Author

Kasia Witkowska

Browsing

Postanowiłam pomagać małym Nepalczykom w himalajskich wioskach. Kluczem do pomagania stały się dla mnie szkoły. O tym, jak do tego w ogóle doszło możecie przeczytać TUTAJ. Teraz czas na część II opowieści o szkołach  w chmurach.

Zatem miałam już kontakt do nauczyciela o imieniu Mukhiya, który pomógł mi skontaktować się ze szkołą, której chcieliśmy pomóc, w wiosce Bragha na wysokości 3500 m n.p.m., w dystrykcie Manang, w Himalajach Nepalu. Kontakt ten wyglądał tak, że Mukhiya był naszym łącznikiem i to za jego pośrednictwem porozumiewałam się z pracownikiem szkoły. Moje pierwsze i najważniejsze pytanie brzmiało – Jakie są potrzeby szkoły?

Brama szkoły Nepal Himalaje
Brama szkoły w buddyjskiej wiosce w Himalajach Nepalu

Podejrzewałam, że może im brakować pomocy naukowych, może map, globusa, książek, zeszytów. Transport w tym rejonie odbywa się głównie pieszo i żeby przynieść do Braghi ładunek, trzeba z nim iść co najmniej 5 dni od miejsca, w którym kończy się w miarę normalna droga jezdna. Wprawdzie jeżdżą tamtędy czasem samochody terenowe, ale nikogo, poza turystami, praktycznie nie stać na taki transport.

Grzejniki

Już wcześniej obmyśliliśmy sobie z Tomkiem, że aby wspierać edukację najbiedniejszych dzieci, kupimy do szkoły laptopa i rzutnik, do tego nagramy na dysku zewnętrznym materiały edukacyjne oraz bajki, które pomogą dzieciom w nauce angielskiego. Język jest tam bardzo ważny, głównie ze względu na turystów, z których obecności utrzymuje się niemal cała dolina.

Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy przyszła odpowiedź… Przecierałam oczy ze zdumienia. Okazało się bowiem, że najpilniejsza potrzeba to grzejniki elektryczne albo ciepłe ubrania dla dzieci… W oczach stanęły mi łzy.

Zrobiło mi się trochę głupio, nieco wstyd i bardzo smutno. Głupio i wstyd, bo nawet przez myśl mi nie przeszło, że dzieci tam potrzebują tak podstawowych rzeczy, a smutno, bo szybko dotarło do mnie, że nawet najlepszy komputer i piękne materiały edukacyjne nie ogrzeją tych małych zmarzniętych istot … Nie sposób się przecież uczyć, gdy ciągle doskwiera zimno!

Zasięg komórkowy trzy dni drogi stąd

Druga myśl była taka: Jak ja mam zbierać pieniądze na grzejniki?! Niezbyt to medialne, prawda?

Kontakt pomiędzy mną a szkołą był bardzo trudny i powolny. Mukhiya mieszka i uczy w wiosce Nar Phoo na wysokości blisko 4500 m n.p.m., w miejscu gdzie nie ma zasięgu telefonów komórkowych, a do głównego szlaku idzie się 3 dni… Ponadto jego angielski,  mocno różni się od mojego, co nie ułatwia porozumiewania się. Zanim więc dowiedziałam się o grzejnikach i ubraniach, rozpoczęłam zbieranie pieniędzy na komputer i rzutnik, bo termin organizowanego przez nas trekkingu był coraz bliżej.

szkoły na końcu świata

Tak więc naszą pierwszą zbiórkę przeprowadziliśmy z pomocą fundacji Szkoły na końcu świata, za co jestem im bardzo wdzięczna, bo przecież zupełnie mnie nie znali, a zdecydowali się zaufać i pomóc!

Nasza przyjaciółka Tamara wynalazła w Internecie fundację Szkoły na końcu świata, która funduje stypendia uczniom szkoły w nepalskiej wiosce Jharkot. Pomyślałyśmy, że może oni nam pomogą zorganizować zbiórkę. Miałam straszną tremę i zupełnie nie wiedziałam jak mam powiedzieć obcej mi osobie, współzałożycielce i prezes fundacji Magdalenie Gołębiowskiej, że chcemy pomóc szkole, w której nigdy nie byliśmy i mamy zamiar zbierać pieniądze na ten cel za pośrednictwem jej fundacji! Do dziś nie wiem, jak ją przekonałam do tego pomysłu. Pamiętam jak powiedziała mi, że to co mówię brzmi rozsądnie, żebyśmy działali i życzyła nam powodzenia. Nasz apel o pomoc zamieściła nawet na facebookowej stronie fundacji!

baner zbiórka na szkołę w Nepalu
Nasza pierwsza akcja pomocowa dla dzieci w Nepalu

pomoc z bydgoszczy

W międzyczasie na pomoc wyruszyli nam przyjaciele z Bydgoszczy. Wśród swoich przyjaciół, znajomych i współpracowników zorganizowali zbiórkę i niebawem zaprosili nas po odbiór komputera i rzutnika! Nie mogłam uwierzyć własnym oczom! Znaliśmy osobiście tylko dwie ze wszystkich osób, które przyłączyły się do naszej akcji w Bydgoszczy. To się naprawdę działo! Moim zdaniem to są małe cuda. A może wcale nie takie małe?

Bydgoszcz pomaga dzieciom w Nepalu
Ekipa z Bydgoszczy. Pierwszy z prawej himalaista Jan Kwiatoń.

Uruchomiona przez nas lawina dobroci rozpędzała się i niebawem mieliśmy już środki finansowe na zakup grzejników i ciepłych ubrań dla wszystkich 23 uczniów szkoły w Bradze!

dodatkowy komputer

Kiedy zaczynasz robić dobre rzeczy, to dobro zaczyna się mnożyć. Nasz przyjaciel Paweł w taki cudowny sposób pomnożył komputery i zyskaliśmy dzięki niemu dodatkowego laptopa. Na tym etapie nie wiedzieliśmy jeszcze, gdzie go przekażemy, ale byliśmy przekonani, że podarowany Pawłowi, przez innego Pawła, na pewno zrobi wspaniałą robotę w którejś ze szkół w Himalajach Nepalu. Właśnie od tego komputera rozpoczęła się kilkanaście dni później nasza największa akcja pomocowa!

festiwal podróżniczy kolosy

Tymczasem jest marzec 2016 roku, równo tydzień przez naszym wylotem do Kathmandu wybieramy się we dwoje do Gdyni na KOLOSY. Tomek rok wcześniej prowadził tam prezentację i odebrał wyróżnienie za Wyczyn Roku, ale niestety nie mogłam wtedy być z nim, bo rozchorowało nam się dziecko. Pojechaliśmy więc rok później, żeby zaczerpnąć trochę inspiracji i niesamowitej energii, których nigdy tam nie brakuje. Miałam nadzieję na radość i beztroskę.

Kiedy wybieraliśmy prezentacje, które chcieliśmy zobaczyć, trafiliśmy na tytuł „Ej! Odbudujmy Nepal”. Poszliśmy. Wolne miejsca były już tylko z przodu na podłodze. Wiedziałam, że będzie o trzęsieniu ziemi. Widziałam wcześniej w mediach już sporo materiałów o tej tragedii, ale kiedy Tija opowiadała o pracy przy odgruzowywaniu i o wspaniałych relacjach z mieszkańcami Kathmandu, łzy zaczęły powoli spływać mi po policzkach. Muzyka zagłuszała na szczęście mój szloch, spłakałam się tam okropnie. Po zakończeniu prezentacji ludzie przyglądali mi się z uwagą, chyba nie do końca rozumiejąc moje emocje, a Tija po prostu mnie przytuliła.
Ona rozumiała.

Świątynia Małp po trzęsieniu ziemi Kathmandu Nepal
Kathmandu po trzęsieniu ziemi

nie wierzę w przypadki

Do pociągu powrotnego wpadliśmy oczywiście w ostatniej chwili, roześmiani i zziajani. Cudem zdążyliśmy. Okazało się, ze nasze miejsca zajęły dwie sympatyczne panie, usiedliśmy więc na wolnych miejscach naprzeciw nich i wywiązała się luźna pogawędka. Gdzie byliśmy, co robiliśmy w Gdyni i tak dalej. Od słowa do słowa opowiedzieliśmy, że za tydzień ruszamy na charytatywny trekking. Matylda zapytała, czy czegoś nam jeszcze brakuje. Przyznałam, że przydałoby się więcej szczoteczek i past do zębów dla dzieci żyjących wysoko w chmurach.

A ona na to, że jest nauczycielką i bardzo chętnie, wspólnie ze swoimi uczniami, nam pomogą! Wyobrażacie sobie? Od lat powtarzam, że nie wierzę w przypadki! To była niedziela. W czwartek odebraliśmy ze szkoły od Matyldy trzy kartony pełne szczoteczek, past do zębów i innych drobiazgów, które polskie dzieci z chrześcijańskiej szkoły kupiły nepalskim dzieciom wielu wyznań. Wydało mi się to piękne i symboliczne.

Byliśmy gotowi do drogi, za chwilę mieliśmy wyruszyć w nasz pierwszy charytatywny trekking, który rozpoczął piękną, trwającą do dziś podróż.

szczoteczki i pasty dla dzieci  w Nepalu
Pasty do zębów i szczoteczki dla dzieci w Nepalu

skutek uboczny

Gdy myślę o tym teraz, to uśmiecham się do siebie tamtej. Minęło zaledwie 3 lata i aż 3 lata. Dziś już wiem, że w ludziach są ogromne pokłady dobra i wrażliwości. Potrafią rezygnować ze swoich potrzeb i przyjemności po to, by jakiemuś dziecku na końcu świata było wreszcie ciepło… I wiem, że mnóstwo tych ludzi jest wokół mnie. To jest najlepszy, najwspanialszy ‘skutek uboczny’ mojej działalności charytatywnej w Nepalu!

Ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam. Byłam okropnie zła na Tomka, że mnie ‘wrobił’ w tą zbiórkę i to na taką skalę. Przekonana, że nie uda mi się zebrać tych założonych przez nas 3000 zł na komputer i rzutnik do szkoły na końcu świata! Bałam się porażki i rozczarowania. One mnie paraliżowały, a Tomek, zupełnie ślepy i głuchy na te moje paranoje, dopingował i mobilizował mnie do dalszego działania. Od tego czasu mnóstwo się zmieniło, zarówno w szkołach, którym pomagamy, jak i… w mojej głowie.

kathmandu

20 marca 2016 roku wylądowaliśmy w Kathmandu. Mieliśmy półtora dnia na znalezienie odpowiednich grzejników, zakup płyt z materiałami edukacyjnymi i 30 dziecięcych kurtek. Okazało się to wcale nie takie łatwe, bo w dolinie Kathmandu trwało właśnie gorące lato… 

O tym jak doprowadziłam do płaczu Nepalkę, u której kupowaliśmy kurteczki, opowiem Wam następnym razem. (cdn.)

Chcesz wiedzieć jak pomagamy szkołom w Himalajach? Zajrzyj na naszą stronę SKY TATRA TEAM na fb

Zaczęłam się wspinać kiedy miałam 26 lat. Ten tekst powstał po moim kursie wspinaczkowym w Podlesicach w 2007 roku.

Poczułam, że brakuje mi tchu. Rozpaczliwie potrzebowałam odpoczynku, ciszy, chciałam pobyć sama ze sobą przez jakiś czas. Musiałam wyjechać z miasta. Skąd pomysł o wspinaczce? Nie wiem…

Wydaje mi się, że ważne w życiu decyzje przychodzą do nas same, wierzę w siłę intuicji. Zapytałam znajomych, kto zna dobrego instruktora wspinaczkowego i tak trafiłam ‘pod skrzydła’ Roberta Buraka „Koparki”.

Pierwszy dzień to był totalny kosmos. Ja zielona jak szczypiorek na wiosnę i trzy osoby, które nie dość, że się przyjaźnią, były już w skałach zeszłego lata, to jeszcze cały rok chodziły na sztuczną ściankę. ‘No pięknie, k…a, pięknie’  pomyślałam  ‘to teraz zacznie się sajgon i wykłady w języku chińskim. Jestem ugotowana!’. Przez pierwsze dni najbardziej zaskoczył mnie fakt, że stopy w za małych butach wspinaczkowych, które mi dobrał miły sprzedawca, mogą tak strasznie boleć, że robi się z bólu słabo. Trzeba usiąść na najbliższym skrawku skały, żeby nie polecieć w dół. Żal też było patrzeć, że szlag trafił tak starannie zrobiony przed wyjazdem manicure ;).

No i się zaczęło…

Pierwsze ‘schody’ przy wiązaniu ósemki. No nijak mój humanistyczny umysł nie mógł się połapać o co chodzi z tym węzłem i udało mi się wymyślić niezliczoną ilość jego nieistniejących wariantów… Jestem naprawdę kreatywna! Dalej nie było lepiej… HMSy, ekspresy, kubki, karabinki, weblinki, półweblinki, repiki, prusiki, kewlary. Byłam chyba jedyną osobą w całych Podlesicach, która  te cuda widziała pierwszy raz w życiu, nie mówiąc już o szybkim załapaniu, co do czego i w jakim celu jest używane. W myślach obdarzyłam Koparkę bardzo szczodrze wszelkimi wyszukanymi epitetami, bardziej lub mniej obraźliwymi. Przecież mówiłam mu wyraźnie przez telefon, że nie wiem o wspinaniu absolutnie NIC, a on….. zaprosił mnie na kurs! No to teraz ma na tym kursie bystrą ogarniętą trójkę i jednego matoła – MNIE!

pierwszy szok

Nie wiem, co ja sobie dokładnie wyobrażałam przyjeżdżając na ten kurs, ale pamiętam moje zdziwienie jak usłyszałam ‘Idź!’. W pierwszym momencie chciałam zapytać o to ‘jak mam kurna iść?!’ Spodziewałam się najpierw wykładu z techniki wspinania, może jakichś sprytnych chwytów i trików na temat sposobu stawiania stóp na skalnych stopniach. Usłyszałam tylko ‘po prostu idź do góry’. ‘No dobra’ pomyślałam ‘ja nie dam rad’?! Ja?! 😉 i… ruszyłam w górę. Słyszałam bicie własnego serca… Walenie, nie bicie!

Byle do góry… Podlesice 2007, fot. Robert Burak – Koparka

Czułam się beznadziejna

Bałam się zrobić jakikolwiek krok bez konsultacji z instruktorem. Ufałam mu bezgranicznie, z czego wyniknęła później bardzo zabawna sytuacja, ale po kolei.
Moi współtowarzysze zgłębiali tajniki montowania stanowisk pancernych, samonastawnych i skontrowanych, a ja tymczasem ćwiczyłam dzielnie ósemkę. Nie wiem ile razy powtórzyłam w myślach, że jestem głąb, że Koparka jest głąb, że ósemka też jest głąb i że nie ma takiej możliwości, żebym zrozumiała jak to wszystko działa. Czułam się jak blondynka. No ale trudno, powiedziało się A trzeba powiedzieć i B, poza tym nieładnie byłoby zniknąć tak po angielsku, albo nawet pożegnać się elegancko i zwiać, bo brakowałoby wtedy jednej osoby do asekuracji. Choć o jej wątpliwych efektach, w moim wykonaniu, Maciek przekonał się już pierwszego dnia.

Następnego dnia los dał mu szansę na słodką zemstę. Uczyliśmy się podstaw autoratownictwa, ja elegancko i bezpiecznie zwiozłam Maćka na ziemię, przyszła jego kolej i… utknęliśmy w połowie dwudziestometrowej drogi.  Misternie zawiązany przez Maćka bloker okazał się na tyle skuteczny, że uniemożliwił nam jakikolwiek ruch w dół. Z góry było słychać odgłosy rozmowy telefonicznej, a my wisząc daleko od ściany czekaliśmy na ratunek. Przypuszczam, że Koparka celowo zbytnio się do nas nie spieszył, ale jak Maciek zaczął na głos żałować, że nie ma przy sobie noża,  zrobiło mi się słabo…Później okazało się, że nóż jednak miał, całe szczęście, że o tym nie wiedział, bo jak by go wyjął to na bank zaczęłabym się drzeć w niebogłosy! W końcu Koparka przybył na ratunek, a ja postanowiłam nigdy nie korzystać już z ‘pomocy’ mojego drogiego kolegi Maćka.

Dni mijały a ja nie bardzo miałam ochotę się ‘usamodzielnić’

Jak tylko brakowało mi pomysłu, którędy iść dalej, wołałam po pomoc, która przychodziła coraz wolniej, bardziej opieszale i coraz rzadziej.

Pamiętam pewien trudny dla mnie moment w jakimś kominie (a szczerze nienawidzę kominów). Stałam / wisiałam w bardzo niewygodnej pozycji i naprawdę nie miałam pojęcia co dalej. Koparka zwlekał z przyjściem mi na ratunek, jak się w końcu pojawił to zasugerował, żebym zarzuciła nogę na półkę, którą miałam nad głową! Zdaje się, że wysyczałam przez zęby kilka nieładnych słów pod jego adresem. Po czym dorzuciłam jeszcze, że jak bym umiała tam zarzucić nogę to byłabym mistrzynią kamasutry.
No i stał się cud, jak tylko on mi powiedział, że tam się jednak da wejść – weszłam. Jego wiara we mnie sprawiła, że ja też uwierzyłam. I co? Da się? – Da się!

Wiara czyni cuda

Mocno zapadł mi w  pamięć pewien moment, kiedy znów znalazłam się w sytuacji, jak wydawało mi się, bez wyjścia i ‘pomoc’ już nie nadeszła… Mięśnie zaczynały się niebezpiecznie  trząść, siła w rękach słabła, a ja nie wiedziałam jak ruszyć w górę. Stałam w miejscu dobre kilka minut bijąc się z myślami, walcząc z ograniczającym mnie strachem, brakiem wiary i siły.  Poczułam się słaba i samotna. Trwało to długo, aż w końcu pomyślałam, że przecież Koparka nie wysłałby mnie na drogę, której nie dam rady przejść. Przedziwnym pełzająco – robaczkowym ruchem ruszyłam powoli w górę. Nie wiem na ile tak naprawdę ważna jest technika wspinania, a na ile wola walki. Ale wiem, że techniki nie znałam, a ograniczały mnie jedynie własne słabości. Jak stawiłam im czoła, nie mówię, że bez pomocy, to droga puściła…

samotność

Po tych moich wewnętrznych zmaganiach, dotarłam w końcu do miejsca, gdzie zmontowałam stanowisko. Pomyślałam, że wspinanie jest jednak znacznie bardziej samotniczym zajęciem niż mi się wydawało. Niby jesteś na ścianie z partnerem, ale tak naprawdę to jesteś sam ze swoim strachem, bólem, z własnymi ograniczeniami. Z ciałem, które nie chce współpracować. To wbrew pozorom daje MOC do zmagania się z życiem, a przynajmniej mi taką MOC dało.

Samotność. Podlesice 2007, fot. Robert Burak – Koparka

zaufanie

I jeszcze mała dygresja na temat bezgranicznego zaufania. Zakończenie kursu świętowaliśmy przy ognisku wątpliwej jakości winem. Uśmiechnięci, szczęśliwi, rozluźnieni, wspominaliśmy trudne i zabawne momenty minionego tygodnia. W pewnym momencie Koparka zapytał czy wiem, że raz przypięłam się do… niczego…

Nie miałam pojęcia, o czym on mówi, trybiki w głowie chodziły na najwyższych obrotach, ale efekt mizerny. I nagle – jest! Przypomniał mi się taki moment na Jarzębince. Bardzo wiało, szłyśmy już dość długo, ja prowadziłam, ostatni punkt asekuracyjny był jakieś 2 metry pode mną. Przede mną względnie gładka (moim zdaniem) ściana. Musiałam wyglądać niezbyt pewnie, bo Koparka, który pojawił się nagle znikąd, podał mi swoją linę i zapytał czy chcę się podpiąć. Ja oczywiście skwapliwie przytaknęłam, wpięłam ekspres i ruszyłam w górę już pewniejszym krokiem. Oczywiście nie sprawdziłam, czy manewr który zastosowałam miał jakikolwiek sens i czy skróciłby mój ewentualny lot…

Robert, mój Mistrz Instruktor, któremu ufałam bardziej niż komukolwiek, z szerokim uśmiechem na twarzy rozwiał moje wątpliwości mówiąc, że wpięłam się w luźny koniec liny…To tyle drogie panie na temat bezgranicznego ufania mężczyznom… 😉

Walka o czasowniki nieregularne toczy się w naszym domu od mniej więcej roku. Na razie wygrywają czasowniki. Jako, że Młody ma zdiagnozowane zaburzenia koncentracji uwagi, to walka z założenia jest nierówna. Umawialiśmy się na te czasowniki już dziesiątki razy, były zabiegi motywacyjne, prośby, groźby i konsekwencje. Naprawdę próbowaliśmy chyba wszystkich humanitarnych metod wywierania wpływu. Wszystko na nic. Tłumaczyliśmy, rozmawialiśmy, pomagaliśmy. Nic. Kiedy znów całodzienne próby nauczenia się garści słówek spełzły na niczym, a Tomkowi za chwilę już miały strzelić bezpieczniki, wpadłam na pewien chytry pomysł.

Nowy plan.

Realizację rozpoczęłam następnego poranka. Młody jest fanem harcerstwa, jego druh jest absolutnym guru, opowiada chłopakom świetne rzeczy o metodach wpływania na podświadomość, o wywieraniu wpływu na innych, o wykorzystywaniu potencjału itp. Pomyślałam, że to może stać się moją bronią w walce z angielskimi czasownikami!

Zatem przy śniadaniu zaprosiłam Młodego do pewnej zabawy. Poprosiłam, żeby wyobraził sobie, że jest zastępowym, ma pod swoją opieką sześciu harcerzy i właśnie dostali zadanie zorganizowania ogniska dla pięćdziesięciu osób. Zapytałam więc:

  1. Co muszą kupić?
  2. Co trzeba zorganizować?
  3. W jakiej kolejności trzeba wykonać zadania?
  4. Ile czasu na to wszystko potrzebują?
  5. Jak się podzielą robotą?

Dobrze kombinował, ja tylko podpowiadałam, że np. zaczynamy od zakupów i opału, a herbatę robimy na końcu. Wprowadziłam trochę komplikacji w postaci harcerzy, którzy wzięli na zakupy za mało pieniędzy i  takich, którzy zamiast po opał poszli na ryby.

Co będzie, jeśli się nie uda?

Poprosiłam, aby wyobraził sobie jakie będą konsekwencje, jeśli nie zdążą na czas przygotować ogniska? Doszedł do wniosku, że zaproszeni goście będą rozczarowani,  druh zawiedziony i w konsekwencji on jako zastępowy straci nieco zaufania i w przyszłości nie dostanie ciekawych i trudnych zadań.

Dzięki zapasowi czasu, ciągłemu zarządzaniu kryzysem oraz dobremu gospodarowaniu zasobami ludzkimi udało się wszystko zakończyć szczęśliwie. Ognisko zaczęło się na czas. Misja zakończona sukcesem.

Zapytałam, ile zmian w stosunku do pierwotnego planu musiał wprowadzić, aby udało się zrealizować zadanie? Obliczył, że co najmniej pięć. Chwilę pomilczeliśmy. Zapytałam czy wie, po co wymyśliłam to zadanie i jak ono może mu się przydać? Szybko skojarzył, że mam na myśli 10 czasowników nieregularnych i wypracowanie, na które poprzedniego dnia się umówił z tatą. Zrobił szybko plan i wziął się do roboty. Chyba pierwszy raz widziałam, żeby się uczył z takim zapałem i energią. Bez jęków, wzdychania, jojczenia, marudzenia, narzekania, ociągania się, zwlekania, wyszukiwania sobie zastępczych zadań i szeregu wymówek. Po prostu poszedł do pokoju i się uczył.

Efekty.

W ciągu 40 minut opanował 10 czasowników wraz z ich znaczeniem i wszystkimi formami. A następnie w ciągu godziny napisał wypracowanie na 250 słów. A wierzcie mi, że jeszcze dzień wcześniej uczył się bezskutecznie patrząc jedynie na książkę i zamierzał bronić tej metody jak niepodległości. Te dwa zadania były ponad jego siły i możliwości, tak w każdym razie uważał sam zainteresowany.

A jednak dał radę! Pogratulowałam najserdeczniej, pochwaliłam, doceniłam, nagrodziłam.

Teraz czekam, żeby ktoś pochwalił mnie 😀

Zamiłowanie do lekkiej atletyki pozostało mi jeszcze z czasów szkoły podstawowej. Pamiętam ogromną ekscytację, gdy w wieku 13 lat dostałam swoje pierwsze ‘kolce’, czyli buty do biegania po tartanowej bieżni. Czułam się wtedy jak mistrzyni świata i okolic, rozpierała mnie duma, a motywacja do trenowania natychmiast wzrosła o 300 %. Pamiętam atmosferę swoich pierwszych zawodów lekkoatletycznych, rozgrywanych na stadionie Skry w ramach Warszawskiej Olimpiady Młodzieży. Pamiętam smak izotoniku Isostar, który oszczędzałyśmy specjalnie na zawody i zapach maści rozgrzewającej Bengay, od którego w naszej szatni aż oczy szczypały. Najbardziej ze wszystkiego pamiętam jednak uczucie ekscytacji i jedności. Byliśmy jednym organizmem, jedną drużyną. I to taką, w której jeden za wszystkich i wszyscy za jednego. My kontra reszta świata.

To jest uczucie, o którym nigdy nie zapomniałam i, świadomie lub nie, zawsze za nim tęskniłam. W tamtym czasie z wypiekami na twarzach kibicowaliśmy polskim sportowcom, oglądając w telewizji Igrzyska Olimpijskie w Atlancie w 1996 roku. Podziwialiśmy naszych medalistów: Artura Partykę, Renatę Mauer, Mateusza Kusznierewicza, Pawła Nastulę i Roberta Korzeniowskiego. To byli nasi idole i bohaterowie.

Klasa sportowa.

Miałam szczęście chodzić do klasy sportowej w warszawskiej SP nr 321. Nasz fantastyczny wychowawca i trener, pan Marek Horbaczewski, często nam powtarzał, że jego celem nie jest wychowanie olimpijczyków, tylko wyrobienie w nas nawyku uprawiania sportu. Trochę byliśmy oburzeni, bo mieliśmy jednak spore ambicje, ale prawda jest taka, że nikt z nas wielkiej kariery sportowej nie zrobił, natomiast w wielu uczniach mojej klasy nawyk uprawiania sportu udało się wyrobić.

Przez cały szkolny tydzień mieliśmy chyba codziennie treningi, do tego w soboty jeszcze trening i basen na terenie zaprzyjaźnionego WATu i dwa razy w roku obozy sportowe, zimą narciarski, latem lekkoatletyczny. Kiedy skończyłam podstawówkę w pierwszej chwili poczułam ulgę, nareszcie tyle wolnego czasu! Nie muszę biegać, pocić się i męczyć. W liceum jednak szybko okazało się, że moje koleżanki przez 45 min wuefu właściwie tylko odbijają piłkę do siatkówki lub są wiecznie ‘niedysponowane’ i wtedy zrobiło mi się żal. Zrozumiałam, że pewien rozdział już się skończył.

plotki
Bieg przez płotki kobiet podczas halowego mityngu lekkoatletycznego

I co dalej?

Natomiast potrzeba ruchu i uprawiania sportu pozostała. Biegać wtedy jeszcze nie lubiłam, zresztą, choć trudno dziś w to uwierzyć, bieganie było w tych czasach raczej obciachem :D. Próbowałam fitnessu, ale szybko doszłam do wniosku, że to nie dla mnie, siłownia też mnie nudziła. Przez długi czas nie umiałam znaleźć nic dla siebie. Wciągnął mnie wir młodości, ze swoimi szaleństwami, imprezami, przyjaźniami i miłościami. Sport musiał poczekać. Tak naprawdę upomniał się o mnie, kiedy już skończyłam studia i zaczęłam tzw. normalną pracę, 8 h przy biurku, ewentualnie w okolicy biurka. Bardzo szybko poczułam, że potrzebuję ruchu, świeżego powietrza i porządnego fizycznego zmęczenia, po którym przychodzi spokój, satysfakcja i radość. Organizm upomniał się o należne mu dawki serotoniny i endorfin. Byłam już od jakiegoś czasu dorosła, miałam znacznie więcej czasu niż na studiach, zarabiałam na siebie, więc mogłam zacząć nową przygodę.

Spadochrony!

Dróg, które zaprowadziły mnie do sekcji spadochronowej Aeroklubu Warszawskiego było wiele. Trochę tak, jak w przysłowiu, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. W przypadki nie wierzę. Mnie wszystkie drogi prowadziły na wielką łąkę w miejscowości Chrcynno. Skoki spadochronowe przypomniały mi o tym, jak dobrze się czuję, gdy spędzę cały dzień na świeżym powietrzu, gdy się męczę, gdy walczę sama ze sobą, gdy wszyscy razem mamy jeden wspólny cel. To skoki pozwoliły mi poczuć satysfakcję z ustanawiania rekordów, ale nie to jest najważniejsze. Okazało się, że skoro mogę wyskoczyć z lecącego samolotu, to pewnie dam radę zrobić też kilka innych fascynujących rzeczy. Dwa lata po kursie spadochronowym zapisałam się na kurs wspinaczkowy, potem zaczęłam nurkować, a później to już samo poszło i różne sporty wpisały się na stałe w rytm mojego życia. W żadnym nie osiągnęłam mistrzostwa, ale każdy daje mi ogromną radość, satysfakcję i utrzymuje moje ciało w jako takiej formie i sprawności.

copernicus cup
Kibicujemy podczas Copernicus Cup Toruń 2019

Powrót do przeszłości.

Dlaczego Wam o tym piszę? Właśnie wróciłam z fantastycznego wyjazdu organizowanego przez klub lekkoatletyczny RK Athletics. Wspólnie z dzieciakami z klubu kibicowaliśmy  sportowcom podczas Halowego Mityngu Lekkoatletycznego „Orlen Copernicus Cup Toruń 2019”. Mieliśmy też okazję wspólnie z dziećmi odbyć trening na obiekcie, który dzień wcześniej oglądaliśmy jedynie z trybun. Nie tylko dzieci były tym zachwycone. Kiedy ustawiłam się w bloku startowym, przeszły mnie dreszcze. Nie robiłam tego od… końca szkoły podstawowej, czyli od 23 lat! :O

Dłonie pamiętały, jak należy się ustawić na bieżni, nogi same trafiły na miejsce w bloku startowym, a serce wypełniły radość i nostalgia na wspomnienie tych młodzieżowych treningów i startów. Cudownie było móc znów to poczuć.

trening
Arena Toruń, trening RK Athletics

Spełnione marzenie.

W 1996 roku miałam 15 lat, skończyłam szkołę podstawową i swoją przygodę z lekką atletyką. W tym samym roku Robert Korzeniowski zdobył swój pierwszy złoty medal olimpijski w chodzie na dystansie 50 km. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że 23 lata później, w lutowy poranek 2019 roku, na nadwiślańskim bulwarze w Toruniu, będę miała okazję uczestniczyć w treningu prowadzonym przez Roberta Korzeniowskiego, to uśmiałabym się równie serdecznie jak teraz, gdy to sobie uświadomiłam i piszę te słowa.

Pamiętajcie, że niemożliwe nie istnieje, ograniczenia są głównie w naszych głowach, a na sport i spełnianie marzeń nigdy nie jest za późno.

Od zawsze fascynowały mnie wszelkie starocia, przedmioty z przeszłości, z historią i duszą. Takie, w których zaklęty jest czas. Minęli już dawno ci, którzy te przedmioty wykonali oraz ci, którzy ich używali. Im więcej czasu upłynęło, tym bardziej rozpalają moją wyobraźnię i ciekawość. Dotykam gładziutkich mahoniowych blatów toaletek, atłasowych tapicerek bogato zdobionych szezlongów, porcelanowych dzbanów na wodę i ciężkich aksamitnych zasłon.

dotyk przeszłości

Wyobrażam sobie pokolenia kobiet, które przy tych toaletkach czesały swoje długie lśniące włosy, siedząc w bladych promieniach porannego słońca, które wraz z letnim wiatrem wpadały do wnętrza przez uchylone wysokie okna, przysłonięte zwiewnymi firanami.

Wyobrażam sobie wspólne wieczory, spędzane przy trzaskającym ogniu w ogromnych otwartych kominkach, w głębokich fotelach obitych mięciutkim zielonym welurem z tomikiem poezji w ręku. Rozmowy przy popołudniowej herbacie z konfiturą, podanej na srebrnych tacach, w cieniutkich porcelanowych filiżankach z drobnym deseniem w róże i złotymi zdobieniami, pochodzących z najlepszych bawarskich manufaktur.

księżna Daisy zaprasza na bal

Wyobrażam sobie księżną Daisy Hochberg von Pless, kiedy z subtelnym uśmiechem na twarzy, w sukni balowej z lśniącej tafty i miękkich muślinów, w jedwabnych pantofelkach kroczy po ogromnych schodach. Idzie oświetlona ciepłym światłem setki świec, a majestatyczny katedralny tren sukni w kolorze wina delikatnie szeleszcząc ciągnie się za nią po marmurowych schodach. Księżna Daisy wita gości, którzy przybyli na bal i razem kierują się w stronę monumentalnej sali z kryształowymi żyrandolami, balkonami i stropem, na którym artysta namalował błękitne niebo z chmurami.

Niebo z chmurami namalowane na stropie wielkiej sali w Zamku w Pszczynie

Na bufetach królują pieczone bażanty, perliczki i pasztety z dziczyzny. W karafkach wina, miody i nalewki. Orkiestra gra polonezy i walce, wokół słychać śmiechy i gwar rozmów,  za ogromnymi oknami zapada zmrok, a śnieg skrzy się w blasku świec i księżyca. Rozpoczyna się długa balowa noc na zamku w Pszczynie, przeszło sto lat temu…

Żyrandol w wielkiej sali Zamku w Pszczynie

zamki jako lekcja historii

Podróżując zawsze rozglądamy się za zamkami. Wizyty na zamkach są nie tylko miłym urozmaiceniem długich niekiedy podróży, ale też wspaniałą lekcją historii, architektury i sztuki, podaną w sposób najbardziej przystępny z możliwych. Czasem korzystamy z audio-przewodników i potem wymieniamy się informacjami, bo nie zawsze wybieramy te same tematy, a czasem po prostu spacerujemy, czytamy opisy i podziwiamy. Lubię robić zdjęcia szczególnie tych najbardziej interesujących mnie przedmiotów, żeby móc potem już w domu, na spokojnie, dowiedzieć się o nich wszystkiego, co chciałabym wiedzieć. Zawsze po takich zamkowych wizytach rozjaśnia mi się w głowie, pewne fakty łączą się ze sobą i powstają nowe przemyślenia, wnioski i inspiracje.

zatrzymaj się w pszczynie

Pszczyna to niewielkie miasteczko na Śląsku, mijałam je dziesiątki razy w drodze do Bielska-Białej czy Szczyrku. Ciągle obiecywałam sobie, że w końcu odwiedzę Zamek, ale zawsze byłam w drodze z albo do, wiecznie w niedoczasie. W tym roku, w związku z halnym, skróciliśmy o jeden dzień wyjazd narciarski i nareszcie nadszedł ten dzień! Wybraliśmy się na zwiedzanie Zamku!

publiczność, która już przeminęła

Oniemiałam już od progu. Wnętrza zamku pełne są oryginalnych mebli, tkanin, dekoracji i przedmiotów codziennego użytku. W wielu miejscach obok opisów znajdują się zdjęcia wykonane około 1915 roku, a cała ekspozycja sprawia wrażenie, jakby właściciele zamku dosłownie wczoraj z niego wyszli na dłuższy spacer. Te same co na zdjęciach meble, tapety, obrazy, w biblioteczce książki, w oknach firany i story. Fortepian gotowy na koncert i krzesła ustawione w rzędach czekające na publiczność, która już przeminęła…

Biblioteczka w salonie gościnnym w Zamku w Pszczynie

wystrój idealny

Spośród wszystkich zamków, jakie kiedykolwiek widziałam, ten zdecydowanie wyróżnia się właśnie bogatym oryginalnym wyposażeniem. Nie ma tu przypadkowości, lustra są dopasowane rozmiarami do ścian, na których zostały zawieszone, obrazy komponują się  kolorami z wystrojem wnętrz, które zdobią. Łoża, toaletki i sekretarzyki ustawione są w idealnych miejscach, dokładnie tak, jak sama bym je ustawiła, gdyby przyszło mi tam zamieszkać. Jest wszystko co potrzebne i paradoksalnie nie ma rzeczy zbędnych. Meble są przemyślane i dopracowane, niektóre fotele mają podnóżki, a stoliki idealne rozmiary do pełnionej funkcji.

Salon gościnny na Zamku w Pszczynie

zieleń wprowadza życie

Dopiero tu uderzył mnie fakt, że w większości zwiedzanych przeze mnie zamkowych wnętrz brakowało dywanów, obrusów, pościeli, firanek, zasłon, parawanów i… roślin. Na przeszło stuletnich zdjęciach jest mnóstwo zieleni w przepięknych wazonach i donicach, autorzy ekspozycji zadbali więc o to, by i teraz ich nie brakowało. Myślę, że to właśnie tkaniny, storczyki i okazałe palmy tworzą niepowtarzalną, szalenie przytulną atmosferę tego zamku.

zamek
Zamek w Pszczynie

Wrócę tam na pewno, aby wysłuchać dokładnie całej opowieści i zajrzeć w każdy kącik. A Wy? Macie swoje ulubione zamki? Wyobrażacie sobie czasem siebie jako Panią/Pana na zamku?


Trójka budzi we mnie ostatnio ambiwalentne uczucia. Kiedyś było to moje ukochane radio, mądre, refleksyjne, wyważone, pełne niesamowitych osobowości i wspaniałych opowieści. Muzycznie to absolutnie best of the best. Żadne radio w Polsce nie gra lepszej muzyki i to nie podlega dyskusji.

Nie słucham Trójki od przeszło roku. Kiedy weszłam do budynku czułam się trochę jak w odwiedzinach w starej szkole. Z jednej strony znajomy budynek i mnóstwo wspomnień, a z drugiej wiesz, że nie należysz już do tego miejsca, do tej społeczności. Tak myślałam do momentu, kiedy redaktor Piotr Stelmach wszedł na scenę, żeby zapowiedzieć koncert Offensywa de luxe 2019. I wiecie co? Pewne rzeczy się nie zmieniły. Naprawdę i na szczęście. Mówił w taki sposób, że obecne władze radia nie mogą mu nic zarzucić, ale mówił też tak, że rozumieliśmy się na wskroś. Na innej płaszczyźnie, znacznie głębszej, wręcz podskórnej. Mówił sercem, duszą, metatekstem i…. Muzyką. Muzyką przez wielkie M. Wyraźnie zostało powiedziane, że pierwszy raz w trzynastoletniej historii koncertów Offensywy de luxe, nie było perkusji… I niech skisnę, jeśli redaktor Stelmach między wierszami nie powiedział nam, że jeszcze przyjdzie lepszy czas.

Offensywa de lux artysci 2019

Na scenie wystąpili:

Mela Koteluk

AGIM Smolik i Kev Fox

Sosnowski

Riverside.

Zabrakło tylko Organka, który się niestety rozchorował.

To był fantastyczny koncert utkany z refleksji, mądrych słów, najlepszej gitarowej muzyki, dobrej energii, różnorodności, improwizacji, ze starego i nowego, z ciszy i autentyczności. Nasunęło mi się skojarzenie z muzyką lat 80-tych. Myślę, że działała na dusze tak, jak na mnie zadziałała wczorajsza Offensywa de luxe. Dziękuję za ten koncert . Bardzo.

Smolik Kev Fox AGIM
Kev Fox i Smolik

Ten tekst powstał latem 2010 roku. Opisuje pewien lipcowy dzień, który zapamiętam do końca życia. To wtedy, po raz pierwszy, odpowiedziałam sobie na pytanie, ile jestem w stanie poświęcić, aby żyć życiem, które wybrałam i pokochałam, na własnych zasadach.

Zapowiadał się cudowny wspinaczkowy dzień. Odczekaliśmy do 10.00, aby minęła zapowiadana wcześniej burza i wyruszyliśmy w góry.

Droga pod Granaty, mimo że piękna, wydawała mi się monotonna i długa. Ogromne zmęczenie ‘wypracowane’ poprzedniego dnia dawało się mocno we znaki. I było to nie tylko czysto fizyczne zmęczenie, ale i emocjonalne, bo aż do tej soboty sądziłam, że właśnie ta moja piątkowa wycieczka była największą przygodą w moim niezbyt imponującym górskim dorobku… Dla wnikliwych i zainteresowanych moimi skromnymi osiągnięciami, zdobytymi niemal nadludzkim wysiłkiem, nadmienię, że tą przygodą było przejście Jaskini Czarnej do Szmaragdowego Jeziorka.  

Wyjście z Jaskini Czarnej fot. TW

Przy czym była to moja pierwsza w życiu poważna jaskinia, pierwsze trójkowo-czwórkowe wspinanie w kaloszach i po mokrej skale oraz pierwsza górska działalność, która trwała bez przerwy dłużej niż 10 godzin. Jasne jest chyba, że później prawie całą noc nie spałam z wrażenia.  O nie, przepraszam, zasypiałam momentami, bo pamiętam nerwowe przepinki do nie kończących się zjazdów i wychodzenia, które mi się śniły. Ale czy takie sny mogą człowieka wyciszyć i zregenerować? Sami sobie odpowiedzcie….

Ale wróćmy do Granatów. Drogi nie ułatwiał także fakt, że środek sezonu w południowych godzinach oznaczał tłumy turystów w górach. Z mozołem podążali szlakiem, co jakiś czas zupełnie nieświadomie, ku naszej radości, stając się bohaterami przeróżnych scenek. To zadziwiające jak dużo można dowiedzieć się o ludziach, których mija się na górskiej ścieżce. Gdzieś na Hali Gąsienicowej usłyszeliśmy niezapomniany dialog ojca z synem. Był on równie śmieszny, co smutny. Mały zobaczył mężczyznę, który w nosidle na plecach niósł małego chłopca, i zapytał:
– Tato, a dlaczego ty mnie tak nie nosiłeś jak byłem mały?
Na co ojciec szybko, groźnie i przekonująco odpowiedział:
– Bo to jest koszmar! I dla tego w nosidełku i dla tego co go niesie!

Było dość parno, smętne chmury snuły się w dolinie i leniwie, bez przekonania przepływały ponad graniami, a droga naprawdę zdawała się nie mieć końca, plecak ciążył, w brzuchu zaczynało burczeć. Iskierka nadziei pojawiła się, kiedy zobaczyłam kierunkowskaz na schronisko Murowaniec. Nareszcie! – pomyślałam – usiądę, zjem, odpocznę. Tak szybko jak się pojawiła, tak też zgasła, bo Tomek obojętnym tonem wspomniał, że tam jest schronisko, ale my do niego NIE idziemy. Poczułam wtedy do niego szczerą nienawiść, obudziła się we mnie rządza krwi. No ale trudno, zniosę to jakoś przecież… jak kobieta.  Aby chwilowo odwrócić swoją własną uwagę od gór, które tego dnia tak mnie męczyły, rozmawiałam sobie z Ewą o skokach spadochronowych i tegorocznych próbach pobicia kobiecego spadochronowego rekordu Polski, co zapewne dla słyszących nas przechodniów mogło być równie zabawne, jak ich rozmowy dla nas. Pamiętam, że bardzo ucieszyło nas zdanie rzucone przez jedną z turystek koleżance:
– To co, lansujemy się i robimy foty, czy jeszcze idziemy nad ten staw? 
Smaczku sytuacji dodawał fakt, że za sobą miały zapewne kilka godzin drogi a do Czarnego Stawu zostało już zaledwie kilkaset metrów. Ale czy ten staw to w ogóle warto fotografować…?

Właśnie gdzieś w okolicach Czarnego Stawu Gąsienicowego moje malkontenctwo osiągnęło chyba swój szczyt. Posiliłam się kabanosem, bułką oraz niebieskim izotonikiem i… wcale nie zrobiło mi się lepiej. Chciałam po prostu wejść do tej cudnej, chłodnej, turkusowej wody i zostać tam do wieczora. Żebym już nigdzie nie musiała iść… Tomek popatrzył na mnie badawczo i chyba uznał, że faktycznie marnie wyglądam, bo wyjął z plecaka jakąś małą kolorową torebeczkę z napisem „Power gel” – brzmiało obiecująco. Kazał mi wciągnąć całość i obiecał, że to postawi mnie na nogi.

W końcu jakimś cudem dowlokłam się pod ścianę. Tuż pod nią, kiedy jeszcze walczyliśmy z podejściem po osuwających się ciągle kamieniach, na stromym zboczu, Ewa powiedziała coś, co wtedy umknęło mojej uwadze, ale z czego los sobie niedługo potem okrutnie zakpił… jej słowa brzmiały:
– Całe szczęście, że nie będziemy tędy schodzić!

Podejście pod Granaty, w tle Czarny Staw Gąsienicowy fot. TW

A pod ścianą… jeszcze raz spróbowałam pomarudzić, że może jednak ja zostanę, może sami się powspinają? Bo jak pomyślałam o czekających nas kilku  wyciągach… zrobiło mi się słabo. Tomek był absolutnie niewzruszony i nieczuły na moje postulaty, co więcej, zdawał się ich w ogóle nie słyszeć. Natomiast  Ewa jak tylko usłyszała dźwięk karabinka uderzającego o skałę, dostała nagłego przypływu chęci, siły i entuzjazmu, których i tak jej nie brakowało. Bo wiary i siły w tym dniu brakowało chyba w całych Tatrach tylko mi jednej…  Po chwili pogodziłam się już z myślą, że nie pozwolą mi tu spokojnie zostać i zaczekać. Zapytałam więc jeszcze tylko, czy z tej planowanej przez nas drogi – Środkowego Żeberka Skrajnego Granatu – można się wycofać zjazdami w dowolnym momencie. Usłyszałam, że owszem, tak. W dodatku zejście miało prowadzić szlakiem, więc bez długotrwałych zjazdów – dobrze, chociaż tyle na pocieszenie. Tomek omawiając z nami drogę wspomniał jeszcze o jakimś piątkowym wariancie, ale wysyczałam tylko przez zaciśnięte zęby, żeby zapomniał i na mnie nie liczył – żadnych piątek w dniu dzisiejszym! Chyba byłam na tyle stanowcza, że nie protestował…

No więc ruszyliśmy. Tomek prowadził, ja jako druga, Ewa za nami zbierając sprzęt ze ściany. Nie było tak źle. Droga była stosunkowo łatwa, bardzo ładna i ciekawie eksponowana. Było naprawdę przyjemnie. Nawet cieszyłam się, że mnie namówili, bo świat z tej perspektywy wyglądał cudownie.

Tylko te chmury… pojawiały się, znikały, snuły, zmieniały. Z góry było widać chmarę turystów wokół Czarnego Stawu i ponad nim, nikt nie uciekał, wiec nie było raczej powodów do paniki. Jeśli mnie pamięć nie myli to na stanowisku gdzieś po drugim wyciągu usłyszałam w oddali pomruki burzy… Przy moim poziomie motywacji w tym dniu, był to stanowczo sygnał do wycofu. Ale oczywiście tylko dla mnie.

W drodze na Granaty fot. TW

Moi partnerzy ocenili rzeczowo sytuację, zbadali zachowanie budującego się jeszcze niedawno, a teraz już znikającego cumulonimbusa i zauważywszy skrawek błękitnego nieba stwierdzili, że właściwie to jest „blue sky”. Cóż było robić? Poszliśmy dalej w górę. Pogoda faktycznie się znacząco poprawiła, pozowałyśmy nawet do zdjęć niemal w pełnym słońcu.

Doszliśmy tymczasem do nieco bardziej skomplikowanego wyciągu, Tomek pracowicie osadzał w ścianie kolejne przeloty, a my z zaciekawieniem obserwowałyśmy szybko unoszące się strzępy chmur… ich prędkość wznoszenia była imponująca… jak dla mnie to nie wróżyło nic dobrego, no ale wiadomo, ja tego dnia miałam same katastroficzne myśli.

Droga na prawym żeberku skrajnego Granatu fot. TW

Ile czasu trwało zanim spadły na nas pierwsze kulki lodu? Najwyżej kilka minut… Stałyśmy z Ewą na stanowisku i już chyba obie wiedziałyśmy, że ten grad szybko nie minie. Ponieważ ja miałam ręce zajęte asekuracją, Ewa tylko zapytała czy wyjąć mi kurtkę z plecaka, poprosiłam też o rękawiczki. Szybko się ubrałyśmy. Chwilę potem Tomek poprosił o zwolnienie mojej liny. Oho…- pomyślałam – zjeżdżamy. Operacje związane z przepięciem do zjazdów szły mu bardzo sprawnie, a mimo to wydawało nam się, że trwają wieki… grad powoli zamieniał się w grad z deszczem a potem już w ulewę… A my nadal czekałyśmy. W końcu zjechał do nas, pomajdrował bez słowa przy linach, poprzepinał, przeprowadził nas obie, kompletnie zdezorientowane, na pobliskie stanowisko zjazdowe i wyjaśnił co robimy dalej.

W tym momencie było już ponuro i dość ciemno, chmury zbiły się w gęstą masę i grzmiało coraz głośniej… Lało tak mocno, ze przez kaptury ledwo się słyszeliśmy. Zanim rozpoczął zjazd upewnił się jeszcze, że obie mamy przygotowane przyrządy zjazdowe, zapytał czy na pewno wiemy co robić i natychmiast po tym jak przytaknęłyśmy zaczął zjeżdżać. Nigdy nie zapomnę wyrazu jego oczu… były jednocześnie pewne, spokojne i przestraszone – dziwna mieszanka. No i zniknął nam z oczu w chmurach tuż poniżej stanowiska. I

Zostałyśmy same. Jak łatwo się domyślić, ponieważ grzmiało, pojawiły się także pierwsze błyski… Lał deszcz, bardzo wiało, dolina jakby zamknęła się w kilku metrach widoczności. Czułam się uwięziona w pułapce ciemnych chmur. W ciągu tych kilku, a może kilkunastu minut zrobiło się prawie tak ciemno jak o zmierzchu, było nam zimno, bo spodnie i buty wspinaczkowe kompletnie przemokły. Trzęsłyśmy się, ale nie jestem w stanie powiedzieć czy bardziej z zimna, czy ze strachu. Musiał to być obraz nędzy i rozpaczy, bo tkwiłyśmy tuż przy lekko wysuniętej od ściany skale, wokół której zawiązany był pęk pięciu lin wykorzystywanych jako stanowisko do zjazdów. Aby nasza autoasekuracja była możliwie najbezpieczniejsza wpięłyśmy się we wszystkie te liny – ja HMSem, Ewa dwoma karabinkami. Chwilę potem zaczęłam nerwowo sprawdzać, czy aby na pewno wiem jak prawidłowo wpiąć przyrząd zjazdowy. No i zaczęła się lekka panika, bo oczywiście nie wiedziałam. Cały poprzedni dzień owszem zjeżdżałam, ale na innym przyrządzie – na rolce, teraz miałam w głowie pustkę. A przecież używałam tego przyrządu tyle razy! Ewa oczywiście równie nerwowo co ja sprawdzała stan swojej  pamięci i mimo rysunków na przyrządach nie byłyśmy w stanie z całą pewnością stwierdzić, czy dobrze je wpięłyśmy… Dodatkowo jeszcze zawsze przy zjazdach używałyśmy jakichś blokerów, teraz nie było na nie ani czasu, ani warunków, ani prusików. Dla doświadczonych wspinaczy to żaden kłopot, ale dla nas wtedy był to dodatkowy dyskomfort w niezbyt już komfortowej sytuacji. W końcu ustaliłyśmy jak wpinamy linę i postanowiłyśmy sprawdzić jeszcze działanie przyrządu przed wypięciem auta.

I czekałyśmy.

Całą wieczność.

Trwała ona pewnie znów raptem kilka minut, ale nie dla nas. Czas, to wbrew temu co się nam wydaje, wcale nie jest wartość stała i obiektywna. Błyski były coraz częstsze, grzmoty coraz głośniejsze, czas między nimi coraz krótszy. Burza ciągle się do nas zbliżała, choć trudno mi było sobie wyobrazić, że może być jeszcze bliżej. Mimowolnie kuliłam się za każdym razem gdy błyskało i grzmiało. Zdawałam sobie sprawę z idiotyzmu tego zachowania i próbowałam z nim walczyć, ale bez skutku.  W pewnym momencie to ciemnobure niebo rozbłysnęło i równocześnie piorun trafił z ogromnym hukiem i przeraźliwym trzaskiem, chyba tuż nad nami – w grań Granatów. Zahuczała i zatrzęsła się cała dolina. Skuliłyśmy się obie jeszcze bardziej, jakby to mogło coś pomóc i sprawić, że w magiczny sposób stamtąd znikniemy. Nie umiem opisać słowami tamtej sytuacji, obrazów, grozy… 

Kiedy już głos Tomka przedarł się przez burzę i mogłyśmy zacząć zjeżdżać okazało się, że pomysł z wpięciem dwóch karabinków w te liny nie był do końca szczęśliwy. Liny napęczniały wodą, zrobiły się grube i szorstkie, a my nie miałyśmy siły, żeby je stamtąd wyszarpać. Człowiek w sytuacjach stresowych dostaje taką dawkę adrenaliny od własnego organizmu, że naprawdę potrafi wiele… W normalnej sytuacji pewnie mocowałybyśmy się bardzo długo z tymi karabinkami, albo stwierdziłybyśmy, że się ich nie da wyjąć, ale teraz zebrałyśmy przerażone myśli i wspólnie zaczęłyśmy wyszarpywać te cholerne liny, jedna po drugiej, systemowo, bo z szarpania na oślep nic nie wynikało. W końcu uwolniłyśmy Ewę, która zaczęła ostrożnie zjeżdżać, chyba nadal nie do końca wierząc, że prawidłowo wpięła linę w przyrząd zjazdowy… Patrzyłam na nią ze strachem, ale wszystko było ok.

Zostałam sama.
Nigdy jeszcze nie byłam aż tak sama.

Zadziwiające, jak wiele myśli zdążyło pojawić się w mojej głowie, jak wiele spraw się ułożyło, z jak wielu rzeczy zdałam sobie wtedy sprawę. Ile czasu mógł trwać ten zjazd Ewy? 5 minut? Chyba nie więcej. A mi ten czas wystarczył, żeby dowiedzieć się, co jest dla mnie w życiu ważne, czego się boję, czego pragnę, za co jestem wdzięczna i co jestem w stanie poświęcić. Przypomniałam też sobie, że jestem raczej wierząca.. 😉 Bardzo bałam się wtedy o Ewę, bo to ja ją namówiłam na ten wyjazd i czułam na sobie odpowiedzialność za nią. Pamiętam też, że jedną z pierwszych myśli, gdy zostałam tam sama, było ‘Jak to? To już? To wszystko?’ Dziś może się to wydawać śmieszne, ale wtedy naprawdę bałam się o swoje, nasze życie. Dobrze pamiętałam, że kilka dni wcześniej, w górach na skutek uderzenia pioruna, zginął taternik. Czułam się trochę jak przywiązana do tarczy, w którą ktoś wściekle ciska piorunami i trafia coraz bliżej i bliżej. Podejrzewam, że podobnych sytuacji większość miłośników gór ma na swoim koncie wiele, ale dla mnie był to pierwszy raz kiedy poczułam, że właśnie tu, właśnie teraz moje życie może się skończyć. I wiecie co pomyślałam? Poza żalem, że to już wszystko co mnie w życiu czeka, pomyślałam, że te ostatnie dni były cudowne, że spędziłam je tak, jak zawsze chciałam. Wśród niezwykłych ludzi, w pięknych miejscach, robiąc rzeczy które pokochałam od pierwszego dotknięcia dłonią skały. I gdybym wiedziała jaka jest cena za te przeżycia, byłam pewna, że po raz drugi wybrałabym tak samo. To mnie trochę uspokoiło.

Chwilę później lina była już wolna i mogłam się stamtąd wreszcie zabierać. Jestem pewna, że był to najszybszy i najbardziej spektakularny zjazd w mojej górskiej karierze… Na rękawiczkach zostały po nim wyraźne ślady. Kiedy byliśmy znów we troje, było już lepiej. Nie komfortowo, bo burza szalała nadal, ale nie byłam już przynajmniej sama. Potem jeszcze jeden zjazd, znów chwila samotności i wreszcie byliśmy pod ścianą. Nikt przy zdrowych zmysłach nie poczułby się w tym miejscu bezpiecznie, ale ja jednak czułam się tam całkiem nieźle. Na tyle, że powiedziałam do Tomka z groźną miną:
– Nie wiem jak Wy, ale ja jutro idę NA BASEN! Nie w góry…
Na co on szybko odpowiedział – Ja też.
Po chwili wskazał ręką na potok, który płynął pod ścianą i zapytał, czy poznaję to miejsce. Nie miałam pojęcia o czym mówi, bo nie, nie poznawałam. Wtedy powiedział, że dokładnie tędy podchodziliśmy. Nadal nie poznawałam. No ale wtedy nie było tam żadnego potoku…

czarny staw Gąsienicowy chwilę przed burzą fot. TW

Zejście było trudne. Oczywiście prowadziło nas do miejsca, o którym Ewa powiedziała (o ironio!) „całe szczęście, że nie będziemy tędy schodzić”. Pomiędzy osuwającymi się kamieniami płynął całkiem wartki potoczek. Kamienie zdawały się tylko czekać na najmniejsze nasze dotknięcie, by zsuwać się i toczyć w dół wraz z nami. Momentami miałam wrażenie, że łatwiej byłoby usiąść na pupie i tylko odpychać się rękami jadąc wraz z nimi w dół. Nie muszę chyba wspominać, że nie było sensu zmieniać butów. Pomykaliśmy więc w dół, zwinnie i szybko jak kozice, w butach wspinaczkowych, w których radośnie chlupotała nam woda. Dobiegliśmy do Czarnego Stawu. Tomek zarządził przystanek na zdjęcie z siebie uprzęży i schowanie sprzętu wspinaczkowego. Jakże głęboko w d…. miałam teraz klarowanie i pakowanie sprzętu, chciałam się tylko jak najszybciej znaleźć w jakimś suchym, zadaszonym i bezpiecznym miejscu. Ale pan każe, sługa musi, w końcu on tu rządzi. Szybko okazało się, że nie do końca o sprzęt wspinaczkowy chodziło. Wyjął z plecaka pół litra wiśniówki! Pierwszy raz w życiu tak się cieszyłam na widok alkoholu. Powiedział, że zasłużyliśmy na łyczek i dobraliśmy się do butelki. Mniej więcej w tym momencie naszym oczom ukazał się dość osobliwy widok. Szlakiem spacerował sobie spokojnie potężnej postury jegomość, gruby, siwy, z długą brodą, z kijem w ręku i w ogromnej żółtej pelerynie przeciwdeszczowej. Zobaczywszy nas szeroko się uśmiechnął i powiedział niskim rubasznym głosem:
– Co? Znowu się udało?
W nagrodę za trafną uwagę o naszej nędznej sytuacji dostał od nas łyka wiśniówki.

Pobiegliśmy dalej, bo do Murowańca był jeszcze kawałek drogi. Dyżurujący w tym dniu na Hali Romek przygarnął nas do dyżurki i zaparzył gorącą herbatę.

Zdjęliśmy przemoczone buty, wysuszyliśmy trochę ubrania. Dokończyliśmy wiśniówkę przy wesołych górskich opowieściach. Wszystko skończyło się  dobrze. Jako puenta tej historii niech posłuży komentarz Tomka, który jako podsumowanie naszej przygody powiedział już nazajutrz:
– Nie było najgorzej… jeszcze nie iskrzyły nam karabinki i włosy nie stawały dęba.

Zacząć jest ponoć najtrudniej, a każda, nawet najdłuższa droga zaczyna się od pierwszego kroku… Kiedy pisałam w szkole wypracowania, pomijałam wstęp, dodając go na końcu. Wtedy dopiero wiedziałam, co powinno się w tym wstępie znaleźć. I tak chyba zawsze było w moim życiu. Starałam się żyć w zgodzie ze sobą. Wiem, że to wyświechtany banał, ale dobrze opisuje ten stan umysłu, który mną przez lata kierował. Starałam się – nie oznacza, że żyłam… Ale zwykle dawałam się nieść fali podejmując tylko takie decyzje, na które godziło się moje wewnętrzne ‘ja’. Przy czym rzadko wiedziałam dokąd mnie te decyzje poniosą.

wydeptane ścieżki

Jako nastolatka, podpatrywałam jak żyją dorośli i bardziej lub mniej świadomie podążałam ich śladami. Wydawało mi się oczywiście przy tym, że wyłamuję się ze schematów, zaprzeczam stereotypom i żyję inaczej niż moi rodzice, koleżanki ze szkoły oraz całe otoczenie. Zupełnie dziś już nie wiem, co pozwalało mi tak o sobie myśleć, bo moje życie wpisywało się idealnie w najbardziej popularne scenariusze. Może to ‘coś’, co siedziało mi w głowie i podpowiadało, że nie chcę tak żyć?

co jest nie tak?

Miałam fajną rodzinę, chłopaka, nieźle się uczyłam, studia polonistyczne wybrałam wbrew modzie i zdrowemu rozsądkowi, co też wydało mi się wtedy ogromnie wywrotowe, pracując dorywczo zarabiałam na swoje zachcianki. Miałam świetną grupę bliskich przyjaciół, z którymi spędzałam czas. Właśnie 'spędzałam’… To słowo kojarzy mi się bardziej ze stratą niż zyskiem. I taki też trochę wydawał mi się tamten okres w moim życiu.

Niby wszystko było w porządku, ale jednak czegoś brakowało… Znasz to uczucie, kiedy wydaje się, że jesteś dzieckiem szczęścia, a Twoje życie to pasmo sukcesów i lepiej już być nie może? A mimo to, gdzieś z tyłu głowy, czai się przekonanie, że coś jest nie tak? To uczucie towarzyszyło mi odkąd pamiętam. Najrozsądniej było je stłumić, zgłuszyć, zdeptać, bo burzyło misternie skonstruowany świat, w którym rządziło… no właśnie – co? Przewidywalność? Poczucie bezpieczeństwa? A może przekonanie, że skoro wszyscy wokół mnie żyją w podobny sposób to jest to jedyny możliwy i godny powielenie scenariusz? Może nie ma innych wariantów życia? Przecież 'wszyscy’ nie mogą się mylić.

etatowa świadkowa

Kończyłam studia na Uniwersytecie Warszawskim, zaczęłam pracować w świetnej warszawskiej restauracji, od lat byłam związana z tym samym chłopakiem. Moje koleżanki planowały śluby, wesela, marzyły o dzieciach. Masowo zresztą wcielały te plany w życie. A ja, raz po raz, stawałam dzielnie przy ich boku w roli świadka tej podniosłej katolickiej ceremonii. Doskonała okazja by podejrzeć 'od zaplecza’ ten cały ślubny cyrk… Ale o tym przy innej okazji.

uciekająca panna młoda

Zupełnie nie marzyłam ani o ślubie, ani o dzieciach. Wściekła na siebie, że zabrakło mi cywilnej odwagi, by odpowiedzieć mojemu chłopakowi, że nie, nie chcę zostać jego żoną. Byłam kompletnie zaskoczona jego oświadczynami-niespodzianką i zupełnie nie wiedziałam, co odpowiedzieć… Najlepiej było powiedzieć prawdę, tak, teraz już to wiem… Wtedy jednak ugięłam się pod presją, właściwie nawet nie wiem czyją… Chyba myślałam, że tak trzeba, że skoro jesteśmy parą to naturalnym jest, że będziemy też narzeczeństwem, a potem małżeństwem. Przecież wszyscy tak robili.

Nigdy, przenigdy nie chciałabym znów mieć tych dwudziestu kilku lat. Nie chciałabym znów być 15 lat młodsza. Dziś samej aż trudno mi uwierzyć, że wpakowałam się w bycie narzeczoną. Robiłam dobrą minę do złej gry jeszcze przez ponad rok…

Uratowała mnie pasja.

Po prostu.

fot. Bartek Syta

Niedawno w Tatrach zeszła pierwsza w tym sezonie lawina. Przetoczyła się przez media i być może informacja o niej dotarła także do przyszłych górskich ofiar. Każdego roku w Tatrach giną ludzie. W tym roku nie będzie inaczej. Statystyki są nieubłagane. Zdarzają się takie wypadki, którym nie sposób było zapobiec, ale większości z nich można jednak było uniknąć.

Czytam właśnie książkę Beaty Sabały Zielińskiej, pt. „TOPR, żeby inni mogli przeżyć” i mimo, że znam naprawdę wiele tych i podobnych opowieści, to jednak włos mi się na głowie jeży podczas czytania.

świadomość

Część osób, które giną w górach to wspinacze i skialpiniści, ale większość to po prostu bardziej lub mniej doświadczeni turyści. Nasze społeczeństwo generalnie nie jest zbyt aktywne i zaradne w terenie, edukacja w tym zakresie leży i czeka na lepsze czasy. Większość wycieczek „w góry” zaczyna się w Palenicy Białczańskiej, a kończy piwem w schronisku w Morskim Oku. I nie byłoby może w tym nic złego, pod warunkiem, że owi turyści przestaną wreszcie żądać ratunku, kiedy zapada zmierzch, wozy znikają i trzeba z Morskiego Oka do Palenicy wrócić na piechotę. Jednakże oni, mam wrażenie, ruszają dalej… Chcą być zdobywcami ośnieżonych szczytów i mieć selfie nad przepaścią. No i super. To znaczy byłoby super, gdyby poza tym, że ruszają tyłek, ruszyli też głową.

dać sobie szansę na przeżycie

Góry są fantastyczne, cudowne, mogą być źródłem wielu wspaniałych doznań i przeżyć, mogą być też bezpieczne, ale… trzeba dać im szansę!
Jeśli są oblodzone – nie są bezpieczne.
Gdy jest 4 stopień zagrożenia lawinowego – nie są bezpieczne.
Kiedy świeci słońce a w prognozie są burze – nie są bezpieczne.
Jak nie mamy odpowiedniego ubioru i minimum potrzebnych rzeczy – nie są bezpieczne.

Przypomina mi się tu letni apel jednego z Ratowników TOPR Andrzeja Maciaty:

Ludzie zlitujcie się: 
– prognozy się sprawdzają 
– jak grzmi w oddali, to zaraz będzie burza i będzie padał deszcz, nie minie nas, nie przejdzie bokiem, a piorun może nas porazić
– jak spadnie deszcz, robi się ślisko i można spaść w przepaść i się zabić
– w górach warunki pogodowe zmieniają się błyskawicznie, w pogodny dzień może przyjść mgła 
– jak przyjdzie mgła, to nic nie widać i można zabłądzić
– jak jest noc, to robi się ciemno i zimno
– gdy miną godziny popołudniowe, to czas zawracać a nie przeć bezmyślnie dalej 
– śmigłowiec nie lata we mgle i w nocy
– ratownicy nie są supermenami, którzy w momencie zawiadomienia teleportują się obok was
Ludzie zlitujcie się dajcie nam szansę was uratować !!!!”

Ilość sprzedanych biletów do Tatrzańskiego Parku Narodowego w 2013 roku wynosiła ok. 2700000, w roku 2017 było to już ok. 3500000. Więcej turystów w górach oznacza więcej wypadków. Poza tym rośnie zapotrzebowanie na nieco bardziej wyszukane formy spędzania czasu w górach. Rośnie ilość kursów turystyki zimowej i szkoleń lawinowych. Niestety, nie idzie za tym jakość.

kurs lawinowy

Miałam szczęście być uczestnikiem jednego z pierwszych kursów lawinowych organizowanego przez Schronisko w Pięciu Stawach Polskich i prowadzonego przez Ratowników TOPR. Było to równo 10 lat temu. Kurs był długi, trudny i intensywny. Było 2 instruktorów, pies lawinowy 🙂 i 6 uczestników.

Od tej pory sporo się zmieniło. Kursy lawinowe prowadzą teraz także ludzie, którzy nie mają ani doświadczenia, ani wiedzy. Rośnie liczba uczestników, a maleje ilość instruktorów. Konkurencja rośnie, więc ceny spadają. No ale cen nie można w nieskończoność obniżać, więc… kursy są coraz mniej profesjonalne, krótsze, sprzętu i ćwiczeń jest coraz mniej, kompetencje uczestników, wbrew pozorom, wcale nie rosną, a ryzyko – owszem. Bo taki „przeszkolony” delikwent czuje się już władcą śniegów i rusza dziarsko samodzielnie na podbój Tatr.

Niestety nadal nie umie ocenić ryzyka, ani nim zarządzać, sprzęt owszem widział, może nawet go ma, ale jak przyjdzie co do czego, nie będzie umiał się nim w  prawidłowy sposób posługiwać i w ten sposób staje się sam dla siebie jeszcze bardziej niebezpieczny. Koło się zamyka.

10 RZECZY, O KTÓRYCH MUSICIE PAMIĘTAĆ IDĄC ZIMĄ W GÓRY

1. Pogoda – w górach lubi się zmieniać szybko i nagle – to jest pech. Ale bywa też prognozowana, więc należy się z tymi prognozami zapoznać i liczyć.

2. Sprzęt, sprzęt i jeszcze raz wiedza, co, kiedy i DLACZEGO warto mieć w plecaku oraz jak tego używać.

3. Mapa, kompas to minimum, warto mieć też GPS.

4. Czołówka, kurtka i czapka – zawsze, nawet latem. Zimą dodatkowa kurtka, zapasowa czapka i rękawice w plecaku.

5. Naładowany telefon, trzymamy go blisko ciała, w cieple, bo na mrozie baterie padają bardzo szybko, a bez telefonu nie wezwiemy pomocy.

6. Aplikacja 'Ratunek’, jej uruchomienie powoduje wysłanie naszej dokładnej lokalizacji natychmiast do Ratowników. Dzięki temu wiadomo gdzie nas szukać i pomoc na pewno dotrze szybciej, zwłaszcza zimą jest to bardzo istotne. Warto ją ściągnąć zanim będzie potrzebna.

7. Warto mieć też termos z ciepłym słodkim piciem oraz coś wysokokalorycznego do jedzenia – czekoladę lub chałwę (nie zamarza).

8. Lawinowe ABC, czyli sonda, łopatka i detektor.

9. Szkolenie lawinowe, jeśli idziemy gdziekolwiek w góry, gdy jest śnieg. Na pierwszym byłam w 2009 roku i od tamtej pory nie ma siły, żebym ruszyła się zimą w góry, albo wyjechała poza trasy narciarskie bez tzw. ABC lawinowego. Potem jeszcze to szkolenie powtarzałam i niebawem znów zamierzam się doszkolić. Iść zimą w góry bez tej wiedzy i sprzętu to tak, jakby wyskoczyć samemu z samolotu bez szkolenia z wysokości 4000 m lub wsiąść za kierownicę ferrari bez wcześniejszej nauki jazdy.

10. W kwestii szkoleń, bardzo ważne jest u kogo się szkolicie. Ofert jest naprawdę dużo, poświęćcie chwilę, żeby sprawdzić czy osoba, która będzie Was uczyć jest ratownikiem TOPR, wierzcie mi, tylko oni mają w Polsce wystarczającą wiedzę i doświadczenie, by wiedzieć o czym mówią…

Uważajcie na siebie i do zobaczenia w górach!

Historia naszej działalności charytatywnej zaczyna się tuż po katastrofalnym trzęsieniu ziemi o sile 7,8 w skali Richtera, które nawiedziło Nepal 25 kwietnia 2015 roku o 11:56 lokalnego czasu. W jego wyniku śmierć poniosły 8964 osoby, a rannych zostało co najmniej 23447 osób.

„Nie zapominajcie o nas…”

Nepal, po tym tragicznym wydarzeniu, popadł w jeszcze większe tarapaty. Po pierwszej pomocy, która popłynęła ze świata, przyszła szara codzienność, brakowało turystów, nie było zatem pracy i dochodów dla tysięcy nepalskich rodzin. Zapytani, czego potrzebują teraz najbardziej odpowiadali, że pracy, prosili „odwiedzajcie Nepal, nie zapominajcie o nas, potrzebujemy pracy i edukacji dla naszych dzieci”.

Ruszyliśmy na swój kolejny trekking, pod szyldem naszej nieformalnej grupy  Sky Tatra Team, równo rok później. Ale nie był to zwykły trekking, taki jak dotychczas. Tym razem postanowiliśmy zorganizować trekking charytatywny, pomocowy. Chcieliśmy na własne oczy zobaczyć, jak bardzo zmienił się Nepal po trzęsieniu ziemi. Ruszyliśmy pełni obaw, czy ten znany nam magiczny świat przetrwał, czy ludzie pozostali otwarci, serdeczni i uśmiechnięci, czy szlak wokół Annapurny, który już kiedyś przeszliśmy, nadal pozostał najpiękniejszym trekkingiem świata (dziś już wiemy, że jest jeden jeszcze piękniejszy, ale o tym kiedy indziej).

Zdjęcie z nepalskiej gazety

Ekspertem od pomysłów niemożliwych do zrealizowania jest mój Tomek, który ma na swoim koncie 2 wyróżnienia w kategorii Wyczyn Roku na KOLOSACH (festiwalu podróżniczym) – za skok spadochronowy ze stratosfery w ramach Projektu Polska Stratosfera (2014) oraz rekord świata w głębokości nurkowania na najwyższej wysokości, w jeziorze Tilicho w Himalajach (2007).

Tomek znalazł w Internecie zdjęcie jednej z najwyżej położonych i  najbiedniejszych szkół świata. Na zdjęciu był nauczyciel, w bardzo skromnym pomieszczeniu, grubo ubrany, na ławce siedziało kilkoro dzieci w czapkach, przed nimi tylko zeszyty. Powiedział mi wtedy:

Słoneczko, znajdź tego nauczyciela, to jest szkoła,  której pomożemy!
szkola Bragha Nepal
Szkoła w wiosce Bragha. Zdjęcie pochodzi z gazety Kathmandu Post.

No jasne, bardzo śmieszne, wyszperał jakieś zdjęcie w nepalskiej gazecie i każe mi na jego podstawie znaleźć człowieka! Na końcu świata, w kraju, w którym potężne trzęsienie ziemi zniszczyło domy, drogi, elektrownie i niemal całą infrastrukturę! Który nie wiadomo jak się nazywa, gdzie mieszka i zapewne nie zna angielskiego. No fantastyczny projekt. To ja już chyba wolę szukać igły w stogu siana, przynajmniej wiadomo, gdzie jest to siano…

jak znaleźć człowieka na końcu świata?

Rozpoczęłam gorączkowe poszukiwania. Trop był oczywisty, zaczęłam od gazety Kathmandu Post, z której dowiedzieliśmy się o szkole w wiosce Bragha. Napisałam na fb wiadomość do redakcji. Na pierwszą nie zareagowali. Czekałam cierpliwie kilka dni, wszak wiadomo, że czas tam płynie zupełnie inaczej niż w naszym zachodnim świecie. Napisałam więc kolejną wiadomość i już po kilku dniach 😀 dostałam adres mailowy do autora artykułu. Cieszyłam się jak dziecko! Wydawało mi się, że już „jestem w domu”. O jakże sromotnie się myliłam! Podekscytowana napisałam wiadomość z prośbą o namiary na nauczyciela. Czekałam jak na szpilkach. Odpowiedź przyszła zaskakująco szybko, jak na Nepal, czułam się jak dziecko rozpakowujące urodzinowy prezent, a w środku było:

तपाइँको इमेल प्राप्त भयो

Od: „Aash Gurung”

Temat: तपाइँको इमेल प्राप्त भयो Re: Upper Manang School – we want to help

Data: 17 lutego 2016 08:51:44 CET

Do: kasia@fly3.pl

फेरि फेरि यसरी नै पठाउँदै गर्नुहोला । धन्यावाद ।

आश गुरुङ

लमजुङ संवाददाता

कान्तिपुर दैनिक

मोवाईल : ९८५६०४५०४३

             : ९८१९१९०३४३

फोन      : ०६६–५२१३३७

No to mi odpisał reporter z Kathmandu Post 😀

Ja się łatwo nie poddaję, więc po pierwszym ciosie, szybko się podniosłam, otrzepałam piórka i do roboty! Od czego mamy tłumacza google?! Okazało się, że jest to automatyczna odpowiedź o treści „Wyślij to jeszcze raz. Dziękuję”. Oczywiście wysłałam, ale nigdy więcej nie dostałam już od nich żadnej wiadomości.

No i co teraz? Co dalej? Wróciłam do punktu wyjścia, a nawet, rzec by można, nieco się cofnęłam. No ale nic to, zakasałam rękawy i wzięłam się za czesanie internetów. Jak nie reporter z gazety to miejscowość. Przecież to są maleńkie wioski, znajdę wioskę, a potem kogoś w wiosce, kto ma Internet i mówi po angielsku. Jak myślicie, ile może być sposobów zapisu nazwy jednej jedynej małej wioseczki? Pierdyliard! Bragha, Bhraka, Braga, Braha, Braka i jeszcze kilka innych. Myślałam, że zwariuję, no przecież to niemożliwe.

Próbowałam też przez dużą międzynarodową organizację pomocową, ale mówiąc delikatnie nie pochylili się nad tematem…

szkoła Braga Nepal
Dzieci przed szkołą w Himalajach Nepalu

czy ktokolwiek mieszka w bradze?

Zatem miejscowość no jakby nie. Nie działa. Nie nazwisko, nie miejscowość, to może szerzej, a co, z rozmachem! I tak zaczęłam sprawdzać WSZYSTKO co mieściło się w okolicach Braghi i miało stronę na fb. Pisałam absolutnie do wszystkich. W ten sposób, po kilku tygodniach trafiłam na Hotel New Yak. (Niech Was nie zwiedzie nazwa hotel, bo standardy nepalskie są zupełnie inne niż te, do których przywykliśmy. I jak piszę zupełnie to właśnie to mam na myśli. Ale to temat na osobną opowieść.)

Dostałam wreszcie odpowiedź, po angielsku! Że owszem, jest tam w pobliżu szkoła, o której piszę i on (ma na imię Karma) się dowie o namiary i mi poda. Radość moja była wielka. I krótka. Bo okazało się, że szkoła zamknięta! Nie, on nie wie dlaczego i do kiedy. Ale… zna kogoś, kto uczył w tej szkole! Po kilku dniach dostałam numer telefonu. Kolejnych kilka zeszło na próbach skontaktowania się z mężczyzną o imieniu Mukhiya. Okazało się, że on już nie uczy w szkole w Bradze… Teraz jest nauczycielem w maleńkiej szkole w Nar Phoo na wysokości blisko 4500 m n.p.m., w której uczy się pięcioro dzieci. Obiecał jednak, że pomoże mi się skontaktować ze szkołą. (cdn.)

Chcesz wiedzieć jak pomagamy szkołom w Himalajach? Zajrzyj na naszą stronę SKY TATRA TEAM na fb