Zamiłowanie do lekkiej atletyki pozostało mi jeszcze z czasów szkoły podstawowej. Pamiętam ogromną ekscytację, gdy w wieku 13 lat dostałam swoje pierwsze ‘kolce’, czyli buty do biegania po tartanowej bieżni. Czułam się wtedy jak mistrzyni świata i okolic, rozpierała mnie duma, a motywacja do trenowania natychmiast wzrosła o 300 %. Pamiętam atmosferę swoich pierwszych zawodów lekkoatletycznych, rozgrywanych na stadionie Skry w ramach Warszawskiej Olimpiady Młodzieży. Pamiętam smak izotoniku Isostar, który oszczędzałyśmy specjalnie na zawody i zapach maści rozgrzewającej Bengay, od którego w naszej szatni aż oczy szczypały. Najbardziej ze wszystkiego pamiętam jednak uczucie ekscytacji i jedności. Byliśmy jednym organizmem, jedną drużyną. I to taką, w której jeden za wszystkich i wszyscy za jednego. My kontra reszta świata.

To jest uczucie, o którym nigdy nie zapomniałam i, świadomie lub nie, zawsze za nim tęskniłam. W tamtym czasie z wypiekami na twarzach kibicowaliśmy polskim sportowcom, oglądając w telewizji Igrzyska Olimpijskie w Atlancie w 1996 roku. Podziwialiśmy naszych medalistów: Artura Partykę, Renatę Mauer, Mateusza Kusznierewicza, Pawła Nastulę i Roberta Korzeniowskiego. To byli nasi idole i bohaterowie.

Klasa sportowa.

Miałam szczęście chodzić do klasy sportowej w warszawskiej SP nr 321. Nasz fantastyczny wychowawca i trener, pan Marek Horbaczewski, często nam powtarzał, że jego celem nie jest wychowanie olimpijczyków, tylko wyrobienie w nas nawyku uprawiania sportu. Trochę byliśmy oburzeni, bo mieliśmy jednak spore ambicje, ale prawda jest taka, że nikt z nas wielkiej kariery sportowej nie zrobił, natomiast w wielu uczniach mojej klasy nawyk uprawiania sportu udało się wyrobić.

Przez cały szkolny tydzień mieliśmy chyba codziennie treningi, do tego w soboty jeszcze trening i basen na terenie zaprzyjaźnionego WATu i dwa razy w roku obozy sportowe, zimą narciarski, latem lekkoatletyczny. Kiedy skończyłam podstawówkę w pierwszej chwili poczułam ulgę, nareszcie tyle wolnego czasu! Nie muszę biegać, pocić się i męczyć. W liceum jednak szybko okazało się, że moje koleżanki przez 45 min wuefu właściwie tylko odbijają piłkę do siatkówki lub są wiecznie ‘niedysponowane’ i wtedy zrobiło mi się żal. Zrozumiałam, że pewien rozdział już się skończył.

plotki
Bieg przez płotki kobiet podczas halowego mityngu lekkoatletycznego

I co dalej?

Natomiast potrzeba ruchu i uprawiania sportu pozostała. Biegać wtedy jeszcze nie lubiłam, zresztą, choć trudno dziś w to uwierzyć, bieganie było w tych czasach raczej obciachem :D. Próbowałam fitnessu, ale szybko doszłam do wniosku, że to nie dla mnie, siłownia też mnie nudziła. Przez długi czas nie umiałam znaleźć nic dla siebie. Wciągnął mnie wir młodości, ze swoimi szaleństwami, imprezami, przyjaźniami i miłościami. Sport musiał poczekać. Tak naprawdę upomniał się o mnie, kiedy już skończyłam studia i zaczęłam tzw. normalną pracę, 8 h przy biurku, ewentualnie w okolicy biurka. Bardzo szybko poczułam, że potrzebuję ruchu, świeżego powietrza i porządnego fizycznego zmęczenia, po którym przychodzi spokój, satysfakcja i radość. Organizm upomniał się o należne mu dawki serotoniny i endorfin. Byłam już od jakiegoś czasu dorosła, miałam znacznie więcej czasu niż na studiach, zarabiałam na siebie, więc mogłam zacząć nową przygodę.

Spadochrony!

Dróg, które zaprowadziły mnie do sekcji spadochronowej Aeroklubu Warszawskiego było wiele. Trochę tak, jak w przysłowiu, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. W przypadki nie wierzę. Mnie wszystkie drogi prowadziły na wielką łąkę w miejscowości Chrcynno. Skoki spadochronowe przypomniały mi o tym, jak dobrze się czuję, gdy spędzę cały dzień na świeżym powietrzu, gdy się męczę, gdy walczę sama ze sobą, gdy wszyscy razem mamy jeden wspólny cel. To skoki pozwoliły mi poczuć satysfakcję z ustanawiania rekordów, ale nie to jest najważniejsze. Okazało się, że skoro mogę wyskoczyć z lecącego samolotu, to pewnie dam radę zrobić też kilka innych fascynujących rzeczy. Dwa lata po kursie spadochronowym zapisałam się na kurs wspinaczkowy, potem zaczęłam nurkować, a później to już samo poszło i różne sporty wpisały się na stałe w rytm mojego życia. W żadnym nie osiągnęłam mistrzostwa, ale każdy daje mi ogromną radość, satysfakcję i utrzymuje moje ciało w jako takiej formie i sprawności.

copernicus cup
Kibicujemy podczas Copernicus Cup Toruń 2019

Powrót do przeszłości.

Dlaczego Wam o tym piszę? Właśnie wróciłam z fantastycznego wyjazdu organizowanego przez klub lekkoatletyczny RK Athletics. Wspólnie z dzieciakami z klubu kibicowaliśmy  sportowcom podczas Halowego Mityngu Lekkoatletycznego „Orlen Copernicus Cup Toruń 2019”. Mieliśmy też okazję wspólnie z dziećmi odbyć trening na obiekcie, który dzień wcześniej oglądaliśmy jedynie z trybun. Nie tylko dzieci były tym zachwycone. Kiedy ustawiłam się w bloku startowym, przeszły mnie dreszcze. Nie robiłam tego od… końca szkoły podstawowej, czyli od 23 lat! :O

Dłonie pamiętały, jak należy się ustawić na bieżni, nogi same trafiły na miejsce w bloku startowym, a serce wypełniły radość i nostalgia na wspomnienie tych młodzieżowych treningów i startów. Cudownie było móc znów to poczuć.

trening
Arena Toruń, trening RK Athletics

Spełnione marzenie.

W 1996 roku miałam 15 lat, skończyłam szkołę podstawową i swoją przygodę z lekką atletyką. W tym samym roku Robert Korzeniowski zdobył swój pierwszy złoty medal olimpijski w chodzie na dystansie 50 km. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że 23 lata później, w lutowy poranek 2019 roku, na nadwiślańskim bulwarze w Toruniu, będę miała okazję uczestniczyć w treningu prowadzonym przez Roberta Korzeniowskiego, to uśmiałabym się równie serdecznie jak teraz, gdy to sobie uświadomiłam i piszę te słowa.

Pamiętajcie, że niemożliwe nie istnieje, ograniczenia są głównie w naszych głowach, a na sport i spełnianie marzeń nigdy nie jest za późno.

Zapisz komentarz