Zaczęłam się wspinać kiedy miałam 26 lat. Ten tekst powstał po moim kursie wspinaczkowym w Podlesicach w 2007 roku.

Poczułam, że brakuje mi tchu. Rozpaczliwie potrzebowałam odpoczynku, ciszy, chciałam pobyć sama ze sobą przez jakiś czas. Musiałam wyjechać z miasta. Skąd pomysł o wspinaczce? Nie wiem…

Wydaje mi się, że ważne w życiu decyzje przychodzą do nas same, wierzę w siłę intuicji. Zapytałam znajomych, kto zna dobrego instruktora wspinaczkowego i tak trafiłam ‘pod skrzydła’ Roberta Buraka “Koparki”.

Pierwszy dzień to był totalny kosmos. Ja zielona jak szczypiorek na wiosnę i trzy osoby, które nie dość, że się przyjaźnią, były już w skałach zeszłego lata, to jeszcze cały rok chodziły na sztuczną ściankę. ‘No pięknie, k…a, pięknie’  pomyślałam  ‘to teraz zacznie się sajgon i wykłady w języku chińskim. Jestem ugotowana!’. Przez pierwsze dni najbardziej zaskoczył mnie fakt, że stopy w za małych butach wspinaczkowych, które mi dobrał miły sprzedawca, mogą tak strasznie boleć, że robi się z bólu słabo. Trzeba usiąść na najbliższym skrawku skały, żeby nie polecieć w dół. Żal też było patrzeć, że szlag trafił tak starannie zrobiony przed wyjazdem manicure ;).

No i się zaczęło…

Pierwsze ‘schody’ przy wiązaniu ósemki. No nijak mój humanistyczny umysł nie mógł się połapać o co chodzi z tym węzłem i udało mi się wymyślić niezliczoną ilość jego nieistniejących wariantów… Jestem naprawdę kreatywna! Dalej nie było lepiej… HMSy, ekspresy, kubki, karabinki, weblinki, półweblinki, repiki, prusiki, kewlary. Byłam chyba jedyną osobą w całych Podlesicach, która  te cuda widziała pierwszy raz w życiu, nie mówiąc już o szybkim załapaniu, co do czego i w jakim celu jest używane. W myślach obdarzyłam Koparkę bardzo szczodrze wszelkimi wyszukanymi epitetami, bardziej lub mniej obraźliwymi. Przecież mówiłam mu wyraźnie przez telefon, że nie wiem o wspinaniu absolutnie NIC, a on….. zaprosił mnie na kurs! No to teraz ma na tym kursie bystrą ogarniętą trójkę i jednego matoła – MNIE!

pierwszy szok

Nie wiem, co ja sobie dokładnie wyobrażałam przyjeżdżając na ten kurs, ale pamiętam moje zdziwienie jak usłyszałam ‘Idź!’. W pierwszym momencie chciałam zapytać o to ‘jak mam kurna iść?!’ Spodziewałam się najpierw wykładu z techniki wspinania, może jakichś sprytnych chwytów i trików na temat sposobu stawiania stóp na skalnych stopniach. Usłyszałam tylko ‘po prostu idź do góry’. ‘No dobra’ pomyślałam ‘ja nie dam rad’?! Ja?! 😉 i… ruszyłam w górę. Słyszałam bicie własnego serca… Walenie, nie bicie!

Byle do góry… Podlesice 2007, fot. Robert Burak – Koparka

Czułam się beznadziejna

Bałam się zrobić jakikolwiek krok bez konsultacji z instruktorem. Ufałam mu bezgranicznie, z czego wyniknęła później bardzo zabawna sytuacja, ale po kolei.
Moi współtowarzysze zgłębiali tajniki montowania stanowisk pancernych, samonastawnych i skontrowanych, a ja tymczasem ćwiczyłam dzielnie ósemkę. Nie wiem ile razy powtórzyłam w myślach, że jestem głąb, że Koparka jest głąb, że ósemka też jest głąb i że nie ma takiej możliwości, żebym zrozumiała jak to wszystko działa. Czułam się jak blondynka. No ale trudno, powiedziało się A trzeba powiedzieć i B, poza tym nieładnie byłoby zniknąć tak po angielsku, albo nawet pożegnać się elegancko i zwiać, bo brakowałoby wtedy jednej osoby do asekuracji. Choć o jej wątpliwych efektach, w moim wykonaniu, Maciek przekonał się już pierwszego dnia.

Następnego dnia los dał mu szansę na słodką zemstę. Uczyliśmy się podstaw autoratownictwa, ja elegancko i bezpiecznie zwiozłam Maćka na ziemię, przyszła jego kolej i… utknęliśmy w połowie dwudziestometrowej drogi.  Misternie zawiązany przez Maćka bloker okazał się na tyle skuteczny, że uniemożliwił nam jakikolwiek ruch w dół. Z góry było słychać odgłosy rozmowy telefonicznej, a my wisząc daleko od ściany czekaliśmy na ratunek. Przypuszczam, że Koparka celowo zbytnio się do nas nie spieszył, ale jak Maciek zaczął na głos żałować, że nie ma przy sobie noża,  zrobiło mi się słabo…Później okazało się, że nóż jednak miał, całe szczęście, że o tym nie wiedział, bo jak by go wyjął to na bank zaczęłabym się drzeć w niebogłosy! W końcu Koparka przybył na ratunek, a ja postanowiłam nigdy nie korzystać już z ‘pomocy’ mojego drogiego kolegi Maćka.

Dni mijały a ja nie bardzo miałam ochotę się ‘usamodzielnić’

Jak tylko brakowało mi pomysłu, którędy iść dalej, wołałam po pomoc, która przychodziła coraz wolniej, bardziej opieszale i coraz rzadziej.

Pamiętam pewien trudny dla mnie moment w jakimś kominie (a szczerze nienawidzę kominów). Stałam / wisiałam w bardzo niewygodnej pozycji i naprawdę nie miałam pojęcia co dalej. Koparka zwlekał z przyjściem mi na ratunek, jak się w końcu pojawił to zasugerował, żebym zarzuciła nogę na półkę, którą miałam nad głową! Zdaje się, że wysyczałam przez zęby kilka nieładnych słów pod jego adresem. Po czym dorzuciłam jeszcze, że jak bym umiała tam zarzucić nogę to byłabym mistrzynią kamasutry.
No i stał się cud, jak tylko on mi powiedział, że tam się jednak da wejść – weszłam. Jego wiara we mnie sprawiła, że ja też uwierzyłam. I co? Da się? – Da się!

Wiara czyni cuda

Mocno zapadł mi w  pamięć pewien moment, kiedy znów znalazłam się w sytuacji, jak wydawało mi się, bez wyjścia i ‘pomoc’ już nie nadeszła… Mięśnie zaczynały się niebezpiecznie  trząść, siła w rękach słabła, a ja nie wiedziałam jak ruszyć w górę. Stałam w miejscu dobre kilka minut bijąc się z myślami, walcząc z ograniczającym mnie strachem, brakiem wiary i siły.  Poczułam się słaba i samotna. Trwało to długo, aż w końcu pomyślałam, że przecież Koparka nie wysłałby mnie na drogę, której nie dam rady przejść. Przedziwnym pełzająco – robaczkowym ruchem ruszyłam powoli w górę. Nie wiem na ile tak naprawdę ważna jest technika wspinania, a na ile wola walki. Ale wiem, że techniki nie znałam, a ograniczały mnie jedynie własne słabości. Jak stawiłam im czoła, nie mówię, że bez pomocy, to droga puściła…

samotność

Po tych moich wewnętrznych zmaganiach, dotarłam w końcu do miejsca, gdzie zmontowałam stanowisko. Pomyślałam, że wspinanie jest jednak znacznie bardziej samotniczym zajęciem niż mi się wydawało. Niby jesteś na ścianie z partnerem, ale tak naprawdę to jesteś sam ze swoim strachem, bólem, z własnymi ograniczeniami. Z ciałem, które nie chce współpracować. To wbrew pozorom daje MOC do zmagania się z życiem, a przynajmniej mi taką MOC dało.

Samotność. Podlesice 2007, fot. Robert Burak – Koparka

zaufanie

I jeszcze mała dygresja na temat bezgranicznego zaufania. Zakończenie kursu świętowaliśmy przy ognisku wątpliwej jakości winem. Uśmiechnięci, szczęśliwi, rozluźnieni, wspominaliśmy trudne i zabawne momenty minionego tygodnia. W pewnym momencie Koparka zapytał czy wiem, że raz przypięłam się do… niczego…

Nie miałam pojęcia, o czym on mówi, trybiki w głowie chodziły na najwyższych obrotach, ale efekt mizerny. I nagle – jest! Przypomniał mi się taki moment na Jarzębince. Bardzo wiało, szłyśmy już dość długo, ja prowadziłam, ostatni punkt asekuracyjny był jakieś 2 metry pode mną. Przede mną względnie gładka (moim zdaniem) ściana. Musiałam wyglądać niezbyt pewnie, bo Koparka, który pojawił się nagle znikąd, podał mi swoją linę i zapytał czy chcę się podpiąć. Ja oczywiście skwapliwie przytaknęłam, wpięłam ekspres i ruszyłam w górę już pewniejszym krokiem. Oczywiście nie sprawdziłam, czy manewr który zastosowałam miał jakikolwiek sens i czy skróciłby mój ewentualny lot…

Robert, mój Mistrz Instruktor, któremu ufałam bardziej niż komukolwiek, z szerokim uśmiechem na twarzy rozwiał moje wątpliwości mówiąc, że wpięłam się w luźny koniec liny…To tyle drogie panie na temat bezgranicznego ufania mężczyznom… 😉

Zapisz komentarz