, że to masz?

z okazji świąt – latające t-rexy

Jak wyglądała nasza Wielkanoc w Manang na szlaku wokół Annapurny? W Wielką Sobotę wieczorem padał śnieg. Staliśmy przed naszym „hotelikiem” próbując zadzwonić do domu z telefonu satelitarnego. Okienko czasowe na połączenie było krótkie. Byliśmy w głębokiej dolinie i czas, kiedy przelatujący satelita nas „widział”, pomiędzy jedną a drugą górą, wynosił kilka minut. Kiedy rodzice odebrali telefon, nasza trzyletnia córeczka stwierdziłą, że nie ma teraz czasu, bo jest zajęta. Wpadłam w rozpacz, bardzo chciałam ją usłyszeć, ale ona akurat nie chciała przerywać zabawy. W końcu babci udało się namówić ją na rozmowę – życzyła nam ładnego słoneczka i fruwających T-rexów. Nie pytajcie, dlaczego T-rexów i dlaczego fruwających, nigdy się tego nie dowiedzieliśmy. Ale do dziś się uśmiechamy na to wspomnienie.

6 szklanek wrzątku i masło od naka – samicy jaka

Wieczorem poprosiliśmy kucharza o ugotowanie nam na rano 20 jajek na twardo i podanie równocześnie z nimi 6 szklanek z wrzątkiem. Oraz masła. Nie było łatwo im wytłumaczyć, po co nam to wszystko. Zresztą i tak nie uwierzyli. Następnego ranka też nie mogli uwierzyć, kiedy zobaczyli, że farbujemy jajka i piszemy po nich długopisami. No cóż, „westmeni”, jak często określa się turystów, miewają przecież różne dziwne pomysły i zwyczaje (kiedyś Wam opowiem o ty, co myślą na temat naszego papieru toaletowego :D).

pisanki nepal
Pisanki wielkanocne w Manang w Himalajach Nepalu, marzec 2016

najlepsza konserwa na świecie

Farbki do jajek przywiozłam specjalnie na tę okazję z Polski, podobnie jak dżem truskawkowy naszej roboty i bakalie. Nasza przyjaciółka Tamara podczas śniadania Wielkanocnego wyjęła dwie puszki mięsnej konserwy! Były okrzyki i wiwaty! Nie macie pojęcia jak ta konserwa smakowała! Traktowaliśmy ją niemal jak relikwię, podając sobie z rąk do rąk, z namaszczeniem, każdemu po plasterku, rozkoszując się smakiem. Prawdopodobnie nie była to jakaś nadzwyczaj pyszna konserwa, ale chleb smakuje inaczej, gdy jest się bardzo, bardzo głodnym, prawda? To był smak z Polski. Z domu, który znajdował się wiele tysięcy kilometrów stąd.

czekoladki belgijskie na śniadanie

Belgowie, którzy w tym czasie również przebywali w tym „hoteliku” i których zaprosiliśmy do wspólnego wielkanocnego śniadania, poczęstowali nas wyśmienitymi belgijskimi pralinkami. Jednak ich smak, który normalnie by może zachwycał, nie umywał się do smaku mielonki z puszki! Udało nam się zdobyć kilka gałązek bazi, mieliśmy przywiezionego z domu wielkanocnego kurczaczka, dżem, mielonkę, kilka czekoladek i te kolorowe jajka. Byliśmy w gronie przyjaciół, ale bez rodziny, w ukochanych Himalajach, ale daleko od domu. Było i bardzo dobrze i trochę przykro. 

jedyna dziwna wielkanoc

Święta wielkanocne w 2020 roku będą inne, dla nas wszystkich, chyba bez wyjątku. Niestety decyzja o tym nie należała do nas. Wiecie, co zrobię? Będę się cieszyć smakiem sałatki jarzynowej, choć wolałabym śledzie pod pierzynką mojej Mamy. Wypoleruję srebra, choć Teść ich nie zobaczy i wyjmę tę porcelanę, choć Rodzice nie wypiją w tym roku z niej herbaty. Mam zamiar cieszyć takimi Świętami, jakie są nam dane. I z całą pewnością będę się cieszyć na kolejne! Wyobraźcie sobie, jak to całe szaleństwo się już skończy, jakie to będą te kolejne Święta. Najbliższe i każde następne, podczas których będziemy wszyscy razem, całą rodziną, wspominać tę jedną jedyną dziwną Wielkanoc, ona już wtedy będzie daleko w tyle za nami, odległa jak zły sen.

Tego też nauczyły mnie Himalaje. Każdy najtrudniejszy nawet dzień i każda, choćby najdłuższa droga, kiedyś się kończą. A my z każdym takim doświadczeniem stajemy się bardziej pokorni, ale także silniejsi i odporniejsi. I tego Wam serdecznie życzę, nie tylko z okazji Świąt.

z koszyczkiem nad rzeka
Z koszyczkiem nad Narwią

Pierwszą lekcję biologii o wirusach pamiętam doskonale do dziś. Ogromne wrażenie zrobiło na mnie zdanie, którym nauczycielka zaczęła zajęcia: „Jest na świecie taka grupa organizmów, które zagrażają naszemu życiu, organizmy te są niewidzialne i jesteśmy wobec nich praktycznie bezbronni.” Na początku nie mogłam w to uwierzyć. Najbardziej fascynowało mnie, że z punktu widzenia biologii nie są właściwie organizmami, a zawierają RNA lub DNA, mogą mutować, uodporniać się na leczenie i tak naprawdę nie mamy możliwości ich okiełznać. Mogą wywoływać epidemie. Wtedy zdecydowałam, że będę zdawać maturę z biologii. Dziś tamta lekcja jest moją codziennością a ja, wraz z tysiącami ludzi na świcie, zastanawiam się, jak zmieni się nasze życie po zarazie?

Zamknięcie

Dziś, kiedy to piszę jesteśmy już w trakcie globalnej zarazy spowodowanej koronawirusem wywołującym chorobę nazwaną COVID 19. 
Od czwartku 12 marca 2020, kiedy zamknięto szkoły, wszystko zaczęło zwalniać. Na początku powoli i z niedowierzaniem przyjmowaliśmy informacje o odwoływanych imprezach masowych, potem kameralnych spotkaniach, w końcu – wszystkich. Zamknięto granice, lotniska, kina, centra handlowe. Na koniec zamknięto nas. W domach, ale jednak, zamknięto. 

Co musieliśmy poświęcić?

Ile planów nie wypaliło? Z ilu rzeczy musieliście zrezygnować? U mnie na razie nie najgorzej. Choć… nie minął jeszcze miesiąc, a przepadł mi:

– koncert Lao Che, pierwszy na który mieliśmy iść razem z dziećmi, bilety kupiłam chyba jeszcze w listopadzie;

– kilkudniowy babski wypad do Szkocji. Zamki, tajemnice, miejsca związane z Harrym Potterem i Outlanderem. Miałyśmy popijać szkocką whisky w edynburskich pubach;

– zaplanowany na początek maja lot do Londynu na komunię mojej uroczej Chrześnicy Lily;

– kurs PPL(A) na pilota samolotowego.

Nic takiego niby, a przykro mi z każdego tego powodu jak sto diabłów.

Podobno introwertycy miło spędzają czas podczas tej izolacji a ekstrawertycy dostają szajby. Jestem ekstrawertyczką… Nasz dom zawsze był pełen ludzi, mamy wspaniałych przyjaciół, z którymi często się spotykaliśmy. Wszystko to musi zaczekać. Ile? No tego niestety nie wiadomo. Na początku te dwa tygodnie wydawały się dłużyzną, choć szukałam w tym pozytywów. Teraz wiadomo już, że może będą to jeszcze dwa miesiące? A może dłużej?

życie zahamowało z piskiem opon

Nikt z nas nie lubi ograniczeń, jedni łatwiej akceptują ingerowanie w ich wolność, inni trudniej, ale z całą pewnością nikt tego nie lubi. Nastał bardzo ciekawy socjologicznie czas. Narzekaliśmy na życie w pędzie, czuliśmy się czasem jak chomiki w kołowrotkach, pędzący nie wiadomo po co, nie wiadomo za czym. Niektórzy zdążyli trochę wyhamować swoje tempo życia jeszcze przed epidemią, inni zostali do tego zmuszeni teraz. Życie milionów ludzi na całym świecie wyhamowało z piskiem opon, z dnia na dzień.

konsekwencje zarazy

Jedno jest pewne. Nic już nie będzie takie samo jak przedtem. Co konkretnie to dla nas oznacza i jakie będą konsekwencje tej globalnej zarazy? Oto moje typy:

Priorytety

Mamy szansę ustalić na nowo nasze priorytety. Macie czasem wrażenie, że jako społeczeństwo pogubiliśmy się w biegu ku posiadaniu? Że nasze priorytety przypominają rozsypane klocki? Relacje z bliskimi tuż obok nowej pary butów, zdrowe jedzenie przykryte nadgodzinami, pasje przesłonięte przez wakacje all inclusive.

No to trzeba będzie teraz z tych klocków ponownie ustawić wieżę. Czy fundamentem będzie zdrowie i bezpieczeństwo naszych bliskich? Czy przypomnimy sobie, że w ogromnej większości przypadków nasza praca nie ratuje niczyjego życia? I czy okaże się, że możemy przeżyć weekend, dwa lub osiem bez galerii handlowych? 

butter lamp nepal ogien
Lampki w Swayambhunath, tzw. Świątyni Małp w Dolinie Kathmandu, Nepal

Docenienie

Staram się doceniać swoje życie każdego dnia. Wszystko, co mam. Rodzinę, przyjaciół, dom, drzewa za oknem. W obliczu zagrożenia śmiercią, utratą bliskich i zdrowia, wszystkie problemy, które miałam jeszcze miesiąc temu wydają mi się śmieszne. Czujecie podobnie? Naprawdę muszą nas spotykać kataklizmy i nieszczęścia, abyśmy odkryli, że mamy dobre życie? My, Polacy, żyjemy relatywnie w bezpiecznym miejscu i dobrych czasach. Nie dotykają nas wojny, trzęsienia ziemi. Mamy pracę, domy, jedzenie i poczucie bezpieczeństwa, które za tym idzie. Że inni mają lepiej? Niektórzy na pewno. A zastanawiacie się czasem, ilu ludzi ma znacznie gorzej niż my? Nie? To zapraszam na wycieczkę, np. do bliskiego memu sercu Nepalu. Pisałam o tym TUTAJ.

Kilka tygodni w domu. Radość, spokój czy strach?

Szczerze? Trochę się ucieszyłam na wieść o pierwszych dwóch tygodniach w domu. Miałam czas zacząć pisać dla Was (i dla siebie) ten tekst, czytałam książki, oglądałam z dzieciakami filmy, chodziliśmy na spacery, rozmawialiśmy o tym, co w życiu ważne. Tak było przez pierwszy tydzień. Potem humor zaczął mi siadać. Próbowałam pracować, ale każde kolejne zadanie, w zaistniałej sytuacji, wydawało mi się coraz bardziej bezsensowne. Mam taki problem, że nie umiem robić czegoś, w czym nie widzę sensu. W życiu zawodowym czasem bardzo mi to przeszkadzało, bo zwykle nie potrafiłam w porę zamknąć dzioba i nie kłapnąć ozorem, że nowy pomysł szefa jest beznadziejny. No więc w czasie zarazy zaczęłam mieć wrażenie, że moja praca jest kompletnie nie na miejscu i nie ma wykazuje żadnego sensu. Nie jestem lekarzem, nie jestem policjantem, nie jestem ekspedientką. Ich praca ma teraz ogromny sens. Moja – niekoniecznie.

w domu nie zawsze jest bezpiecznie

Jednak mimo wszystko część mnie cieszyła się, że jestem w swoim domu, z rodziną którą kocham, z kotami, które zdążyliśmy kilka tygodni temu adoptować. Jestem jednak pewna, że dla niektórych te tygodnie to jest i będzie tortura. Nie wszyscy czujemy się w domu dobrze, nie wszyscy jesteśmy w nim bezpieczni. Myślę o rodzinach, w których jest alkohol i przemoc, myślę o maltretowanych kobietach i dzieciach, które teraz jeszcze bardziej nie mają dokąd uciec. Boję się o nich, ale równocześnie mam nadzieję, że może ten czas będzie dla takich kobiet impulsem do zmiany, do ucieczki, do walki o siebie i dzieci. Może zaraza stanie się dla nich szansą na lepsze życie? Bardzo im tego życzę. 

pozory mylą, czyli nadchodzi czas próby

Są jeszcze domy, w których tylko z pozoru jest wszystko dobrze, ale domownicy tak naprawdę od dawna żyją osobno, w innych światach. Co się z nimi stanie, gdy te inne światy się zamknęły i teraz są w czterech ścianach skazani na swoją ciągłą obecność? To z pewnością będzie czas próby. Nie wszystkie związki i rodziny wyjdą z niego zwycięsko.

czy samotni mają lepiej?

Są też ludzie, którzy mieszkają sami. Czasem z wyboru, czasem z konieczności. Przez te kilka tygodni będą znacznie bardziej samotni niż zwykle? Czy wręcz przeciwnie? Może zniosą izolację dużo lepiej niż ich bardziej stadni znajomi? A potem? Może zechcą coś zmienić w swoim życiu? Może nieco bardziej otworzą się na świat i innych ludzi? Kto wie?

Praca

Może się okazać, że wysiadywanie dupogodzin w wielkich korporacjach nie jest tak naprawdę konieczne. Może się okazać, że bywamy bardziej efektywni, gdy pracujemy wtedy, kiedy chcemy i niekoniecznie jest to poniedziałek – piątek od 9.00 do 17.00. Miałam szczęście mieć w życiu takich szefów, którzy wierzyli, że będąc w domu mogę pracować równie skutecznie, jak będąc pod ich czujnym okiem. Mi dało to nieco wolności wyboru, a im niczego nie odebrało. Nie dotyczy to oczywiście każdej pracy, ale wierzcie mi, że mnóstwo rzeczy można robić właśnie zdalnie. Być może ten czas izolacji pozwoli nam to odkryć? Tego akurat jestem pewna.

balkon zamiast mordoru

Może się okazać, że całe zastępy ludzi, które zwykle przed 9.00 rano zmierzały szarą wezbraną falą ku bramom Mordoru na Domaniewskiej (jak pieszczotliwie nazywamy zagłębie korporacyjne na warszawskim Mokotowie) mogą spokojnie zostać w domach. Przy swoich kuchennych stołach, na kanapach, na balkonach mogą wykonywać te same zadania z równie wysoką skutecznością, co w betonowo-szklanych molochach. 

Relacje

I tu dochodzę do tego, co w czasie izolacji boli mnie najbardziej. Tęsknię. Za ludźmi. Najbardziej ze wszystkiego denerwuje mnie to, że tęsknię za ludźmi. 
Za rodzicami, nawet za bratem ;), za przyjaciółmi, znajomymi, sąsiadami, współpracownikami. Jestem zwierzęciem stadnym, prowadziliśmy zawsze dom otwarty. Nie było do tej pory takich tygodni, żebyśmy się z nikim nie spotykali. Dzieciaki stale dopytywały, kto dziś do nas przyjedzie?
Od kilku tygodni odpowiedź brzmi – nikt… 
A kiedy ktoś przyjedzie? – nie wiadomo…

czorteny flagi buddyjskie nepal mustang
Czorteny, dolina Kali Gandaki, Nepal

serce się kraja

Serce mi się kraja, gdy Lila mówi, że chce do „baby Halyny” albo do babci Basi. Że chce zobaczyć się z Nikosiem, Marysią, że chce wrócić do swojej szkoły… Wiem co czuje, bo ja czuję to samo. W akcie desperacji zorganizowałam wirtualne spotkanie z bliskimi skoczkami spadochronowymi. Czułam się trochę jak kretynka szczerząc zęby do ekranu i unosząc kufelek z piwem do kamery, ale wiecie co? Dobrze mi to zrobiło, fajnie było zobaczyć te mordki, choćby tylko tak.

jak sobie radzić?

Jakie mam wnioski? Jak sobie radzę? Różne i różnie. 

Dom wysprzątany, ogród ogarnięty, ja nieco smutna, troszkę sfrustrowana i ociupinkę wkurwiona… 

Tęsknię za swoim życiem, podobnie pewnie jak i Wy, ale równocześnie staram się doceniać każdą jego chwilę, każdą sekundę. Cieszę się tym co mam, co przeżywam. Swój kalendarz, który prowadzę w formie bullet journal (opowiem Wam o nim następnym razem), zmieniłam w pamiętnik dobrych momentów, w skarbnicę pozytywnych myśli i inspirujących treści. Z tym wszystkim łatwiej będzie mi przetrwać trudny czas, a potem będzie też do czego wracać, gdy życie znów zacznie się kiedyś niebezpiecznie rozpędzać…

platki roz ziarna ryzu nepal
Ofiary z kwiatów i ryżu w hinduskiej świątyni, Kathmandu, Nepal.

I jeszcze krótka dygresja na koniec. Niedługo przed zarazą, kiedy wydawało mi się, że mam trudny zawodowo czas, mnóstwo rzeczy na głowie i sporo stresu, pewien bliski mi człowiek na pocieszenie przytoczył słowa amerykańskich żołnierzy z Navy Seals:

Jedyny łatwy dzień był wczoraj.

Zatem jak padłam, to powstaję. Poprawiam koronę i idę dalej. Choćby tylko z kanapy do kuchni i z powrotem.

Myślę, że autorzy tekstów, takich jak: „jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie”, czy „mówisz o pokoju, czy Ty nie widzisz, że są tacy, którzy chcą, żebyśmy pozabijali się”, w najczarniejszych snach nie przypuszczali nawet, że przyjdzie im te same teksty, zaangażowane politycznie, śpiewać 20, 30 lat później. Smutne to, głupie i przerażające. My jesteśmy głupi, że do tego dopuściliśmy.

Kobranocka, Róże Europy, Sztywny Pal Azji i Tomek Lipiński – wspólny koncert

Skoki spadochronowe pochłaniają niemal wszystkie nasze weekendy od kwietnia do października. Dlatego gdy przychodzi późna jesień i zima, mamy dopiero czas na kino, teatr i koncerty. W ramach czasu tylko we dwoje, wybraliśmy się na koncert rockowy zespołów, które oboje lubiliśmy we wczesnej młodości:
Kobranocka
Róże Europy
Sztywny Pal Azji
Tomek Lipiński.
Zestaw ten wyglądał na tyle obiecująco, że się skusiłam i kupiłam bilety.
Od czasu upadku PRLu chyba nie widziałam tak długiej kolejki. Omijam szerokim łukiem wszelkie huczne otwarcia sklepów nie dla idiotów, super niebywałe promocje na bardzo markowe torebki w lidlu, czarne piątki, cyber poniedziałki i inne tego typu bzdury, więc kolejki są mi obce. Ale skoro muzyka z czasów PRL to i kolejka w klimacie.

SZEść godzin zaangażowanej politycznie muzyki

Liczyłam na najlepszą, bo dobrze mi znaną, muzykę. Na dwie godziny bezrefleksyjnego słuchania i relaksującego podrygiwania. Po prostu na miły, odprężający wieczór we dwoje. Czy się przeliczyłam? Oczywiście, że tak!
Po pierwsze, nie doczytałam, że to właściwie nie jest jeden koncert, tylko cztery i w związku z tym całość potrwa nie dwie, a sześć godzin. Na to nie zamierzam jednak narzekać, a że kręgosłup pod koniec bolał już niemiłosiernie, to nie wina koncertu przecież… 😉

LIDER RÓŻ EUROPY NIE MA JUŻ 28 LAT

Pierwsza gorzka refleksja przyszła, kiedy zobaczyłam na scenie wokalistę Róż Europy. Nie wiem jak Wy, ale ja, kiedy słuchałam piosenki pt. ’Jedwab’ w latach 90-tych, wyobrażałam sobie przystojnego młodego mężczyznę i bardzo żałowałam, że nie mam ani piegów, ani loków, ani policzków bladych. Jakież więc było moje zdumienie, gdy na scenę wkroczył dziarskim krokiem 55-latek. Czar jakby trochę prysł, bo po przystojnym 28-latku ani śladu ;).
Teraz lider zespołu Róże Europy jest przystojnym panem w, powiedzmy, średnim wieku. Na szczęście głos mu się nie zestarzał i nadal dobrze się go słucha.

jesteśmy wkurwieni

Wiecie co jeszcze mnie uderzyło? Ze sceny zaczęły odważnie padać zdania odwołujące się w bezpośredni sposób do obecnej sytuacji politycznej. Nie były to subtelne okrągłe słówka nieśmiało skłaniające nas do refleksji. To były takie słowa, które nieczęsto słyszę wypowiadane publicznie, do szerszej grupy odbiorów o niewiadomych poglądach politycznych. 
Andrzej „Kobra” Kraiński, wokalista i gitarzysta Kobranocki podczas koncertu powiedział:  

„Kiedyś byliśmy młodzi i gniewni. Teraz jesteśmy starzy i wkurwieni.”

I nie było to tylko hasło rzucone ot tak między piosenkami, bo „Jesteśmy wkurwieni” to także tytuł jednej z piosenek z najnowszej płyty Kobranocki „My i Oni”.

walka o wolność znów trwa

Przykro było usłyszeć z ust Tomka Lipińskiego, że jego piosenki pisane dwadzieścia, trzydzieści lat temu znów są aktualne. Każdy utwór, który wtedy wybrzmiewał politycznym manifestem, teraz, podczas tego koncertu, także nim był. I co do tego nikt z nas obecnych nie miał nawet cienia wątpliwości… 
Mój Tomek pamięta jeszcze te same kawałki grane w poprzednim ustroju, ja poznałam je już w tzw. wolnej Polsce. I nigdy nie miały dla mnie aż tak silnego wydźwięku, jak dla niego. Aż do teraz. 
Zdumiewające było dla mnie to, że na scenie pojawiły się cztery różne zespoły, które mówiły wspólnym językiem. Nie tylko językiem rockowej i punkowej muzyki, ale też językiem ludzi, którzy w młodości walczyli o wolność i teraz znów to robią. Szczerze mówiąc wstyd mi się zrobiło. 

pokolenie post prl-u

Jestem tym pokoleniem, które prawie nie pamięta PRLu, w 1989 roku miałam 8 lat. To dla nas wywalczono wtedy wolność i niepodległość, dla mojego pokolenia. I co myśmy z tą wolnością zrobili? Coś poszło mocno nie tak, skoro oni, dziś pięćdziesięcio- i sześćdziesięcioletni znów piszą takie teksty, jak we wspomnianym utworze „Jesteśmy wkurwieni”.
Teraz dygresja. Jakiś czas temu, podczas marszu w obronie sądów, spotkałam kolegę Darka, który powiedział coś, co mnie wtedy bardzo poruszyło: 

„Nie przypuszczałem, że po 89 roku jeszcze kiedykolwiek będę musiał wychodzić na ulicę protestować…” 

Myślę, że autorzy tekstów, takich jak: „jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie”, czy „mówisz o pokoju, czy Ty nie widzisz, że są tacy, którzy chcą, żebyśmy pozabijali się”, w najczarniejszych snach nie przypuszczali nawet, że przyjdzie im te same teksty śpiewać 20, 30 lat później. Smutne to, głupie i przerażające. My jesteśmy głupi, że do tego dopuściliśmy.

lubimy to, co znamy

Wraz z tym koncertem pojawiła się także taka refleksja: Znamy tylko to, co lubimy i lubimy to, co znamy, czyli melodie, które łatwo wpadają w ucho, teksty łatwe, lekkie i przyjemne…
Przeboje takie jak „Jedwab” i „Kocham Cię jak Irlandię” muszą być pułapką i przekleństwem dla rock’n’rollowców. W oczach, a raczej uszach, masowej publiczności są oni prawdopodobnie wykonawcami głównie tej jednej piosenki. 

A przecież ich dorobek ani się na tych utworach nie zaczął, ani nie skończył. Szczerze mówiąc dopiero ten koncert przypomniał mi ich bardziej rockowe kawałki, takie jak „Kontestatorzy”, czy „Młode koty noszą wykrochmalone kołnierzyki” ze słynnym refrenem: „bo my jesteśmy rock’n’rollowcami, pijemy tanie wino, pijemy je litrami”. W oryginale jest to oczywiście stare, a nie tanie wino, ale publiczność festiwali w Jarocinie wiedziała swoje. 😀

pamiętajmy o tym, o co muzyką walczyliśmy

Nucąc polskie przeboje lat 80-tych podczas imprez pamiętajmy także o innych, mocno zaangażowanych utworach i tekstach tych artystów, pamiętajmy, że oni za nas i dla nas walczyli o wolność. Przychodzą mi tu do głowy słowa innego rockowego zespołu Lao Che:

„Jestem człowiekiem zaniepokojony.
By rzec – rozczarowany.
Bo miałem ambicję stworzyć taką rezolutną rasę. 
A wyście to tak, po ludzku,
Po ludzku spartolili.”

Trasa koncertowa 2019/2020 wciąż trwa, gorąco polecam, bilety można zamówić, np. TUTAJ.

tomek lipiński koncert

Muszę się wam przyznać, że cierpię ostatnio na kryzys, któremu na imię rosnąca niechęć do życia online. Zastanawiam się nawet, czy pisanie bloga nie jest w moim przypadku objawem lekkiej schizofrenii. 
Nie ulega wątpliwości, że generalnie spędzamy w sieci za dużo czasu. Oczywiście Internet jest skarbnicą wiedzy, może być źródłem inspiracji i przyjemności, ale czy na pewno nasz cenny czas pochłaniają treści mądre, wartościowe i dla nas dobre? Jak mawia Radomska – mam wątpliwość…

wybieraj starannie, co obserwujesz

A tak naprawdę to nie mam wątpliwości. Mimo iż bardzo się staram ograniczać, to i tak przeglądanie głupot zajmuje mi codziennie sporo czasu. Jako użytkowniczka facebooka, bardzo długo broniłam się przed zainstalowaniem Instagrama. Wiedziałam, że to złodziej czasu, bo jednego już miałam. Odkryciem było więc dla mnie, kiedy przyjaciółka wytłumaczyła mi, że na Instagramie właściwie nie obserwuje znajomych, tylko profile wybranych artystów, satyryków, fotografów, wspinaczy i… agencji kosmicznej. Tych obserwowanych profili ma niewiele, wybrała je bardzo starannie. Dzięki temu ogląda niewiele i tylko te treści, które ją czegoś uczą, inspirują lub po prostu cieszą oko.

instagram a rzeczywistość

Podobne podejście do Instagrama ma chyba Ola Budzyńska (Pani Swojego Czasu). Czytałam kiedyś jej świetny post o tym, jak kobiety ją krytykują – że nie ma super figury, że niby taka fit a tu wisi, tu się marszczy i nijak jej ciało się ma do popularnych instagramowych trenerek. Na co Budzyńska, z rozbrajającą szczerością, że ma to w dupie. Namawia nas do ruchu dla zdrowia i dobrego samopoczucia, a nie po to, żebyśmy miały figury modelek. Wysnuła też wniosek, że jeśli my całymi dniami oglądamy piękne zdjęcia, pięknych kobiet, w pięknych sceneriach, do tego pięknie obrobione przez photoshopa, to sorry, nic dziwnego, że rzeczywistość nam się nie podoba.

Jest tylko jedno „ale” – przecież to my decydujemy, co oglądamy i kogo obserwujemy! 

to ty decydujesz – Nikt inny

I to jest sedno sprawy. Pisałam Wam TUTAJ, że jesteśmy wypadkową pięciu osób, z którymi spędzamy najwięcej czasu. Warto, żeby to były osoby, które nas wspierają, motywują lub inspirują. Tak samo jest z Instagramem i Internetem w ogóle. Tak jest właściwie ze wszystkim. To Ty decydujesz, co oglądasz, czego słuchasz. Nie daj sobie odebrać możliwości decydowania i samodzielnego myślenia, nie dawaj sobą manipulować. 

INDIAŃSKA PRZYPOWIEŚĆ O DOKONYWANIU WYBORÓW

Jest pewna piękna indiańska przypowieść, o dokonywaniu wyborów:

Pewien stary Indianin Cherokee nauczał swoje wnuki. Powiedział im tak:
– Wewnątrz mnie odbywa się walka. To straszna walka.
Walczą dwa wilki. Jeden reprezentuje strach, złość, zazdrość, smutek, żal, chciwość, arogancję, użalanie się nad sobą, poczucie winy, urazę, kłamstwa, fałszywą dumę i poczucie wyższości.
Drugi to radość, zadowolenie, zgoda, pokój, miłość, nadzieja, akceptacja, chęć zrozumienia, hojność, prawda, życzliwość, współczucie i wiara.
Taka sama walka odbywa się w każdym z ludzi.
Dzieci myślały o tym przez chwilę, po czym jedno z nich zapytało:
– Dziadku, a który wilk wygra?
– Ten, którego nakarmisz – odpowiedział stary Indianin.

mgla_snieznik_dotykam_chmur
w drodze na Śnieżnik

nie daj sobą manipulować

Żyjemy w trudnych czasach, kiedy z każdej strony ktoś mówi nam, co mamy myśleć, robić, co nosić, kogo lubić, o czym marzyć. Staliśmy się szarą sterowalną masą, przestajemy samodzielnie myśleć, pogubiliśmy się. Nasz konsumpcjonizm osiągnął szczyt, z którego, mam nadzieję, będzie się już tylko staczał. Mam wrażenie, że coraz trudniej jest mi trafiać w sieci na treści, które niczego nie sprzedają, a niosą ze sobą coś wartościowego. Chyba stąd ten mój internetowy kryzys.

co można robić offline?

Przez ten czas, kiedy niczego prawie nie publikowałam i skrycie cieszyłam się niechęcią do życia online, skupiłam się bardziej na życiu offline i w ramach tego:

1. Góry

Wyrwałam się na dwa dni w góry, w okolice Śnieżnika, żeby pobyć trochę z przyjaciółmi i podtrzymać tradycję corocznych spotkań fanów, nieistniejącego już dziś, czasopisma himalaisty Alka Lwowa, pt. Góry i Alpinizm. Nazwa z biegiem lat przekształciła się w Grubi i Aktywni i pod tym szyldem oni spotykają się od dwudziestu pięciu lat, a ja z nimi już od dziewięciu. Raz do roku, zawsze w ostatni weekend września, za każdym razem w innym schronisku i na innym szczycie, robimy sobie grupowe zdjęcie w pamiątkowych koszulkach. Kiedy oglądamy slajdy z poprzednich zlotów, widzimy coraz więcej osób, których już z nami nie ma… Dlatego jeszcze bardziej cieszymy się życiem, tym realnym, prawdziwym i wyciskamy je jak cytrynę. 
Zdecydowanie zaniżamy tam średnią wieku, dlatego czujemy się niejako w obowiązku trochę narozrabiać i zgodnie z nową tradycją zarządzamy tańce. Ze wzruszeniem dyskretnie przyglądam się paniom, które, nieco zawstydzone i poważne, dają się poprosić Tomkowi do tańca. My z dziewczynami, w tym czasie, wywijamy na parkiecie z panami w wieku naszych ojców i dziadków. I jest super.

krople_na_dzrewie_dotykam_chmur
krople deszczu w lesie w masywie Śnieżnika

2. zapasy na zimę

Pożyczyłam od pewnej dobrej duszyczki Thermomix i między innymi z jego pomocą produkuję zdrowsze alternatywy sklepowych produktów oraz zapasy na zimę – buliony, likiery, przyprawy, dżemy, kompoty, skoki i nalewki. Zrobiłam też pierwsze w swoim życiu ciasto drożdżowe! Najlepsze ciasto zawsze robiła moja Babcia Pola, ale Jej już nie a ciasto samo się nie zrobi. Gotować nigdy nie lubiłam i to już się pewnie nie zmieni, ale karmienie rodziny sprawia mi pewną przyjemność. Zwłaszcza jesienią, kiedy za oknem ziąb i deszcz, wierzę, że domowy rosół z kolendrą rozgrzewa nie tylko żołądki.

grzyb_mech_dotykam_chmur
na zboczach Śnieżnika

3. porządki i wyrzucanie

Robię porządki, wyrzucam i oddaję różne rzeczy. W szafach robi się luźniej. Kiedy udaje mi się uporządkować jakąś przestrzeń, czuję jak energia i moje myśli przepływają swobodniej. Co kilka miesięcy robię przegląd garderoby dzieci. Rzeczy zniszczone wyrzucamy, dobre oddajemy znajomym lub wrzucamy do kontenerów. Część z nich zabieram do Nepalu i rozdaję dzieciom na szlakach wysoko w górach, gdzie dostępność ubrań jest bardzo utrudniona.

4. Weekend offline bez dzieci

Zafundowaliśmy sobie weekend bez dzieci. Kocham je nad życie, ale kocham też czas, który spędzamy tylko we dwoje. Od maja do października właściwie nie mamy wolnych weekendów, więc taki wyrwany wspólny czas smakuje podwójnie. Impreza do rana (dawno tego nie robiliśmy), potem leżenie w łóżku do południa, książka, dobry obiad i kawa u teściów. Baterie naładowane.

roze_dotykam_chmur
jesienne róże w Międzyrzeczu

5. Rekord guinnessa

W ostatnim czasie był jeszcze spadochronowy rekord Guinnessa, w którego organizacji miałam zaszczyt i przyjemność uczestniczyć, ale to już materiał na kolejną opowieść.

polska_stratosfera_punya_project_dotykam_chmur
Punya Project organizowany przez Polską Stratosferę fot. Tomasz Witkowski

A Wy, organizujecie sobie czas offline? Co wtedy lubicie robić? A jeśli jeszcze nie próbowaliście, to może… spróbujemy razem? 

Pamiętasz swoje najlepsze kolonie i obozy? Koleżanki i kolegów, ogniska, dyskoteki, pierwsze miłości, śluby kolonijne, zielone noce? Listy i telefony do rodziców z prośbami o pieniądze, rozpacz, gdy przychodził czas powrotu do domu? O wielu tych wspomnieniach opowiemy naszym dzieciom, ale podejrzewam, że są rzeczy, o których nie powiesz swojemu dziecku…

Kolejne pokolenie spotyka się w podobnych okolicznościach

Wspominałam Wam, że jako małolata byłam w klasie sportowej i latem jeździłam na obozy lekkoatletyczne, pisałam o tym TUTAJ. W tym roku, w wyniku przedziwnych zbiegów okoliczności na obóz lekkoatletyczny pojechała moja córka. Jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłam, że jest w jednym pokoju z córką mojego kolegi B., z którym co roku razem jeździliśmy na obozy sportowe. Przypadek? Zbieg okoliczności? A może przedziwne zrządzenie losu i konsekwencja naszych decyzji? Trudno powiedzieć. Miałam okazję być przez kilka dni na tym obozie, Z. wiedziała, że znamy się z jej tatą i podczas którejś kolacji, z szelmowskim uśmiechem zapytała, czy jej tata był grzeczny na obozach. Zamarłam.

Skłamałam

Jestem za tym, by mówić dzieciom prawdę, brzydzę się kłamstwem, więc co teraz? 😀 Nie byliśmy zbyt grzeczni… Bystra jest, musiała zauważyć zakłopotanie na mojej twarzy i gonitwę myśli, gdy szukałam zgrabnej wymijającej odpowiedzi na jej pytanie. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej i odpowiedziała – spokojnie, wiem, że był rozrabiaką. Uff – pomyślałam.

To jednak nie był koniec. Za chwilę padło drugie pytanie – a pamięta pani co tata robił? – no niestety, pamiętałam 😀 i… skłamałam. Nie czułam się na siłach opowiedzieć o naszych przygodach dziewięciolatce – niech tata jej opowie ;). Powiedziałam wymijająco, że trudno nas było poskromić i ogarnąć, po czym popędziłam zrobić sobie herbatkę. Na uspokojenie.

Kolonie i obozy – hity wszech czasów

W takich momentach wraca mnóstwo wspomnień. Obozy, kolonie, szkolne wycieczki. Większość tych wspomnień jest fantastyczna. Wśród moich kolonijnych i obozowych hitów znalazły się:

  1. Miłości krótkotrwałe lub bardzo krótkotrwałe, wszak zawsze byłam dość uczuciowa. I w konsekwencji śluby kolonijne, kreacje z firanek i obrączki z folii aluminiowej.
  2. Listy od mamy z ciepłymi słowami i upragnionymi banknotami w środku.
  3. Kanapki z dżemem wysokosłodzonymi jedzone bez opamiętania i bez ograniczeń. Na śniadanie, obiad, kolację. A także wynoszone ze stołówki całe słoiki dżemu i bochenki chleba, które pożerałyśmy potem po kryjomu późną nocą.
  4. Chrzty kolonijne – oblewanie wodą, najlepiej całym wiadrem od głowy poczynając, posypywanie mąką, potem znów wodą, żeby się zrobił klej na włosach, następnie ujeżdżanie krzesła, smarowanie twarzy czarną pastą, do tego śpiewanie w niebo głosy i jedzenie ohydnych mikstur.
  5. Biegi nocne, podczas których trzeba było mijać zapomniane leśne cmentarze, na których oczywiście straszyło oraz wykonywać różne karkołomne zadania.
  6. Dyskoteki, najlepiej te ‘na mieście’.
  7. Przebieranie się w nie swoje ubrania i pożyczanie na potęgę ciuchów od koleżanek, nie wiem czemu, ale sprawiało nam to ogromną frajdę.
  8. Ogniska podczas których zajadaliśmy kiełbaski, które spadły w popiół, chleb na patyku, czarny z co najmniej z jednej strony i spieczone na węgiel lub lekko surowe ziemniaki. Do tego obowiązkowo śpiewane było „Przeżyj to sam” Lombardu.
  9. Gra w butelkę, oczywiście najlepiej jak trzeba było pocałować chłopaka, który nam się podobał, koniecznie ze starszej grupy.
  10. Przeświadczenie, że te kolonie/ ten obóz były naszymi najlepszymi w życiu i już NIGDY nic lepszego nas nie spotka a przyjaźnie wtedy zawarte przetrwają wielki.

ciemna strona kolonisty. czego nie powiesz swojemu dziecku?

A teraz kilka rzeczy, o których będąc wychowawcą kolonijnym lub rodzicem, na pewno nie chciałbyś wiedzieć… No i raczej niezbyt chętnie powiesz o tym swojemu dziecku…

  1. Alkohol. Owszem, zdarzało się. Pojęcia nie mam jak nam się udawało go zdobyć i przysięgam, że tego akurat nie pamiętam, ale niestety się udawało. Piwo, wino patykiem pisane, jakieś ciociosany straszne i inne wynalazki. Ile mieliśmy wtedy lat? Pewnie piętnaście, szesnaście.
  2. Papierosy. To akurat wyjątkowo mnie nie dotyczyło, ale byli tacy co palili. Kiedyś, będąc wychowawcą na kolonii, skonfiskowałam też starszym chłopcom zioło… Pierwszego dnia, a mieli zapas na całe trzy tygodnie…
  3. Ucieczki. Na przykład nocą. Przez ogrodzenia. Na plażę. To cud, że nikomu nic się nie stało.
  4. Znajomości z chłopakami spoza obozu. No też się zdarzały. Nie pytajcie jak, bez telefonów, smsów, fejsbuków itp., bo sama nie wiem, jak to robiłyśmy.

Sądzę, że nie ze wszystkich możliwych konsekwencji swoich poczynań zdawałam sobie wtedy sprawę.

Czy pozwalać im na błędy?

Z jednej strony trzeba pozwolić młodym ludziom popełniać błędy. Kolonie i obozy to niezły poligon. Trzeba też dać im odczuć konsekwencje z nich wynikające. Nie można natomiast być hipokrytą i udawać, że samemu było się nastolatkiem idealnym. Myślę, że warto naprawdę dużo i szczerze rozmawiać z dzieciakami. Nie ma sensu udowadniać im, że alkohol to samo zło, seks jest tylko dla dorosłych, a każdy narkotyk powoduje natychmiastowe uzależnienie, dno i śmierć. Warto oczywiście wspomnieć, że kolonie i obozy to nie najlepszy czas na tego typu ‘zabawy’.

Prawda jest dobra na wszystko

Koniecznie trzeba im mówić prawdę, że alkohol może chwilowo poprawić humor, ale jego spożywanie wiąże się z wieloma niebezpieczeństwami. Nie każdy narkotyk od razu zabija, ale zdarzają się takie przypadki, że pierwszy raz okazuje się być ostatnim. Mówienie młodym ludziom, że seks to dopiero po ślubie też może przynieść więcej złego niż dobrego. Kolonie i obozy to nie najlepszy moment na takie eksperymenty. Szczerość, rzetelne informacje w zrozumiałym dla nich języku (polecam np. książkę Anji Rubik #sexedpl) i dużo rozmów. O blaskach, cieniach, ryzyku, możliwych konsekwencjach. Uczmy ich myślenia! Niech wiedzą, że zawsze mogą do nas przyjść z pytaniami i problemami, a my wtedy nie będziemy zgrywać idealnych i nieomylnych, tylko spróbujemy pomóc. Bądźmy ich wsparciem. Inaczej będą jedynie powielać nasze błędy i nie dla wszystkich skończy się to dobrze…

Uważaj o czym marzysz, bo może się spełnić! Znacie to? Zdarza się? No pewnie. Kiedy kilka miesięcy temu postanowiłam zacząć dzielić się z Wami moimi przygodami, przemyśleniami i chęcią pomagania małym Nepalczykom, kompletnie nie miałam pojęcia w co wdepnę. Słowo blogosfera znaczyło dla mnie zupełnie NIC. Jeden weekend pokazał mi blaski i cienie świata influencerów. Kazał się zastanowić dokąd zmierzamy jako konsumenci i ludzie?

KTO TO DO LICHA JEST TEN INFLUENCER?

Wiecie kto to taki? Ja nie wiedziałam… Odkrywałam i wciąż odkrywam ten świat dość powoli, sama jestem zdziwiona jak to możliwe, że tak mało o nim wiedziałam. Mniej więcej wtedy, kiedy zaczęłam stopniowo odkrywać blogi, które mnie zainteresowały i kobiety, które zaczęły mnie fascynować, pojawiła się informacja o konferencji dla blogerów, o dumnej nazwie INFLUENCER LIVE POZNAŃ. Szybko się zorientowałam, że będzie Ola Radomska (Mam Wątpliwość), Ola Budzyńska (Pani Swojego Czasu), Ania Makowska (Doktor Ania) a także Nauczona i Rychtyg, które mimo, że znam tylko z sieci to sporo im zawdzięczam w realnym świecie…

BILETU PANI NIE KUPISZ

Zapragnęłam zobaczyć je wszystkie i posłuchać ich na żywo. Zanim pomyślałam, radośnie oświadczyłam ukochanemu, że chcę jechać do Poznania, żeby zobaczyć moje nowe idolki w akcji. Tomek na to oczywiście – super pomysł – jedź koniecznie! Mina mi zrzedła, gdy się okazało, że nie można kupić biletu. Wyobrażacie to sobie? NIE MA TAKIEJ MOŻLIWOŚCI. Nic a nic z tego. Nie, żeby wyprzedane, a gdzie tam! Po prostu nie można ich sobie kupić. To jest konferencja blogerów dla blogerów a nie dla gapiów i zachwyconych fanek. Zjeżyłam się, bo naprawdę się już napaliłam na to wydarzenie, a tu takie rozczarowanie! No ale czytam, czytam i ha! Jest haczyk! Można się dostać na ten cały INFLUENCER LIVE POZNAŃ jak się zgłosi swój blog i siebie jako twórcę. Szach mat.

TWÓRCA CZY „TFURCA”?

No bardzo śmieszne. Niestety nie jestem żadnym twórcą (ani żadną twórczynią – jak zapewne chciałyby tytułować nas kobiety, które uznały, że ‘męskie’ nazwy, typu psycholog, dramaturg nam uwłaczają). Jestem co najwyżej tfurcą ;).
No niestety, nieopatrznie poskarżyłam się Tomkowi, który zamiast przytulić i ukoić moje rozczarowanie, kazał mi się po prostu zgłosić. To był chyba marzec, mój blog ruszył w styczniu. Nie poprzedniego – tego samego roku, niestety. No dobry żart. „Twórca bloger” z dorobkiem 3-miesięcznym, szacun! Mój ukochany słynie z tego, że raczej się nie poddaje i nie odpuszcza, więc przypilnował, żebym wysłała zgłoszenie. Prawie udało mi się go wykiwać, ale tylko prawie, był czujny i chciał nie chciał zgłoszenie wysłałam. Na 10 minut przed końcem rejestracji.

STRACH PRZED PORAŻKĄ

Nie chciałam wysłać tego zgłoszenia, bo nie widziałam żadnych szans, żeby mnie zaprosili. Nie bardzo mieli powód. Nikt nie lubi rozczarowań, po co więc samej się na nie narażać? 
Teraz dygresja. Byłam kiedyś uczestniczką dużej imprezy spadochronowej, podczas której próbowano zbudować w powietrzu, rekordową wtedy, 100-osobowa formację. Osoba, której zadaniem było zbudowanie tej formacji – Kate Cooper – powiedziała wtedy, że jasne, że to się jeszcze nikomu w Polsce nie udało. Jasne, że pogoda nie najlepsza, jasne, że może nie wyjść. Ale powiedziała też:

WHAT IF …? Co, jeśli się uda? Jeśli zostanę nową rekordzistką i razem, wspólnymi siłami tego dokonamy? Czy nie warto zaryzykować?

Trochę tak było z moim udziałem w tej konferencji. Zaryzykowałam. Udało się. 

NO TO JADĘ I…. PIERWSZY ZONK

Sobotni bardzo wczesny poranek. Dla mnie właściwie środek nocy, bo 4.50 kojarzy mi się raczej z zasypianiem niż wstawaniem (wyjątkiem są góry). Wyruszam w drogę. Tuż obok domu widzę unoszący się nad zalewem balon na ogrzane powietrze. Uwielbiam balony! Biorę to za dobry omen i dziarsko przemierzam te swoje 350 km. Trzy godziny do Poznania, ale potem pierwsza skucha, gdy odkrywam, że na terenie międzynarodowych targów poznańskich nie ma parkingu. Brawo Witkowska. No to jeszcze z godzinka krążenia po mieście, bo przyjechał Biedroń i utrudnienia, bo jest jakiś mecz i utrudnienia, bo nie sprawdziłam wcześniej opcji parkowania i teraz mam… utrudnienia. Znalazłam parking, więc jeszcze tylko pół godzinki szybką piechotką na miejsce i oto jestem! 

JESTEM BLOGErką?

Z dumą odbieram identyfikator, na którym poza moim imieniem jest też nazwa mojego bloga i bardzo mi z tym dziwnie. Jakbym trochę nakłamała i teraz to kłamstwo nie dość, że się wydało, to jeszcze się zmaterializowało pod postacią identyfikatora.
Porównałabym to też do porodu. Był sobie wielki brzuch i nagle jest mały człowiek.
Dziwne bardzo.

identyfikator ILPoznań

NIE MOJA BAJKA

No więc dumnie wkraczam na salę. I natychmiast poczułam, że pomyliłam bajki. Miałam ochotę odwrócić się na pięcie i spierniczać do domu, a potem prosto do Chrcynna na skoki. Do swojego świata. Za chwilę jednak przyszła niechętna myśl, że właśnie przejechałam 350 km, zapłaciłam (niemało) za autostradę, po godzinie poszukiwań znalazłam nawet miejsce do parkowania. I co? Teraz się zawinę i tak po prostu wrócę? No i co ja Tomkowi powiem? Z oporami, ale postanowiłam jednak zostać i chociaż się rozejrzeć. Za chwilę miała być zresztą prelekcja, na którą bardzo czekałam – Szymon Hołownia i jego Dobra Fabryka, wspierająca m.in. dzieciaki i chorych w Afryce. Mówił rzeczy straszne i rzeczy piękne. Ale czy jego opowieść była dla słuchających ważniejsza niż historia o tym, jak w rok zarobić na blogu milion?
Mam wątpliwość, jak mawia Radomska.

W KUCKI SELFIE Z KWIATKIEM

Rozglądałam się, rozglądałam i przecierałam oczy ze zdumienia. Gdzieś w kąciku, za stoiskiem z biżuterią, zobaczyłam młode dziewczę, które kucało przy roślince i robiło sobie selfie. Musiałam spojrzeć jeszcze raz, bo sama sobie nie wierzyłam w to, co zobaczyłam. Podeszłam bliżej… a tam konkurs – przymierz naszą biżuterię, zrób zdjęcie, wrzuć na insta, oznacz nas i już wtedy weźmiesz udział w konkursie. Hurraaa. No jakoś się nie skusiłam. Biżuterii praktycznie nie noszę, a porządnego selfie też nie umiem zrobić.

KOLEJKA PO FUSY Z KAWY

Kawałek dalej dostrzegłam niemałe zamieszanie przy pięknym różowym stoisku. Sztuczna trawka, różowiutki kontuarek, piękna różowa obsługa i nawet różowa wata cukrowa. I duże miski na kontuarku. Myślę sobie – chyba cukierki. Ale nie. Zakradam się do stoliczka z ulotkami a tam: zeskanuj kod, podaj nam wszystkie swoje dane, oznacz, zaznacz, polub i dostaniesz od nas torebkę skarbów. To podobno taki fantastyczny peeling z kawy, świat oszalał na jego punkcie, oszalej i ty. Peeling z kawy? Fusy znaczy się, tak? Fusy z kawy w pięknych miskach na różowym kontuarku. No dobra, trochę mi odwala na temat nie zaśmiecania planety, nie bardzo lubię jak mi ktoś wmawia, że potrzebuję czegoś, czego nie potrzebuję, ale takie wielkie halo z powodu fusów z kawy? Naprawdę? 

Ile wart jest gładki tyłek?

W takim świecie żyjemy? W Afryce kobiety umierają podczas porodów, bo nie ma podstawowej opieki zdrowotnej, dzieci umierają, bo brakuje pieniędzy na prąd do respiratorów, cena jednostki krwi wzrasta do 30$ a my wydajemy pieniądze na FUSY Z KAWY, dzięki którym będziemy miały przez chwilę gładsze tyłki? Nie jestem gotowa na taki świat. 

JAK ZROBIĆ DOBRZE ZA 30 ZŁ?

Masz wolne 30 zł (podejrzewam, że na peeling z kawy Ci nie wystarczy), więc może kup dziecku z chorobą głodową w Kongo posiłek? To tylko 10 zł. Możesz to zrobić choćby teraz TUTAJ. Albo kurteczkę dziecku z maleńkiej wioski w Himalajach Nepalu, mali uczniowie w tamtejszych szkołach bardzo marzną. Osobiście kupowałam i zanosiłam tym maluchom kurtki – cena jednej to 30 zł, cena pary butów 26 zł. Możesz o tym przeczytać TUTAJ. Chcesz wesprzeć szkoły w chmurach? Zapraszam TUTAJ. Przecież 30 zł to dwie nasze kawy z ładnej kawiarni. Napijmy się kawy z przyjaciółką w domu. Czy można żyć bez kawy z sieciówki? A bez respiratora? Bez jedzenia? Bez kurtki i butów?

CZY WARTO BYŁO TAM JECHAĆ?

Przeliczając na kurtki i buty dla „moich” dzieci z Nepalu to nie bardzo, ALE… Poznałam tam kilkoro fantastycznych ludzi, zyskałam mnóstwo cennej wiedzy, zobaczyłam „na żywo” osoby, które mnie motywują i inspirują. Dowiedziałam się o google i Instagramie takich rzeczy, że szok :D. Dziewczyny (i nie tylko) dzieliły się ze mną swoją wiedzą i doświadczeniem – za co jestem im bardzo wdzięczna. Nie tylko za triki, które mi pokazały, ale właśnie za sam fakt, że to robiły, naprawdę czułam ich wsparcie i chęć pomocy – to było fantastyczne!

FLAMASTER – MOJE TROFEUM

Na sam koniec konferencji udało mi się poznać dwie fantastyczne kobiety, od których uczyłam się (w sieci) jak robić graficzne notatki. Artykuł, który mnie zainspirował znajduje się TUTAJ. Dzięki nim zdałam za pierwszym podejściem dość trudne egzaminy teoretyczne na instruktora spadochronowego. Chciałam im za to osobiście podziękować i wiecie, co? Były równie zachwycone moim małym sukcesem jak ja. Wzruszyło mnie to bardzo. Na koniec przemiłej rozmowy Nauczona mnie uściskała i podarowała swój flamaster, który pomaga przy tworzeniu przestrzennych grafik na notatkach. 

flamaster kwiat głogu

najważniejsi są ludzie

Do domu wróciłam z głową pełną emocji i pomysłów, z nowymi pięknymi znajomościami, bez peelingu z fusów, bez selfie z kwiatkiem i bez jakichkolwiek gadżetów. Życie nauczyło mnie, że takie przypadkowe gratisy, po dzisiejszej radości, stają się jutro niepotrzebnymi przedmiotami, które niebawem zaśmiecą naszą planetę. Wróciłam z flamastrem, który jest moim trofeum. Symbolizuje nie tylko chęć rozwoju, bezinteresowność, kreatywność, inspirację, motywację, naszą moc sprawczą, ale przede wszystkim najbardziej wartościową rzecz na świecie – wspaniałe i piękne relacje międzyludzkie.

Jak często zdarza się Wam rozpłakać na konferencji? Kilka dni temu byłam uczestniczką sympozjum spadochronowego. Pierwszy wykład tego dnia rozpoczął się filmem. Tytuł brzmiał „Skydive Pokhara*” i już wiedziałam, że nie będzie dobrze… 
Kilkanaście sekund potem miałam oczy pełne łez. Ze wzruszenia. Na międzynarodowym sympozjum spadochronowym! Wyobrażacie sobie? 

Macie wokół siebie ludzi, którzy czują podobnie jak Wy? To samo Was cieszy, wzrusza i zachwyca? Do czasu, kiedy nie zostałam skoczkiem spadochronowym, nie znałam takich osób. Miałam oczywiście przyjaciół i znajomych. Dobrze się razem bawiliśmy, ale zawsze czułam, że od nich odstaję. Że jestem jakaś inna, że nie wiadomo, o co mi właściwie chodzi i że nie potrafię się w pełni cieszyć tym, czym oni.   

POTRZEBA AKCEPTACJI

Świat się zmienił wraz z pierwszym skokiem. To było jak odkrycie innego wszechświata i powrót do domu w jednym. Nie mogłam uwierzyć, że wszyscy odczuwamy pewne rzeczy dokładnie tak samo, mamy te same przemyślenia, wnioski i reakcje. Gdybym nie odkryła tych wszystkich ludzi, którzy skaczą, byłabym prawdopodobnie okropnie samotna i zagubiona. Potrzeba akceptacji jest mocno zakorzeniona w każdym z nas. I niezależnie od tego, czy lubimy szydełkować, jeździć konno, czytać, malować, nurkować, czy skakać z samolotu, mamy potrzebę bycia zrozumianymi i akceptowanymi. 

RAZEM

Sam fakt robienia czegoś, co kochamy to jedno, ale możliwość dzielenia tego z kimś, kto rozumie, daje dopiero pełnię szczęścia. Myślę, że we wspólnych męskich wyprawach na ryby, wyjściach na mecz, czy w babskich weekendach w SPA, wcale nie chodzi o ryby, piłkę nożną i masaże. Chodzi o możliwość dzielenia się emocjami, o wspólne przeżywanie. 

WOREK WSPOMNIEŃ

Mamy z naszymi przyjaciółmi taki wielki wór wspaniałych wspólnych przeżyć i wspomnień. Takich, do których nikt poza nami nie ma dostępu. Czasem wystarczy jeden dźwięk, delikatny zapach, jedno słowo. A wtedy wymieniamy szybko tylko jedno spojrzenie i już wiemy. Odlatujemy na chwilę do miejsc i sytuacji, w których byliśmy razem. Wpadamy w sieć utkaną z kolorów, smaków i zapachów. Są w niej najwyższe góry świata o wschodzie słońca, bose uśmiechnięte dzieci, które łapią nas za ręce, są skrzypiące śniegi, tatrzańskie schroniska, alpejskie lodowce, himalajskie wodospady i ciepła herbata w termosie. Jesteśmy my, ludzie, których łączy ta sama pasja.

ZAPACH SŁOŃCA zamknięty w pokrowcu

W świecie spadochronów ekscytację potrafi wywołać zapach czaszy spadochronu uwolnionej po zimie z pokrowca. To jedyny w swoim rodzaju zapach słońca, rozgrzanego powietrza, trawy i wolności. Zapach szczęścia. I wierzcie mi, każdy z nas reaguje na niego tak samo. Przymykamy oczy i wdychamy głęboko do płuc każdą cząsteczkę tej niepowtarzalnej woni. 

Kiedy zaś przymierzamy uprząż z pokrowcem spadochronowym, ciarki przebiegają nam po plecach. Czuję się w tym lepiej niż w najlepszych, najpiękniejszych kieckach i najwyższych szpilkach.

Podobnie jest, gdy wkładam na plecy mój wysłużony górski plecak. Był ze mną w tylu miejscach, przeżył tyle przygód! Lubimy się. Potem biorę do ręki linę, czekan, karabinki. Gładkie i chłodne idealnie układają się w dłoni, palce same znajdują zamki i wtedy ten delikatny metaliczny ‘klik’ – uwielbiam! 

KOLACJA Z PŁACZEM

Kiedyś, niedługo po którejś z naszych podróży do Nepalu, Tomek ugotował na kolację jakieś azjatyckie danie, może to było curry? Nie pamiętam. Ale za to doskonale pamiętam, że włączył naszą nepalską muzykę, zapalił kadzidło i podał jedzenie. Poczułam zapach kuminu i… nie byłam w stanie przełknąć kęsa. Rozpłakałam się i wyszłam :). On zdębiał. Za dużo bodźców, musiałam ochłonąć, muzykę trzeba było wyłączyć, bo nie mogłam równocześnie jeść i tak się wzruszać :).

CO MAJĄ WSPÓLNEGO SKOKI SPADOCHRONOWE Z NEPALEM?

Wyobraźcie więc sobie, co się ze mną stało, gdy na wielkim ekranie zobaczyłam moje ukochane Himalaje, buddyjskich mnichów, ich modlitewne młynki i flagi oraz… śmigłowiec i skoczków! Takie połączenie to jak koktajl mołotowa dla moich nerwów. Za mną już półtora roku od ostatniego pobytu w Nepalu i pół roku od ostatniego skoku. Tęsknię więc bardzo. 

Cały czas, ciągle i bezustannie cieszy mnie myśl, że nie jestem z takimi odczuciami sama. Na tej sali była blisko setka osób, z którymi dzielę pasję spadochronową. To wspaniałe uczucie. Ale też było co najmniej kilkoro, które rozumieją moja fascynację Nepalem! Sprawiło mi to ogromną, niebywałą wręcz przyjemność. Tym większą, że prowadzący wykład o wyprawach spadochronowych, Amerykanin Tom Noonan, zachwycał się Nepalem i jego mieszkańcami podobnie jak ja. 

Skaczemy nad Namche Bazar Nepal
Skaczemy na lotnisku Syangboche Airport w pobliżu Namche Bazar w Nepalu, w drodze do bazy pod Everestem, na wysokości 3780 m n.p.m. fot. Paweł Staliński

WARTOŚĆ SPOTKANIA

Takie sympozjum to nie tylko doskonała okazja, żeby zaczerpnąć fachowej wiedzy prosto z eksperckiego źródła. To także możliwość spotkania ludzi, którym podobnie w duszy gra. I nie jestem pewna, co jest tu dla mnie ważniejsze. Bo przecież ta wiedza jest do zdobycia, w Internecie jest dziś prawie wszystko, ale jednak nic nie jest w stanie zastąpić nam prawdziwego spotkania z drugim człowiekiem. Takie spotkania zawsze są budujące i inspirujące. 

UWAŻNIE ROZEJRZYJ SIĘ WOKÓŁ SIEBIE

Inna prelegentka, także Amerykanka, Melanie Curtis podczas tego sympozjum mówiła nam, żebyśmy zawsze otaczali się ludźmi, którzy nas wspierają, inspirują i motywują. Nic odkrywczego – pomyślałam. Ale dodajmy do tego przytoczone przez Melanie słowa Nancy Drew:

Jesteśmy odzwierciedleniem pięciu osób, z którymi spędzamy najwięcej czasu.

 Warto się rozejrzeć wokół siebie, prawda? Czasem może nawet zrobić jakieś porządki… 

Jeśli naprawdę lubicie coś robić, szukajcie ludzi, którzy lubią to samo, którzy myślą podobnie. Spotykajcie się, szukajcie okazji by się poznać, z takich spotkań zawsze wynika coś dobrego. Może się okazać, że łączy Was znacznie więcej, niż na początku sądziliście. 

*Pokhara to wspaniałe miasto w północnej części Nepalu, malowniczo położone nad jeziorem u stóp Himalajów. 

Walka o czasowniki nieregularne toczy się w naszym domu od mniej więcej roku. Na razie wygrywają czasowniki. Jako, że Młody ma zdiagnozowane zaburzenia koncentracji uwagi, to walka z założenia jest nierówna. Umawialiśmy się na te czasowniki już dziesiątki razy, były zabiegi motywacyjne, prośby, groźby i konsekwencje. Naprawdę próbowaliśmy chyba wszystkich humanitarnych metod wywierania wpływu. Wszystko na nic. Tłumaczyliśmy, rozmawialiśmy, pomagaliśmy. Nic. Kiedy znów całodzienne próby nauczenia się garści słówek spełzły na niczym, a Tomkowi za chwilę już miały strzelić bezpieczniki, wpadłam na pewien chytry pomysł.

Nowy plan.

Realizację rozpoczęłam następnego poranka. Młody jest fanem harcerstwa, jego druh jest absolutnym guru, opowiada chłopakom świetne rzeczy o metodach wpływania na podświadomość, o wywieraniu wpływu na innych, o wykorzystywaniu potencjału itp. Pomyślałam, że to może stać się moją bronią w walce z angielskimi czasownikami!

Zatem przy śniadaniu zaprosiłam Młodego do pewnej zabawy. Poprosiłam, żeby wyobraził sobie, że jest zastępowym, ma pod swoją opieką sześciu harcerzy i właśnie dostali zadanie zorganizowania ogniska dla pięćdziesięciu osób. Zapytałam więc:

  1. Co muszą kupić?
  2. Co trzeba zorganizować?
  3. W jakiej kolejności trzeba wykonać zadania?
  4. Ile czasu na to wszystko potrzebują?
  5. Jak się podzielą robotą?

Dobrze kombinował, ja tylko podpowiadałam, że np. zaczynamy od zakupów i opału, a herbatę robimy na końcu. Wprowadziłam trochę komplikacji w postaci harcerzy, którzy wzięli na zakupy za mało pieniędzy i  takich, którzy zamiast po opał poszli na ryby.

Co będzie, jeśli się nie uda?

Poprosiłam, aby wyobraził sobie jakie będą konsekwencje, jeśli nie zdążą na czas przygotować ogniska? Doszedł do wniosku, że zaproszeni goście będą rozczarowani,  druh zawiedziony i w konsekwencji on jako zastępowy straci nieco zaufania i w przyszłości nie dostanie ciekawych i trudnych zadań.

Dzięki zapasowi czasu, ciągłemu zarządzaniu kryzysem oraz dobremu gospodarowaniu zasobami ludzkimi udało się wszystko zakończyć szczęśliwie. Ognisko zaczęło się na czas. Misja zakończona sukcesem.

Zapytałam, ile zmian w stosunku do pierwotnego planu musiał wprowadzić, aby udało się zrealizować zadanie? Obliczył, że co najmniej pięć. Chwilę pomilczeliśmy. Zapytałam czy wie, po co wymyśliłam to zadanie i jak ono może mu się przydać? Szybko skojarzył, że mam na myśli 10 czasowników nieregularnych i wypracowanie, na które poprzedniego dnia się umówił z tatą. Zrobił szybko plan i wziął się do roboty. Chyba pierwszy raz widziałam, żeby się uczył z takim zapałem i energią. Bez jęków, wzdychania, jojczenia, marudzenia, narzekania, ociągania się, zwlekania, wyszukiwania sobie zastępczych zadań i szeregu wymówek. Po prostu poszedł do pokoju i się uczył.

Efekty.

W ciągu 40 minut opanował 10 czasowników wraz z ich znaczeniem i wszystkimi formami. A następnie w ciągu godziny napisał wypracowanie na 250 słów. A wierzcie mi, że jeszcze dzień wcześniej uczył się bezskutecznie patrząc jedynie na książkę i zamierzał bronić tej metody jak niepodległości. Te dwa zadania były ponad jego siły i możliwości, tak w każdym razie uważał sam zainteresowany.

A jednak dał radę! Pogratulowałam najserdeczniej, pochwaliłam, doceniłam, nagrodziłam.

Teraz czekam, żeby ktoś pochwalił mnie 😀

Zamiłowanie do lekkiej atletyki pozostało mi jeszcze z czasów szkoły podstawowej. Pamiętam ogromną ekscytację, gdy w wieku 13 lat dostałam swoje pierwsze ‘kolce’, czyli buty do biegania po tartanowej bieżni. Czułam się wtedy jak mistrzyni świata i okolic, rozpierała mnie duma, a motywacja do trenowania natychmiast wzrosła o 300 %. Pamiętam atmosferę swoich pierwszych zawodów lekkoatletycznych, rozgrywanych na stadionie Skry w ramach Warszawskiej Olimpiady Młodzieży. Pamiętam smak izotoniku Isostar, który oszczędzałyśmy specjalnie na zawody i zapach maści rozgrzewającej Bengay, od którego w naszej szatni aż oczy szczypały. Najbardziej ze wszystkiego pamiętam jednak uczucie ekscytacji i jedności. Byliśmy jednym organizmem, jedną drużyną. I to taką, w której jeden za wszystkich i wszyscy za jednego. My kontra reszta świata.

To jest uczucie, o którym nigdy nie zapomniałam i, świadomie lub nie, zawsze za nim tęskniłam. W tamtym czasie z wypiekami na twarzach kibicowaliśmy polskim sportowcom, oglądając w telewizji Igrzyska Olimpijskie w Atlancie w 1996 roku. Podziwialiśmy naszych medalistów: Artura Partykę, Renatę Mauer, Mateusza Kusznierewicza, Pawła Nastulę i Roberta Korzeniowskiego. To byli nasi idole i bohaterowie.

Klasa sportowa.

Miałam szczęście chodzić do klasy sportowej w warszawskiej SP nr 321. Nasz fantastyczny wychowawca i trener, pan Marek Horbaczewski, często nam powtarzał, że jego celem nie jest wychowanie olimpijczyków, tylko wyrobienie w nas nawyku uprawiania sportu. Trochę byliśmy oburzeni, bo mieliśmy jednak spore ambicje, ale prawda jest taka, że nikt z nas wielkiej kariery sportowej nie zrobił, natomiast w wielu uczniach mojej klasy nawyk uprawiania sportu udało się wyrobić.

Przez cały szkolny tydzień mieliśmy chyba codziennie treningi, do tego w soboty jeszcze trening i basen na terenie zaprzyjaźnionego WATu i dwa razy w roku obozy sportowe, zimą narciarski, latem lekkoatletyczny. Kiedy skończyłam podstawówkę w pierwszej chwili poczułam ulgę, nareszcie tyle wolnego czasu! Nie muszę biegać, pocić się i męczyć. W liceum jednak szybko okazało się, że moje koleżanki przez 45 min wuefu właściwie tylko odbijają piłkę do siatkówki lub są wiecznie ‘niedysponowane’ i wtedy zrobiło mi się żal. Zrozumiałam, że pewien rozdział już się skończył.

plotki
Bieg przez płotki kobiet podczas halowego mityngu lekkoatletycznego

I co dalej?

Natomiast potrzeba ruchu i uprawiania sportu pozostała. Biegać wtedy jeszcze nie lubiłam, zresztą, choć trudno dziś w to uwierzyć, bieganie było w tych czasach raczej obciachem :D. Próbowałam fitnessu, ale szybko doszłam do wniosku, że to nie dla mnie, siłownia też mnie nudziła. Przez długi czas nie umiałam znaleźć nic dla siebie. Wciągnął mnie wir młodości, ze swoimi szaleństwami, imprezami, przyjaźniami i miłościami. Sport musiał poczekać. Tak naprawdę upomniał się o mnie, kiedy już skończyłam studia i zaczęłam tzw. normalną pracę, 8 h przy biurku, ewentualnie w okolicy biurka. Bardzo szybko poczułam, że potrzebuję ruchu, świeżego powietrza i porządnego fizycznego zmęczenia, po którym przychodzi spokój, satysfakcja i radość. Organizm upomniał się o należne mu dawki serotoniny i endorfin. Byłam już od jakiegoś czasu dorosła, miałam znacznie więcej czasu niż na studiach, zarabiałam na siebie, więc mogłam zacząć nową przygodę.

Spadochrony!

Dróg, które zaprowadziły mnie do sekcji spadochronowej Aeroklubu Warszawskiego było wiele. Trochę tak, jak w przysłowiu, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. W przypadki nie wierzę. Mnie wszystkie drogi prowadziły na wielką łąkę w miejscowości Chrcynno. Skoki spadochronowe przypomniały mi o tym, jak dobrze się czuję, gdy spędzę cały dzień na świeżym powietrzu, gdy się męczę, gdy walczę sama ze sobą, gdy wszyscy razem mamy jeden wspólny cel. To skoki pozwoliły mi poczuć satysfakcję z ustanawiania rekordów, ale nie to jest najważniejsze. Okazało się, że skoro mogę wyskoczyć z lecącego samolotu, to pewnie dam radę zrobić też kilka innych fascynujących rzeczy. Dwa lata po kursie spadochronowym zapisałam się na kurs wspinaczkowy, potem zaczęłam nurkować, a później to już samo poszło i różne sporty wpisały się na stałe w rytm mojego życia. W żadnym nie osiągnęłam mistrzostwa, ale każdy daje mi ogromną radość, satysfakcję i utrzymuje moje ciało w jako takiej formie i sprawności.

copernicus cup
Kibicujemy podczas Copernicus Cup Toruń 2019

Powrót do przeszłości.

Dlaczego Wam o tym piszę? Właśnie wróciłam z fantastycznego wyjazdu organizowanego przez klub lekkoatletyczny RK Athletics. Wspólnie z dzieciakami z klubu kibicowaliśmy  sportowcom podczas Halowego Mityngu Lekkoatletycznego „Orlen Copernicus Cup Toruń 2019”. Mieliśmy też okazję wspólnie z dziećmi odbyć trening na obiekcie, który dzień wcześniej oglądaliśmy jedynie z trybun. Nie tylko dzieci były tym zachwycone. Kiedy ustawiłam się w bloku startowym, przeszły mnie dreszcze. Nie robiłam tego od… końca szkoły podstawowej, czyli od 23 lat! :O

Dłonie pamiętały, jak należy się ustawić na bieżni, nogi same trafiły na miejsce w bloku startowym, a serce wypełniły radość i nostalgia na wspomnienie tych młodzieżowych treningów i startów. Cudownie było móc znów to poczuć.

trening
Arena Toruń, trening RK Athletics

Spełnione marzenie.

W 1996 roku miałam 15 lat, skończyłam szkołę podstawową i swoją przygodę z lekką atletyką. W tym samym roku Robert Korzeniowski zdobył swój pierwszy złoty medal olimpijski w chodzie na dystansie 50 km. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że 23 lata później, w lutowy poranek 2019 roku, na nadwiślańskim bulwarze w Toruniu, będę miała okazję uczestniczyć w treningu prowadzonym przez Roberta Korzeniowskiego, to uśmiałabym się równie serdecznie jak teraz, gdy to sobie uświadomiłam i piszę te słowa.

Pamiętajcie, że niemożliwe nie istnieje, ograniczenia są głównie w naszych głowach, a na sport i spełnianie marzeń nigdy nie jest za późno.