Tag

schronisko

Browsing

Moim wizytom w schronisku w Dolinie Pięciu Stawów Polskich w Tatrach, zwłaszcza tym zimowym, zwykle towarzyszą jakieś przygody. Pierwszy raz byłam tu w styczniu 2009 roku, na pierwszym kursie lawinowym dla turystów, prowadzonym przez ratowników TOPR. Wyszliśmy w góry za późno, nie sprawdziliśmy dokładnie prognozy, na podejściu zastał nas mrok i halny. Nie zapowiadało się dobrze. Zamiast kursantami, mieliśmy spore szanse stać się klientami TOPRu. Witajcie Tatry zimą!

Mrok i halny na podejściu do piątki

Śniegu było na tyle dużo, że nogi wpadały co chwilę w „skarbonki”, czyli głębokie dziury zamaskowane śniegiem, po kolana, po uda, po pachy. Nie mieliśmy nart ani rakiet. Po wyjściu z lasu, na progu dolinki wiało tak bardzo, że strach było zdjąć plecak, żeby go nie zwiało. Momentami kładłam się brzuchem na śniegu, żeby nie stracić równowagi i nie grzmotnąć w dół. Było kompletnie ciemno, wiało niemiłosiernie, śniegiem smagało po pysku. Czołówka oczywiście w plecaku. To było moje pierwsze wyjście w Tatry zimą. Na tym podejściu tak dostałam w dupę, że odechciało mi się tych całych gór. Kurs lawinowy prowadzony przez ratowników tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że zimą w górach czekają na mnie jedynie lawiny i śmierć. O kursie lawinowym pisałam Wam TUTAJ. Sporo czasu zajęło Tomkowi przekonanie mnie, że Tatry zimą są najpiękniejsze, a pozostanie w domu nie jest jedynym sposobem na unikanie zagrożenia lawinowego.

schronisko piątka nocą zima
Wejście do „piątki” zimą

nocą w śniegu po pachy

Kolejna wycieczka była nie mniej ekscytująca. Ja i Ewa wybrałyśmy się do Zakopanego w piątek po pracy. Z Wodogrzmotów Mickiewicza ruszyłyśmy ok. 23.00 w stronę czekającego na nas w schronisku Tomka. Ponieważ w dolinie nie ma zasięgu, umówiliśmy się, że Tomek wyjdzie nam naprzeciw, jak tylko zobaczy światełka czołówek. Ruszyłyśmy. Śniegu nie było, wczesna wiosna, z początku nic nie zwiastowało trudności. Po pół godzinie okazało się, że ścieżka jest oblodzona. Próbowałyśmy podpierać się czekanami, wyglądając jak dwie staruszki paralityczki, zgarbione z rozjeżdżającymi się co chwilę nogami. Walczyłyśmy tak dość długo, aż w końcu, pokonane, postanowiłyśmy założyć raki. Dlaczego dopiero wtedy? A bo zwykle ich prawidłowe założenie wymagało pomocy bardziej doświadczonych od nas… a tu nikogo, absolutnie nikogo nie było.

lesniczowka tatry
Leśniczówka w Tatrach

Nie możesz iść? czołgaj się

Nasze zimowe doświadczenie było wtedy jeszcze bardzo skromne. Niewystarczająco skromne, jak się potem okazało… Im wyżej tym więcej było śniegu, w końcu zrobiło się go tyle, że zapadałyśmy się „po jaja”. Z takich „skarbonek” bardzo trudno było się wydostawać, śnieg był wiosenny – ciężki i mokry. Tempo naszego marszu spadło dramatycznie, wyglądałam Tomka tęsknym wzrokiem, jednak nigdzie nie było widać żadnego światełka. Plecaki ciążyły, nogi zapadały się głęboko przy każdym niemal kroku. Próbowałyśmy iść na kolanach, to trochę pomagało, ale także było męczące i niezbyt efektywne. Na skraju rozpaczy i progu dolinki próbowałyśmy się nawet czołgać, aby jak najmniej obciążać pokrywę śnieżną. Tak wyglądają uroki Tatr zimą… Dla nich jesteśmy gotowi się nawet czołgać! 🙂

światła czołówek

Gdzieś pomiędzy godziną 3 a 4 nad ranem, wykończone, zobaczyłyśmy w końcu światła schroniska. Całe moje zmęczenie przeobraziło się w złość na Tomka, który zamiast przyjść nam z pomocą, spał sobie smacznie – jak sądziłam. Spotkałyśmy go przed schroniskiem, bladego z przerażenia. Zaatakowałam od razu – dlaczego po nas nie wyszedł, że przecież się umawialiśmy, że wcale się o nas nie martwił i w ogóle. Wysłuchał cierpliwie całej serii zarzutów, którą w niego wystrzeliłam i zapytał: – Słoneczko, a jak my się umawialiśmy? Że kiedy ja po Was wyjdę? – No jak to kiedy?! Kiedy tylko zobaczysz światła naszych czołówek! – I wtedy się zamknęłam. Zrobiła się cisza. – No właśnie… – odpowiedział Tomek. 

okno schronisko pięć stawów
Okno schroniska w Dolinie Pięciu Stawów

bez czołówek chodzi się lepiej? nie zawsze…

Nie włączyłyśmy czołówek. Moje doświadczenie nie było zbyt wielkie, ale Tomek zdążył nauczyć mnie chodzenia nocą bez światła. Zwłaszcza kiedy noc była jasna, księżycowa, paradoksalnie wtedy więcej widać. Kompletnie o tym zapomniałam, że jak nie włączymy światła, to on nie będzie miał żadnych szans, żeby nas zauważyć. Kiedy minął czas, po którym powinnyśmy już się pojawić w zasięgu jego wzroku, wychodził co 15 minut wypatrując nas. No ale nie dałyśmy mu szansy. Byłyśmy tam, ale on nie mógł nas przecież widzieć z takiej odległości. 

stary niedźwiedź mocno śpi?

Usiadłyśmy w końcu w ciepłej schroniskowej kuchni z panem Mieciem, otworzyłyśmy przyniesioną z dołu wiśniówkę i zapytałyśmy, czy przynajmniej niedźwiedzie jeszcze śpią. Pan Miecio odpowiedział, że już się budzą, ale jeśli nie mamy w plecakach kiełbasy to byłyśmy raczej bezpieczne. Spojrzenia moje i Ewy skrzyżowały się natychmiast. Nie odezwałyśmy się ani słowem. Kiełbasa myśliwska, nieświadoma zagrożenia, spoczywała sobie spokojnie w naszych plecakach…

kozica w tatrach
Kozica w Tatrach

rozsypany na śniegu księżycowy pył

Teraz jestem tu znowu, tym razem poza siarczystym mrozem, obyło się bez przygód. Nieoceniona Matka Biega pożyczyła mi swoje narty turowe i detektor lawinowy (jej autorstwa jest także moja piękna czapka, wszak Aga to zdolna i wszechstronna bestia). Na nartach takie podejście to czysta przyjemność, męcząca, ale przyjemność. W świetle czołówki świeży puszysty śnieg mienił się jak diamenty. Zupełnie jakby księżyc spadł w tatrzańską dolinę i wszędzie wokół rozsypał księżycowy pył. Na śniegu leżały najpiękniejsze klejnoty światy. Takie właśnie są Tatry zimą.

schroniskowa kuchnia

W schroniskowej kuchni uśmiechnięta Krysia nalała nam żurku chochlą tak wielką, że pełna jej zawartość nie mieściła się w talerzu. Nie wiem jak to możliwe, że nigdzie na świecie jedzenie nie smakuje mi tak dobrze jak w tatrzańskich schroniskach. A może to nie do końca zasługa jedynie zdolnych kucharek? Może mróz, wiatr, wysiłek i głód doprawiają te żurki, kwaśnice i racuchy? Talerz zupy, wielki kubek herbaty, jedno piwo na nas dwoje i przed 22.00 padliśmy jak muchy. Przespaliśmy 11 godzin.

skitury tatry dolina 5 stawów
Skitury w kierunku Szpiglasowej Przełęczy

rocznica wypadku ratowników pod szpiglasową przełęczą

Dziś wyszliśmy tylko na spacer o zmroku. Patrząc na Szpiglasową Przełęcz rozmawialiśmy o wypadku, który miał tu miejsce równo 18 lat temu, 30 grudnia 2001 roku. W lawinie, podczas wyprawy ratunkowej, zginęło wtedy dwóch młodych Ratowników – Bartek Olszański i Marek Łabunowicz – Maja. Tomek opowiadał mi szczegółowo o tej akcji ratunkowej, bo brał w niej udział. O tej tragedii możecie przeczytać w znakomitej książce Beaty Sabały – Zielińskiej, pt. „TOPR. Żeby inni mogli przeżyć.” Krótka wzmianka znajduje się także na stronie Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego TUTAJ.
Patrzyliśmy na sierp księżyca oświetlający grań i jedną jedyną gwiazdę, która świeciła jakby Im, na pamiątkę.

dolina pięciu stawów tatry
Księżyc nad granią Tatr

Burza. Dlaczego trzeba przed nią uciekać małymi kroczkami? Co oznaczają ‘stające dęba’ włosy? Czy każde trafienie pioruna jest śmiertelne? Jak unikać burz, zwłaszcza w górach i jak się zachować, kiedy nie mamy szans na bezpieczne schronienie?

Czterotysięcznik Gran Paradiso we włoskich Alpach. Przyjaciele i wspinanie. Miało być tak pięknie. Klimatyczne schronisko z marnym jedzeniem, ale za to pyszną kawą. Z łóżkami trzypiętrowymi jak kuszetki, między nimi przejście szerokości jednej osoby, ale na korytarzu łazienka z prysznicem i ciepłą wodą. Droga do schroniska prowadzi pięknym szlakiem wśród alpejskich łąk.

BYŁO TAK PIĘKNIE

Rok temu, dokładnie o tej porze, gwizdały świstaki, kwitły przeróżne alpejskie kwiaty, świeciło słonko. Było tak malowniczo, że aż mdliło. Potem wyjście w kierunku szczytu, jeszcze przed świtem. Długie niezbyt strome podejście pięknym lodowcem aż do krótkiej, ale pięknej i eksponowanej grani szczytowej. Na wspinaczy czeka tam niewielka biała figurka Matki Boskiej oraz smak zwycięstwa. Po wielu godzinach wysiłku nareszcie upragniony szczyt i widok, który zapiera dech w piersiach.

ZACZĘŁO SIĘ NIEWINNIE

Mieliśmy nadzieję, że w tym roku będzie podobnie. U podnóża góry, kiedy zaczynaliśmy swoją wędrówkę, przywitał nas deszcz. Nic to dla nas, szybciutko wrzuciliśmy na grzbiety goretexy i przeciwdeszczowe spodnie i spokojnie ruszyliśmy w górę. Było ciepło i parno, po drodze zdejmowaliśmy więc bluzy i większość z nas szła w koszulkach i lekkich przeciwdeszczowych kurtkach, bo wciąż trochę siąpiło. To był taki deszcz, który potrafi kapać godzinami, niebo było zasnute szarą powłoką. Szliśmy dalej, tempo było dobre, podejście naprawdę przyjemne.

PRZEJDZIE BOKIEM?

Zaczęło się od malutkich kuleczek gradu. Oho – pomyślałam. Wkuwałam niedawno meteorologię na potrzeby spadochronowego egzaminu instruktorskiego. Wiedza, jeszcze nie przykurzona, nie pozostawiała mi żadnych złudzeń. Mamy tu w pobliżu cumulonimbusa – chmurę burzową. Alpy są tak rozległe, że burza na pewno przejdzie bokiem – pomyślałam z nadzieją. No niestety. Nie przeszła. Zaczął nasilać się wiatr, na zmianę lało i sypało gradem, z początku drobnym, z czasem kulki lodu zaczynały już skutecznie przykrywać całą ścieżkę naszego podejścia.
No nie wierzę – pomyślałam. Przecież ja już ‘zaliczyłam’ spektakularną burzę w górach, pisałam o niej TUTAJ. Niemożliwe, żeby znów mi się to przytrafiło! A jednak…

CZEGO WSPINACZE BOJĄ SIĘ NAJBARDZIEJ?

Burza w górach jest tym, czego większość z nas, miłośników gór i wspinania, boi się najbardziej. Przychodzi znienacka i szczodrze obdarza nas całym swoim szatańskim asortymentem. A ma czym szastać – przeszywający chłód, ulewny deszcz, złowieszczy grad, porywisty wiatr i oczywiście błyskawice. Błysk, trzask i gniewne pomruki. Raz bliżej, raz dalej. Kiedy myślisz, że zimniej być już nie może, że grad nie może bić w Ciebie z większą siłą, a pioruny nie mogą walić bliżej, okazuje się, że niestety – myliłeś się. Może, może i jeszcze raz może. I nagle znajdujesz się jak w oku cyklonu. Co wtedy?

CZEGO NIE WOLNO CI ROBIĆ?

Wtedy przychodzi najgorsze. Musisz się zatrzymać i przeczekać:

  • nie pod drzewem (min. 10 m od korony drzewa)
  • pod skałą jonizuje się powietrze, więc nie jest tam bezpiecznie
  • nie w pobliżu wody (wiadomo)
  • co najmniej kilka metrów od siebie, nie w grupie
  • nie trzymając w rękach niczego metalowego (kijów, czekana, łańcucha)

JAK MOŻESZ SOBIE POMÓC?

Kiedy burza szaleje Ci nad głową, zatrzymaj się i czekaj:

  • na otwartej przestrzeni z daleka od grani
  • najlepiej ukucnij
  • nogi złącz koniecznie w kostkach i kolanach, aby uniknąć ryzyka powstania napięcia krokowego podczas wyładowania
  • jeśli masz suchy plecak lub linę, stań na nich w kucki, odizolujesz się w ten sposób od podłoża
  • jeśli włosy ‘stają ci dęba’ – jesteś w ogromnym niebezpieczeństwie.

Niczego więcej, niestety, nie możesz w tej sytuacji zrobić.

KIEDY JEST BEZPIECZNIE?

Bezpieczny jesteś dopiero wtedy, gdy:

  • od błysku do grzmotu upływa 30 sekund, oznacza to, że burza jest jakieś 30 km od Ciebie
  • od ostatniego błysku lub grzmotu minęło 30 minut.

CO NA TO TOPR?

TUTAJ znajdziecie tekst dotyczący porażenia piorunem, pióra Sylweriusza Kosińskiego, lekarza i ratownika TOPR. Przeczytajcie, przemyślcie i bądźcie bezpieczni, w górach i nie tylko. Podzielcie się tą wiedzą z innymi.

CO BYŁO DALEJ Z NAMI?

Burza zastała nas jakieś 20 minut od schroniska. Kiedy czas od błysku do grzmotu skrócił się znacząco, Tomek nakazał nam robić drobne kroczki i iść w kilkumetrowych odstępach od siebie. Kiedy już nie dało się nic odliczać i błyski szły w parze z grzmotami, chciał nie chciał, usiedliśmy skuleni w kucki na plecakach i czekaliśmy. To były długie minuty, naprawdę bardzo długie. Każdy kolejny trzask piorunów przeszywających powietrze wokół nas powodował mimowolne drżenie i kulenie się w sobie. Cisza wcale nie była lepsza, była oczekiwaniem i obawą, czy aby kolejny piorun nie trafi w kogoś z nas. Jeśli do siedzenia bez ruchu dodamy bardzo silny wiatr i grad, który nas tłukł niemiłosiernie, to mamy szybki przepis na wychłodzenie. I to w czerwcu, na podejściu do schroniska.

NAJGORSZE JEST CZEKANIE

Nie wiem, ile trwało to nasze siedzenie, często mawiam, że czas jest pojęciem względnym, w końcu to szaleństwo nad nami nieco się uspokoiło i ruszyliśmy dalej. Lodowata woda spływała nam po plecach aż do majtek. Nasiąknięte plecaki były jeszcze cięższe, w butach chlupotało, a dłoni nie czuliśmy z zimna. W końcu zobaczyliśmy schronisko. Widok ten ucieszył nas, jak fatamorgana na pustyni. Bo to była pustynia, równie bezkresna i niebezpieczna, tyle, że śnieżna.

BEZ MAJTEK

Przez chwilę nie mogłam uwierzyć, że tu jesteśmy. W cieple i pod dachem, bezpieczni. Pierwszy raz wylewałam wodę z wnętrza plecaka. Większość rzeczy zawsze pakuję w torebki foliowe, ale ostatnio moja niechęć do plastiku kazała mi spakować bieliznę do płóciennego woreczka, zostałam więc bez ani jednej suchej pary majtek :D.

W ALPACH ZACZĘŁY NAM grozić… ODLEŻYNY

Do schroniska dotarliśmy w poniedziałek pod wieczór, pogoda jaka była, już wiecie. We wtorek była bardzo zbliżona do poniedziałkowej, z dachu schodziły lawiny, na zmianę padał deszcz i śnieg. W związku z tym przez cały wtorek ‘lizaliśmy rany’. Po śniadaniu poszliśmy spać, w południe wstaliśmy na kawę, po kawie poszliśmy spać, wstaliśmy na obiadokolację, po której… poszliśmy spać. Zaczynałam się już obawiać odleżyn ;). Natomiast przegrzanie z całą pewnością nam nie groziło. Spałam w wełnianych skarpetach, bluzie i w czapce, pod wszystkimi trzema kocami, które były na wyposażeniu mojej pryczy.

STABILNA POGODA

Z każdym naszym przebudzeniem zdawało się, że ubywa ludzi. My jednak nie poddawaliśmy się. Pomiędzy spaniem i jedzeniem słuchaliśmy sobie „Filarów Ziemi” Kena Folleta. Na kolacji we wtorek było podejrzanie mało osób, no cóż, może zjedli wcześniej? W nocy z wtorku na środę budził nas wiatr, który próbował zerwać dach. Z dachu nadal schodziły lawiny i wtedy też się budziliśmy. W środę nad ranem nadal sypało śniegiem i smagało wiatrem. Środa miała być dniem nieco lepszej pogody i dniem naszego ataku szczytowego, ale ta lepsza pogoda pozostała tylko na prognozach. Pogoda była stabilna, nadal wiało i sypało. Czasem grzmiało i błyskało. Nawet gdyby znienacka walnęło nagle błękitem, nie bylibyśmy w stanie w jeden dzień przetorować tych ton śniegu, które napadały tu przez te kilka dni.

GŁOS ROZSĄDKU

W środę przed śniadaniem ktoś w końcu wydobył z siebie głos rozsądku. Zaproponował(a), żebyśmy najbliższą noc spędzili może w Mediolanie lub Bergamo, zamiast tutaj w oczekiwaniu na cud, który nie miał prawa się zdarzyć. Część z nas przyjęła tę propozycję entuzjastycznie, choć dla niektórych były to wieści hiobowe. W końcu ustaliliśmy, że znikąd nie ma dla nas nadziei, zjedliśmy śniadanie, składające się z czerstwego chleba, dżemiku i nutelli (o zgrozo!) i spakowaliśmy się do wyjścia. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że poza nami w schronisku została już tylko obsługa! A i ona wyglądała, jakby zbierała się wkrótce na dół… Gospodarz schroniska, przemiły starszy jegomość, był chyba pod wrażeniem naszej cierpliwości i determinacji, bo nawet wyszedł z nami przed schronisko, żeby nas pożegnać i zrobić nam pamiątkowe grupowe zdjęcie.

A MIAŁO BYĆ TAK PIĘKNIE

Aha, zapomniałam dodać, że akurat przez te 3 dni, które spędziliśmy w schronisku, trwał remont jedynej łazienki z prysznicami. A woda w umywalkach miała temperaturę zbliżoną do temperatury wody wypływającej prosto z lodowca, bo stamtąd też pochodziła… Za to kawę mieli pyszną, także tak…

wodospad w Alpach
1000 metrów niżej była piękna wiosna