Podobno prawdziwe życie zaczyna się tam, gdzie kończy się nasza strefa komfortu. Pomyślałam o tym, kiedy stanęłam któregoś grudniowego dnia na Kasprowym Wierchu, z nartami turowymi, na skraju Kotła Gąsienicowego.

Wiał silny wiatr, sypał śnieg a widoczność była żadna. Nie byłabym sobą, gdybym nie zapytała T., czy jest pewny, że to dobry pomysł… On się tylko uśmiechnął i ruszyliśmy w dół. Przypominało to trochę skok z samolotu w chmurach, bez widoczności. Paradoksalnie bezpieczniej się czuję, kiedy skaczę, niż wtedy, gdy pędzę na nartach we mgle, po świeżym puszystym śniegu, stromo w dół, nie widząc co jest dalej…

A dalej było ciepłe schronisko, przytulne, drewniane wnętrze, miłe wspomnienia oraz najlepsza kwaśnica na świecie, którą zjedliśmy na śniadanie. Do tego ‘Simona Kossak’ Anny Kamińskiej, ciepły koc i herbata.
Tak smakuje życie poza strefą komfortu…

Następnego dnia rano wyszłam ze schroniska, żeby zrobić zdjęcia przed spodziewanym pogorszeniem pogody. Oświetlony pierwszymi promieniami słonka szczyt Kasprowego Wierchu był równie piękny, jak złoty od słońca wierzchołek Manaslu, który podziwiałam kilka tygodni wcześniej. Skrzypiący pod nogami śnieg, miejscami po pas, czyste błękitne niebo i nadmiar świeżego powietrza o temperaturze -12 stopni. Idealne warunki na samotną wycieczkę na fokach nad Czarny Staw Gąsienicowy.

Po drodze, poza zapierającymi dech widokami, spotkałam też piękną dziewczynę, wyłoniła się nagle zza wzniesienia i zdawała się przybyć z innej epoki, takiej, która dawno już przeminęła. Miała na sobie bardzo szerokie spódnico-spodnie, futrzaną kurtkę oraz czapę z nausznikami, spod której wystawały długie rude włosy pokryte śniegiem. Spotkałam też starszego pana, który poprosił o zdjęcie na tle Kościelca i pochwalił moje umiejętności kadrowania. Rozmawialiśmy o górach i o duchu Wandy Rutkiewicz, który uratował ponoć życie Carlosowi C., po czym życząc sobie miłego dnia rozstaliśmy się. On ruszył dalej pieszo, ja na nartach.

Potem piłam czarną mocną kawę, owinięta szczelnie ciepłym pledem w piękne góralskie wzory, czytałam ‘Simonę Kossak’ i patrzyłam przez okno na zapadający zmierzch, wichurę, zawieję i zamieć razem wzięte. To był dobry dzień.

Tak wyglądał wpis, który zamieściłam rok temu na swoim prywatnym fb. Wtedy jednak nie zamieściłam dalszego ciągu, bo… nie był już taki sielski 😉

Nie chwal dnia przed zachodem słońca mówili…
Popołudniu zrobił się ‘armagedon’, wiatr przewracał turystów na szlaku, TOPR sugerował pozostanie w schronisku na noc, widoczność spadła, szalała zamieć, a o 18.00 okazało się, że jeden z zespołów taternickich nie wrócił ze wspinania… W związku z tym, że warunki były bardzo złe – wiatr w porywach miał prędkość 154 k/h, T. zadzwonił do jednego z tychże taterników i przywitał ich słowami „Dzień dobry, TOPR z tej strony, co tam u Was?”. Okazało się, że właśnie mieli dzwonić po pomoc, bo od godziny błąkają się w rejonie Czarnego Stawu i nie mogą znaleźć szlaku, nie wiedzą gdzie iść.

W tym czasie szlak był już zbyt niebezpieczny do przejścia, z powodu zagrożenia lawinowego. T. zasugerował im drogę dołem, aby nie podcięli lawiny trawesując zbocze. Po konsultacji z centralą TOPRu postanowił wyjść taternikom naprzeciw w możliwie najdalsze bezpieczne miejsce i wystrzelić race, aby wskazać im kierunek, w którym mają iść. Wzięliśmy detektory lawinowe, sondy i łopaty, zaparzyliśmy herbatę w termosie i wyszliśmy przed schronisko.

Nie wierzyłam własnym oczom. Kilka godzin wcześniej krajobraz wyglądał ZUPEŁNIE inaczej. Szłam tym samym szlakiem przy pięknej, niemal bezwietrznej pogodzie zaledwie kilka godzin wcześniej. Teraz nie mogłam się w ogóle połapać gdzie jestem… Przy mocniejszych podmuchach wiatru musiałam mocno zapierać się kijkami, żeby nie dać się ‘zdmuchnąć’. Śnieg sypał tak mocno, że miałam wrażenie jakby tysiące igieł wbijały mi się w skórę twarzy. Mimo nocy musiałam założyć gogle i zakryć całkowicie twarz buffem, bo okropnie piekła i czułam, że odmrażam sobie nos i policzki.

Przez zamieć ledwo widziałam w świetle czołówki T., który szedł przede mną. Narty nam się zapadały w świeżym śniegu, nawiało go tyle, że zaspy były miejscami wyższe ode mnie, nie było już śladów szlaku i kompletnie nie wiedziałabym gdzie jestem, gdyby nie delikatnie migoczące w oddali światła schroniska. Dotarliśmy do granicy lasu, czyli ostatniego bezpiecznego miejsca. T. skontaktował się z taternikami, wystrzelił race i czekaliśmy, była równo 19.00. Po dłuższym czasie przyszła przez radio informacja z centrali, że chłopaki sami się raczej nie wydostaną z miejsca, do którego doszli, czyli okolic Kamienia Karłowicza… Trzeba iść im pomóc.

Zawróciliśmy więc w stronę schroniska, ja do pokoju, a T. wraz z drugim ratownikiem poszli na poszukiwania… Miejscami brnęli w śniegu po pachy… Wrócili wraz z dwoma taternikami zmarznięci i przemoczeni ok 22.00.
A chwilę później… ruszyli na kolejne poszukiwania!
Tym razem narciarza, który zgubił się zjeżdżając z Hali nartostradą. Znał ją doskonale, zjeżdżał nią wiele razy, a jednak… Śnieg zasypał wszelkie ślady, zamieć uniemożliwiła zorientowanie się w terenie, a w lesie wszystkie drzewa wyglądają podobnie…

Narciarz po wezwaniu pomocy schronił się w wykopanej przez siebie jamie i czekał. Przy takiej sile wiatru i temperaturze -6 stopni, odczuwalna temperatura jest bliska -30 stopniom. Człowiek wychładza się wtedy w zastraszającym tempie. Ratownicy znaleźli go dość szybko, ale wydostanie się z tego terenu zajęło im blisko 1,5 godziny. Wrócili o północy.

Zapisz komentarz