Postanowiłam pomagać małym Nepalczykom w himalajskich wioskach. Kluczem do pomagania stały się dla mnie szkoły. O tym, jak do tego w ogóle doszło możecie przeczytać TUTAJ. Teraz czas na część II opowieści o szkołach  w chmurach.

Zatem miałam już kontakt do nauczyciela o imieniu Mukhiya, który pomógł mi skontaktować się ze szkołą, której chcieliśmy pomóc, w wiosce Bragha na wysokości 3500 m n.p.m., w dystrykcie Manang, w Himalajach Nepalu. Kontakt ten wyglądał tak, że Mukhiya był naszym łącznikiem i to za jego pośrednictwem porozumiewałam się z pracownikiem szkoły. Moje pierwsze i najważniejsze pytanie brzmiało – Jakie są potrzeby szkoły?

Brama szkoły Nepal Himalaje
Brama szkoły w buddyjskiej wiosce w Himalajach Nepalu

Podejrzewałam, że może im brakować pomocy naukowych, może map, globusa, książek, zeszytów. Transport w tym rejonie odbywa się głównie pieszo i żeby przynieść do Braghi ładunek, trzeba z nim iść co najmniej 5 dni od miejsca, w którym kończy się w miarę normalna droga jezdna. Wprawdzie jeżdżą tamtędy czasem samochody terenowe, ale nikogo, poza turystami, praktycznie nie stać na taki transport.

Grzejniki

Już wcześniej obmyśliliśmy sobie z Tomkiem, że aby wspierać edukację najbiedniejszych dzieci, kupimy do szkoły laptopa i rzutnik, do tego nagramy na dysku zewnętrznym materiały edukacyjne oraz bajki, które pomogą dzieciom w nauce angielskiego. Język jest tam bardzo ważny, głównie ze względu na turystów, z których obecności utrzymuje się niemal cała dolina.

Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy przyszła odpowiedź… Przecierałam oczy ze zdumienia. Okazało się bowiem, że najpilniejsza potrzeba to grzejniki elektryczne albo ciepłe ubrania dla dzieci… W oczach stanęły mi łzy.

Zrobiło mi się trochę głupio, nieco wstyd i bardzo smutno. Głupio i wstyd, bo nawet przez myśl mi nie przeszło, że dzieci tam potrzebują tak podstawowych rzeczy, a smutno, bo szybko dotarło do mnie, że nawet najlepszy komputer i piękne materiały edukacyjne nie ogrzeją tych małych zmarzniętych istot … Nie sposób się przecież uczyć, gdy ciągle doskwiera zimno!

Zasięg komórkowy trzy dni drogi stąd

Druga myśl była taka: Jak ja mam zbierać pieniądze na grzejniki?! Niezbyt to medialne, prawda?

Kontakt pomiędzy mną a szkołą był bardzo trudny i powolny. Mukhiya mieszka i uczy w wiosce Nar Phoo na wysokości blisko 4500 m n.p.m., w miejscu gdzie nie ma zasięgu telefonów komórkowych, a do głównego szlaku idzie się 3 dni… Ponadto jego angielski,  mocno różni się od mojego, co nie ułatwia porozumiewania się. Zanim więc dowiedziałam się o grzejnikach i ubraniach, rozpoczęłam zbieranie pieniędzy na komputer i rzutnik, bo termin organizowanego przez nas trekkingu był coraz bliżej.

szkoły na końcu świata

Tak więc naszą pierwszą zbiórkę przeprowadziliśmy z pomocą fundacji Szkoły na końcu świata, za co jestem im bardzo wdzięczna, bo przecież zupełnie mnie nie znali, a zdecydowali się zaufać i pomóc!

Nasza przyjaciółka Tamara wynalazła w Internecie fundację Szkoły na końcu świata, która funduje stypendia uczniom szkoły w nepalskiej wiosce Jharkot. Pomyślałyśmy, że może oni nam pomogą zorganizować zbiórkę. Miałam straszną tremę i zupełnie nie wiedziałam jak mam powiedzieć obcej mi osobie, współzałożycielce i prezes fundacji Magdalenie Gołębiowskiej, że chcemy pomóc szkole, w której nigdy nie byliśmy i mamy zamiar zbierać pieniądze na ten cel za pośrednictwem jej fundacji! Do dziś nie wiem, jak ją przekonałam do tego pomysłu. Pamiętam jak powiedziała mi, że to co mówię brzmi rozsądnie, żebyśmy działali i życzyła nam powodzenia. Nasz apel o pomoc zamieściła nawet na facebookowej stronie fundacji!

baner zbiórka na szkołę w Nepalu
Nasza pierwsza akcja pomocowa dla dzieci w Nepalu

pomoc z bydgoszczy

W międzyczasie na pomoc wyruszyli nam przyjaciele z Bydgoszczy. Wśród swoich przyjaciół, znajomych i współpracowników zorganizowali zbiórkę i niebawem zaprosili nas po odbiór komputera i rzutnika! Nie mogłam uwierzyć własnym oczom! Znaliśmy osobiście tylko dwie ze wszystkich osób, które przyłączyły się do naszej akcji w Bydgoszczy. To się naprawdę działo! Moim zdaniem to są małe cuda. A może wcale nie takie małe?

Bydgoszcz pomaga dzieciom w Nepalu
Ekipa z Bydgoszczy. Pierwszy z prawej himalaista Jan Kwiatoń.

Uruchomiona przez nas lawina dobroci rozpędzała się i niebawem mieliśmy już środki finansowe na zakup grzejników i ciepłych ubrań dla wszystkich 23 uczniów szkoły w Bradze!

dodatkowy komputer

Kiedy zaczynasz robić dobre rzeczy, to dobro zaczyna się mnożyć. Nasz przyjaciel Paweł w taki cudowny sposób pomnożył komputery i zyskaliśmy dzięki niemu dodatkowego laptopa. Na tym etapie nie wiedzieliśmy jeszcze, gdzie go przekażemy, ale byliśmy przekonani, że podarowany Pawłowi, przez innego Pawła, na pewno zrobi wspaniałą robotę w którejś ze szkół w Himalajach Nepalu. Właśnie od tego komputera rozpoczęła się kilkanaście dni później nasza największa akcja pomocowa!

festiwal podróżniczy kolosy

Tymczasem jest marzec 2016 roku, równo tydzień przez naszym wylotem do Kathmandu wybieramy się we dwoje do Gdyni na KOLOSY. Tomek rok wcześniej prowadził tam prezentację i odebrał wyróżnienie za Wyczyn Roku, ale niestety nie mogłam wtedy być z nim, bo rozchorowało nam się dziecko. Pojechaliśmy więc rok później, żeby zaczerpnąć trochę inspiracji i niesamowitej energii, których nigdy tam nie brakuje. Miałam nadzieję na radość i beztroskę.

Kiedy wybieraliśmy prezentacje, które chcieliśmy zobaczyć, trafiliśmy na tytuł „Ej! Odbudujmy Nepal”. Poszliśmy. Wolne miejsca były już tylko z przodu na podłodze. Wiedziałam, że będzie o trzęsieniu ziemi. Widziałam wcześniej w mediach już sporo materiałów o tej tragedii, ale kiedy Tija opowiadała o pracy przy odgruzowywaniu i o wspaniałych relacjach z mieszkańcami Kathmandu, łzy zaczęły powoli spływać mi po policzkach. Muzyka zagłuszała na szczęście mój szloch, spłakałam się tam okropnie. Po zakończeniu prezentacji ludzie przyglądali mi się z uwagą, chyba nie do końca rozumiejąc moje emocje, a Tija po prostu mnie przytuliła.
Ona rozumiała.

Świątynia Małp po trzęsieniu ziemi Kathmandu Nepal
Kathmandu po trzęsieniu ziemi

nie wierzę w przypadki

Do pociągu powrotnego wpadliśmy oczywiście w ostatniej chwili, roześmiani i zziajani. Cudem zdążyliśmy. Okazało się, ze nasze miejsca zajęły dwie sympatyczne panie, usiedliśmy więc na wolnych miejscach naprzeciw nich i wywiązała się luźna pogawędka. Gdzie byliśmy, co robiliśmy w Gdyni i tak dalej. Od słowa do słowa opowiedzieliśmy, że za tydzień ruszamy na charytatywny trekking. Matylda zapytała, czy czegoś nam jeszcze brakuje. Przyznałam, że przydałoby się więcej szczoteczek i past do zębów dla dzieci żyjących wysoko w chmurach.

A ona na to, że jest nauczycielką i bardzo chętnie, wspólnie ze swoimi uczniami, nam pomogą! Wyobrażacie sobie? Od lat powtarzam, że nie wierzę w przypadki! To była niedziela. W czwartek odebraliśmy ze szkoły od Matyldy trzy kartony pełne szczoteczek, past do zębów i innych drobiazgów, które polskie dzieci z chrześcijańskiej szkoły kupiły nepalskim dzieciom wielu wyznań. Wydało mi się to piękne i symboliczne.

Byliśmy gotowi do drogi, za chwilę mieliśmy wyruszyć w nasz pierwszy charytatywny trekking, który rozpoczął piękną, trwającą do dziś podróż.

szczoteczki i pasty dla dzieci  w Nepalu
Pasty do zębów i szczoteczki dla dzieci w Nepalu

skutek uboczny

Gdy myślę o tym teraz, to uśmiecham się do siebie tamtej. Minęło zaledwie 3 lata i aż 3 lata. Dziś już wiem, że w ludziach są ogromne pokłady dobra i wrażliwości. Potrafią rezygnować ze swoich potrzeb i przyjemności po to, by jakiemuś dziecku na końcu świata było wreszcie ciepło… I wiem, że mnóstwo tych ludzi jest wokół mnie. To jest najlepszy, najwspanialszy ‘skutek uboczny’ mojej działalności charytatywnej w Nepalu!

Ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam. Byłam okropnie zła na Tomka, że mnie ‘wrobił’ w tą zbiórkę i to na taką skalę. Przekonana, że nie uda mi się zebrać tych założonych przez nas 3000 zł na komputer i rzutnik do szkoły na końcu świata! Bałam się porażki i rozczarowania. One mnie paraliżowały, a Tomek, zupełnie ślepy i głuchy na te moje paranoje, dopingował i mobilizował mnie do dalszego działania. Od tego czasu mnóstwo się zmieniło, zarówno w szkołach, którym pomagamy, jak i… w mojej głowie.

kathmandu

20 marca 2016 roku wylądowaliśmy w Kathmandu. Mieliśmy półtora dnia na znalezienie odpowiednich grzejników, zakup płyt z materiałami edukacyjnymi i 30 dziecięcych kurtek. Okazało się to wcale nie takie łatwe, bo w dolinie Kathmandu trwało właśnie gorące lato… 

O tym jak doprowadziłam do płaczu Nepalkę, u której kupowaliśmy kurteczki, opowiem Wam następnym razem. (cdn.)

Chcesz wiedzieć jak pomagamy szkołom w Himalajach? Zajrzyj na naszą stronę SKY TATRA TEAM na fb

Zapisz komentarz